Wymówienie…

Rozdział IX

Rozenburg1Wtorek Joanne poświęciła na poszukiwanie obiecanej filiżanki dla Diany. W zasadzie nie musiała za wiele szukać, już wcześniej otrzymała ofertę sprzedaży wyjątkowego okazu, wprawdzie cena była wysoka jednak warto było zainwestować. Sygnatura jak i wykonanie wskazywała na manufakturę holenderską z Rozenburga. W przeszłości pracujący tam rzemieślnicy słynęli z najpiękniejszej Art Nouveau, stworzyli szczególny typ porcelany, bardzo cienkiej, delikatnie przeświecającej zwanej „skorupką jajka”.
W środę rano punktualnie o jedenastej w antykwariacie pojawiła się Diana. Była wesoła i podekscytowana nowym wyzwaniem. Sprawiała wrażenie bardzo pewnej siebie, nie widać było żadnych śladów tremy. Kiedy Joanne przyjechała do sklepu, Maria już wprowadzała młodą osóbkę w arkana zawodu antykwariusza, a zgodne z wersją oficjalną – mecenasa sztuki.
– Dzień dobry – powiedziała, wchodząc Joanne.
– Witaj – wesoło przywitała ją Diana.
– Jak tam, wszystko w porządku, jak sytuacja rodzinna, rozmawiałaś z ojcem, nie ma przeszkód, abyś u nas pracowała? – zasypała ja pytaniami Joanne.
– Początkowo sceptycznie przyjął nowinę, ale idąc za głosem Marii, wyjaśniłam mu, że tu u was poznam podstawy mecenatu. Chyba nawet go przekonałam, że handel starzyzną może być dobrą inwestycją i dobrym dochodowym interesem. Myślę, że jeśli nie uwierzył do końca, to miłość do swojej jedynej ślicznej córeczki, kazała mu przymknąć oko na niedociągnięcia mojej wersji.
– No cóż miejmy nadzieję, że masz rację – powiedziała Joanne
– Jest jeden warunek, mogę pracować tylko do godziny osiemnastej. Po tych morderstwach, tych dwóch dziewczyn, na pewno słyszałyście, tata nie chce, abym wracała do domu wieczorami.
– Wieczorami? To gdzie ty właściwie mieszkasz? – Zdziwiła się Maria.
– Za miastem, niedaleko Cheddar – taka malutka wieś.
– Cóż, na takie ustępstwo możemy pójść, tym bardziej że argument twojego ojca jest zbyt rozsądny, aby z nim polemizować, z drugiej strony to okropne, aby jakiś wariat wpływał na nasze zachowania, wywołując powszechną panikę.
– A jak tam moja filiżanka? – Zapytała Diana. – Czy mogę ją zobaczyć? Maria nie chciała mi jej pokazać, mówiła, że to ty ją wyszukałaś i tobie zostawia przyjemność zbierania pochwał.
– Mario, dlaczego tak perfidnie męczysz tę biedną dziewczynę, dawaj tę filiżankę szybciutko – a zwracając się do Diany – ostrzegam cię Diano, ta filiżanka nie jest najtańsza, jednak się nie przejmuj, jeśli nie będziesz jej chciała, nie będzie to dla nas problemem.
Maria wyjęła z pudełeczka, które stało pod ladą, dzieło holenderskich ceramików. Majolika posiadała subtelną kolorystykę oraz ozdobiona była charakterystycznymi pawiami, które ukazywały dumnie swoje rozpostarte ogony. Diana zamarła, pożerała swoimi dużymi pięknymi oczami to, co widziała.
– Jest piękna – wykrztusiła po chwili.
Maria udając powagę, powiedziała.
– Joanno nie wiem, czy możemy jej sprzedać ten drobiazg, jest ceny i unikatowy, szkoda, aby te zgrabiałe ręce ją upuściły, byłaby to duża strata dla dorobku kultury światowej.
– Mario nie pastw się nad naszym uczniem.
– Ale ja naprawdę boję się wziąć ją do ręki, jest taka delikatna cieniutka jak papier – powiedziała Diana. – Dziękuję…- dodała po chwili.

