Znikający trop…

Rozdział XV

Krążyła samochodem nie mogąc odnaleźć właściwego numeru. Przejechała już uliczkę trzy razy, przy czwartym nawrocie niewytrzymała, zjechała na chodnik, zatrzymała samochód i wysiadła. Postanowiła zapytać kogoś z mieszkańców, uznawszy, że tak będzie szybciej. Przeszła na drugą stronę i weszła do budynku oznaczonego numerem szesnaście gdzie gubił się trop. Liczyła, że na podwórku spotka kogoś kto jej wskaże logikę twórcy tej numeracji. Klatka była ciemna, cuchnąca wilgocią i moczem, na ścianach spuchnięty tynk ukryty pod wieloma warstwami farby, jakby czekał okazji by odpaść. Podwórko było równie zaniedbane i smutne. Z prawej strony zauważyła starszego mężczyznę, siedział na krzesełku i palił papierosa. Najwyraźniej Van Gogh musiał tu być przed nią i odnaleźć swojego „Starca”. Wprawdzie mężczyzna nie wyglądał na zrozpaczonego jak na obrazie, ale był w granatowej marynarce podobnych spodniach i brązowych butach. Jak nic, to on musiał posłużyć za pierwowzór tej postaci. Joanne skierowała się w jego stronę. Już z bliska stwierdziła, że mężczyzna ma około siedemdziesięciu lat. Jego pomarszczona cera, wysmagana wiatrem i przegrzana słońcem zwisała na chudych kościach policzkowych jak stary wytarty koc.
– Dzień dobry, panu. – Odezwała się.
Mężczyzna nie zareagował, patrzył na nią pytająco swoimi dziwnie młodymi oczami.
– Dzień dobry. – Powtórzyła trochę głośniej Joanne.
Mężczyzna patrzył na nią dalej jakby nie rozumiał. Po chwili poruszył się, poprawił na siedzeniu. Chyba jednak coś do nie go dotarło, bo odezwał się ukazując swoje prawie bezzębne dziąsła.
– Jak panienka mówi do mnie to proszę głośniej, ja nic nie słyszę. – Pokręcił przy tym przecząco głową, i wzruszył ramionami podkreślając nieporadnymi gestami swoje słowa.
– Dzień dobry! – Wrzasnęła Joanne.
– A dobry, dobry. – Pokiwał głową zadowolony, że wreszcie złapali kontakt.
– Czy może mi pan powiedzieć gdzie na tej ulicy jest dom oznaczony numerem osiemnaście?! – Krzyczała dalej.
– O panienko. – Machnął ręką – Ten dom ma więcej niż osiemnaście lat, oj dużo więcej, toć ja się w nim urodziłem. – Powiedział swoim chrypiącym głosem starzec.
– Chodzi mi o numer, słyszy pan?! O numer! Numer domu osiemnaście, gdzie on się mieści?!
– Słyszę, słyszę niech się paniusia, aż tak nie wydziera. – Machnął ręką nerwowo.
– Więc gdzie on się mieści?!
– Chodzi pani o ten dom po drugiej stronie, numer osiemnaście? O panienko on jest jeszcze starszy, duuużo starszy. – Pokiwał głową. Widocznie rozmowa obudziła jakieś wspomnienia bo popadł przy tym w zadumę. Z Joanne uciekło powietrze. To jakaś paranoja, pomyślała Szykowała się do kolejnego pytania, nawet zaczęła.
– Ale czy to ten naprzeciwko czy… – Jednak widząc, odpływającego gdzieś w przeszłość staruszka, machnęła z rezygnacją ręką, odwróciła się, rozejrzała po oknach. Nie zauważywszy żywej duszy, ruszyła w drogę powrotną, postanowiła spróbować po drugiej stronie ulicy. Jeśli ufać słowom głuchego starca to tam powinna się znajdowywać się ta piekielna kamienica. Wyszła ze słonecznego podwórka ponownie do ciemnej wilgotnej klatki, jej źrenice zareagowały szybko starając się dostosować do nowych warunków jednak nie na tyle szybko aby uchronić ja przed zderzeniem.
– Cholera. – Zaklęła i cofnęła przestraszona. Przed nią stał bosy chłopak w pomiętym kaszkiecie na głowie, szarej koszuli i w kusych portkach; mógł mieć najwyżej dwanaście lat. Patrzył na nią z zaciekawieniem i rozbawieniem.
– Ale mnie wystraszyłeś – sapnęła Joanne
– Nie chciałem, przepraszam. Czy wszystko w porządku?
– Tak, wszystko w porządku – odparła.
– Szuka pani numeru osiemnaście? – Zapytał i uśmiechnął się przy tym szerzej, pokazując swoje żółte zęby.
– Skąd wiesz? – Zapytała.
Chłopak wzruszył ramionami.
– Całe podwórko wie.
– A ty wiesz gdzie on jest?
– Jasne. – Odparł z dziecięcą wyższością. – Mogę pani pokazać.
– Będę wdzięczna, straszny tu bałagan pod tym względem. – Westchnęła.
– A da mi pani na cukierki? – Zapytał z rozbrajającą szczerością chłopak, nadal się uśmiechając. Joanne zwróciła uwagę na małe figlarne dołeczki w jego policzkach.
– Nawet na kilo. – Uśmiechnęła się. – Tylko mnie tam zaprowadź mój drogi.
– Chłopiec bez słowa odwrócił się ruszył w stronę drzwi prowadzących na ulicę, Joanne podążyła za nim. Kiedy wyszła na chodnik przechodził już na druga stronę ulicy, prawie biegł.
Jakby nie mógł się doczekać tych cholernych cukierków, pomyślała, ledwo za nim nadarzając.
Po drugiej stronie wbiegł do klatki domu stojącego naprzeciwko tego, z którego wyszli. Joanne zawahała się i zatrzymała, patrzyła w czeluść ciemnego otworu, w którym znikł mały wielbiciel cukierków. Na budynku znajdował się numer dwadzieścia. Chłopak widać zorientował się, że zgubił gdzieś swoją szanse na cukierki, bo pojawił się ponownie w bramie. Wychylił się przytrzymując dwoma rękami brzegów futryny. Ponieważ nie było widać jego nóg wydawało się jakby jego głowa i ramiona zawisły w powietrzu.
– No idzie pani? On jest tam z tyłu. – Zapewnił.
– Jesteś pewien? – Zapytała stając na przeciwko.
– No jasne, ciężko go znaleźć bo stoi za tym domem w podwórzu, razem z dwudziestką dwójką.
– O boże, czy człowiek który to projektował był idiotą?
– Nie wiem proszę pani, tak tu jest i tyle, – odparł wzruszając ramionami.
Kiedy wyszli drugą stroną klatki, okazało się, że od strony podwórza było widać dwa inne budynki. Na jednym z nich Joanne rzeczywiście zobaczyła numer osiemnaście.
– O to tamten, widzi pani – Wskazał chłopiec zadowolony z siebie.
– Tak widzę, dziękuję ci – Joanne otworzyła torebkę i wyjęła z niej parę miedziaków, już chciała je wręczyć chłopakowi który nadstawił rękę ale zawahała się.
– Znasz wszystkich którzy tu mieszkają? – zapytała
– Jasne. – Odparł.
– Dostaniesz więcej, jeśli powiesz mi, kto mieszka w tym domu, w mieszkaniu numer cztery.
– Chłopak przewrócił oczami, przez chwile się zastanawiał, nagle jego oczy się zaiskrzyły
– Tam nikt nie mieszka! – Wykrzyknął z zadowolenia, że zna odpowiedz i że znów wygrał kolejną torbę słodyczy.
– Jak to nikt? – Joanne z zaskoczenia niemal nie wypuściła drobnych.
– No nikt. To mieszkanie należy do pani Longfellow, ona mieszka pod ósemką, jest właścicielką tego domu. Ona wynajmuje mieszkania różnym ludziom. – Tłumaczył nieskładnie.
– Więc jesteś pewien, że to mieszkanie jest puste? – Upewniała się Joanne.
– Od kilku dni tak. Wiem bo mama mówiła.
– Dobrze, masz tutaj na swoje cukierki i jeszcze trochę za informację. Dziękuję ci.
– Do usług – schylił się zrywając kaszkiet z głowy – Jakby Pani jeszcze czegoś potrzebowała to mieszkam tam. – Wskazał na parterowe okna domu z którego wyszli na podwórko.
– Dobrze, będę pamiętać. – Uśmiechnęła się dobrodusznie.
Schody.pJoanne minęła przedsiębiorczego malca i ruszyła w stronę domu. Po chwili stała przed drzwiami oznaczonymi numerem cztery. Zapukała, odczekała chwilkę i zapukała jeszcze raz, żadnego ruchu, kompletna cisza, pukała jeszcze kilkakrotnie niestety z takim samym skutkiem. Chłopak najwyraźniej miał rację. Stała chwile w zamyśleniu, po czym odwróciła się i udała piętro wyżej, odszukała mieszkanie numer osiem i zapukała. Tym razem za drzwiami od razu dał się słyszeć jakiś ruch, po chwili otworzył je starszy otyły mężczyzna. Miał na sobie stare kapcie, spodnie, szelki i białą przepoconą podkoszulkę której woń zmieszała się z wypełniającym korytarz, ciepłym, kwaskowym kiszonej kapusty. Widać ktoś z lokatorów szykował alzackie choucroute w każdym razie całość tworzyła nieprzyjemną kompozycję. Joanne skrzywiła się. Mężczyzna zmierzył ją wzrokiem.
– Pani do kogo?