 

*

 

W piątek rano Joanne szykowała się do wyjazdu, była ciekawa czego się dowie, jednocześnie miała jakiś wewnętrzny opór, miała obraz swojej rodziny ustabilizowany i nie miała ochoty go zmieniać, bała się jak wielkie zmiany to będą, czy nie wywrócą wszystkiego do góry nogami. Właśnie miała zamiar wziąć torbę i zejść do samochodu, kiedy zadzwonił telefon. Dzwoniła Maria, prosiła o pilny przyjazd do sklepu.
– Mario, ale co się stało, jestem spakowana i właśnie chciałam wyjeżdżać. Czy to coś naprawdę pilnego?
– Tak Joanno, przyjedź, powiem ci na miejscu, nie chcę rozmawiać przez telefon.
Głos Marii był poważny i Joanne wiedziała, że z byle powodu nie zwracałaby jej głowy. Wzięła torbę i szybko zeszła do samochodu. Po kilku minutach była pod sklepem.
Diana kręciła się po antykwariacie, przeglądając wszelkie towary. W jednej ręce miała katalog w drugiej sosjerkę Rosenthala. Zerkała raz do książki raz na sosjerkę. Maria jak tylko zobaczyła wchodzącą Joannę, kiwnęła głową.
– Dobrze, że już jesteś, chodźmy na zaplecze.
– Co się stało?
– Chodź, chodź, zaraz ci powiem.
Kiedy weszły do niedużego pomieszczenia stanowiącego jednocześnie biuro i magazyn Maria odwróciła się.
– Ktoś chce nas stąd wykurzyć.
– Co masz na myśli? – zapytała Joanne. – Nic nie rozumiem, co znaczy wykurzyć?
– Właśnie był Pan Brand.
– Właściciel lokalu?
– Tak. Powiedział, że jakiś mężczyzna zaproponował mu cenę zdecydowanie większą, niż my mu płacimy. Kajał się, kręcił, że nie wie, co ma zrobić, że to okazja, że znamy się tyle lat, że mu przykro i takie tam brednie, w każdym razie Joanno mamy poważny problem.
– Przecież mamy umowę na cały rok, moglibyśmy na jej podstawie zażądać odszkodowania.
– A no właśnie Joanno i to mnie najbardziej martwi.
– Nie rozumiem. Dlaczego, To chyba dobrze?
– Martwi mnie dlatego, że Pan Brand zapewne też sobie zdaje z tego sprawę, a skoro jednak tu przyszedł, to są dwa rozwiązania, jedno; że próbuje nieudolnie podnieść nam cenę najmu, drugie, co bardziej prawdopodobnie, nie przejmuje się ewentualnymi naszymi roszczeniami, a to z kolei znaczy, iż ktoś chce pokryć koszty tego odszkodowania za niego.
– Co mu powiedziałaś?
– Poprosiłam, aby się wstrzymał z decyzjami, powiedziałam, że wyjechałaś w pilnych sprawach rodzinnych i że będziesz po weekendzie.
– Nie wierzę, czy to się dzieje naprawdę?
– Cóż mam ci odpowiedzieć, moja droga, jedynie chyba tylko to, że mam wrażenie, iż to wszystko ma związek ze śmiercią twojej matki. Bo powiem ci jeszcze, że zapytałam go, kim jest ten człowiek. Powiedział, że nie może tego wyjawić, wtedy powiedziałam, że nie musi mówić, gdyż wiemy, kim jest, ten łysawy okrąglutki grubasek. Nie potwierdził, ale wyraźnie się zdziwił i zmieszał.
– Myślisz, że to był ten sam mężczyzna, który chciał kupić dom mojej matki? Zaraz jak on się nazywał? – Joanne zmarszczyła czoło, starając się odtworzyć w pamięci tamten dzień i przypomnieć małego grubaska, który ją tak zirytował, nagle jej czoło wypogodniało
– Zaraz! Dał mi swoją wizytówkę – zaczęła szperać torebce – musi tu gdzieś być, na pewno ją wkładałam…. Jest, wyjęła mały kartonik – Martin Smith, prawnik – przynajmniej tak tu jest napisane.
– Jestem pewna, że to on – odparła Maria. – Przeczucie mnie rzadko myli.
Joanne osunęła się na wiktoriańskie krzesło, które stało obok, uciekło z niej powietrze, a z nim cała energia
– I co teraz? Czego ten człowiek chce?
– Chce domu, albo raczej czegoś, co jest w tym domu, a może chce tego opuszczonego domu, nie dowiemy się, jeśli nie zaczniemy działać, moja droga, zbieraj się i jedź do Heywood, dojadę do ciebie w sobotę i razem przez weekend spokojnie zastanowimy się nad tym.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

AlphaOmega Captcha Literacha  –  Name the Author
     
 

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>