– Szukam właścicielki pani Longfellow.
– Pani w sprawie wynajmu? Jeśli tak – kontynuował – to żony nie ma w domu, poszła rano na targ i jeszcze nie wróciła.
– Szkoda, szukam jakiegoś lokum dla siebie, słyszałam , że… tu… – Urwała i westchnęła niby to zmartwiona Joanne.
Mężczyzna zmierzył ją jeszcze raz, teraz już dokładnie.
– Nie wygląda pani na osobę która chciałaby mieszkać w takiej dzielnicy. Joanne dopiero teraz zdała sobie sprawę, że strzeliła dzisiaj kolejną już gafę, jej strój wyraźnie nie pasował do tego entourage.
– Widzi pan, troszkę w moim życiu się zagmatwało, nie mogę już utrzymać swojego obecnego mieszkania, a mąż… nie zręcznie mi o tym mówić – Kłamała już jak z nut Joanne.
– Mąż – Powtórzył za nią z przekąsem – Znam ja tych mężów i te utrzymanki.
– Co pan sugeruje! – Obruszyła szczerze się Joanne jakby to naprawdę o nią chodziło.
– Nic, ja po prostu już się napatrzyłem w życiu. – Machnął ręką. – Nie ważne, niech pani zaczeka, wezmę klucze, obejrzy pani mieszkanie – To mówiąc mężczyzna znikł w głębi przedpokoju. Joanne dopiero teraz zauważyła, że powłóczy lewą nogą. Po chwili pojawił się ponownie z pękiem kluczy w ręku. Spojrzał na Joannę jeszcze raz od góry do dołu.
– To nie jest miejsce dla pani. Widzi pani, my też kiedyś dobrze żyliśmy ale czasy się zmieniły, dom popadł w ruinę. Kiedyś to była dzielnica, a teraz? Teraz to nikt kto ma pieniądze nie chce tu mieszkać. Dzielnica zdziadziała – sapnął – Na dodatek nie mogę pracować – rzucił jakby to miało jakiś związek ze starzeniem się dzielnicy. – Nikt nie chce kaleki – dodał jeszcze na koniec i klepnął się przy tym w udo. Zeszli piętro niżej, mężczyzna otworzył drzwi. Mieszkanko było niewielkie, wilgotne i ciemne, składało się z kuchni pokoju gościnnego i małej sypialni bez okna, na łóżku leżało kilka rozrzuconych damskich rzeczy. W kuchni, na stole, stała mała kosmetyczka, obok leżały jakieś kartki i filiżanka z niedopitą kawą.
– Tu ktoś jeszcze mieszka? – zapytała Joanne.
– Nie, jakiś czas temu wynajęła to mieszkanie młoda dziewczyna, przyszła tak jak pani, też ją niby maż opuścił. Miała się wprowadzić, daliśmy jej klucze, przychodziła przez kilka dni, może trzy lub cztery, później zniknęła i nigdy więcej się nie pojawiła. Straciliśmy innych klientów, a ona nawet nie zapłaciła, zostały tylko te, o tu, nic nie warte fatałaszki. Trochę mnie to zdziwiło, wyglądała na porządną, kilka razy nawet przywiózł ja taki samochód, wie pani takie jak maja w bankach, okratowana furgonetka. Sądziliśmy że ustatkowana, ma pracę. – Przerwał, machnął ręką.
– Ma pani chociaż pieniądze, żądamy zapłaty z góry zwłaszcza po tej ostatniej hecy.
– Mam jakieś oszczędności, sądzę, że na pierwsze dwa miesiące powinno starczyć, choć nie wiem ile państwo żądają.
– To już musi pani z moją żoną rozmawiać.
– No tak, tylko mówi pan , że jej nie ma.
– Może pani chwilę zaczekać, albo lepiej przyjść wieczorem, wtedy to już na pewno będzie.
– Tak zrobię, dziękuje panu – Joanne obiecała wpaść wieczorem, pożegnała się i wyszła. Kiedy znalazła się na dworze zauważyła, że na schodkach domu siedzi i wcina cukierki jej mały znajomy. Widać zdążył obrócić do sklepu i z powrotem. Kiedy go mijała uśmiechnęła się.
– I jak smakują? – Zapytała
– Ja bardzo lubię cukierki. – Odpowiedział jakby to wyjaśniało wszystko.
Minęła go, jednak zatrzymała się i odwróciła:
– Hej, widziałeś może tutaj samochód, furgonetkę bankową?
– Przyjeżdżała taką żółtą. – Odparł.
– Podsłuchiwałeś?
– Nie wolno podsłuchiwać. – Odpowiedział bełkotliwie ssąc kilka cukierków na raz.
– Wiesz coś jeszcze?
Pokręcił przecząco głową.
– Mały cwaniak, – pomyślała i ruszyła do samochodu.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

AlphaOmega Captcha Literacha  –  Name the Author
     
 

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>