Trzeci element…

Rozdział XX-II

Wtedy ujrzała jej twarz, mogła mieć zaledwie dwadzieścia lat, miała bladą cerę, jak chyba wszystkie zakonnice na tym świecie. Spojrzała jej w oczy, potem delikatnie zmierzyła całą postać. Zakonnica była szczupła, drobna i jak sobie Joanne wyobraziła, zapewne o długich kształtnych nogach, których nie dojrzy żaden mężczyzna. Młodość karmelitanki sprawiała, że Joanne widziała w niej jedynie dziewczynę w habicie zakonnym.
– Proszę za mną, matka przełożona czeka – wyrwał ją głos siostry.
Ruszyła za nią bez słowa. Tak idąc, miała okazję jeszcze dokładniej przyjrzeć się jej figurze. Patrzyła i nie rozumiała; co powoduje, że ktoś decyduje się na odebranie sobie tego świata, jaki w prezencie otrzymuje z chwilą narodzin, nie wiedząc nawet, jakim on jest, nie dając sobie możliwości ocenienia i dokonania świadomego wyboru. Z drugiej jednak strony – myślała dalej – zmniejszając swój świat do takich rozmiarów, odbieramy sobie nie tylko świeckie radości, ale pozbawiamy się większości ziemskich kłopotów. Może jest to więcej warte? Któż to wie? Kiedy weszły do budynku, Joannę ogarnął przyjemny chłód. Na środku znajdowały się szerokie schody prowadzące na poziom parterowego holu. Był równie szeroki, jak schody, czego Joanne się nie spodziewała. Oczekiwała klasztornych wąskich przejść i malutkich komnat, a tu wszystko przypominało jej własną, starą szkołę, korytarz po lewej i prawej, szerokie łukowate, pomalowane na olejno drzwi i wszędzie cisza, jak podczas lekcji między dzwonkami. W pewnym momencie młoda karmelitanka zatrzymała się, zapukała delikatnie, następnie nacisnęła klamkę, spojrzała na Joannę, jakby mówiąc, dalej siostro idziesz sama. Joanne weszła, a zakonnica zamknęła za nią drzwi. Pokój był duży jasny, a to za sprawą dwu wielkich okien. Urządzony skromnie; białe ściany, wiszący krzyż, kilka komód z wąskimi szufladami, parę regałów – zapewne z archiwami sierocińca i wielkie stare czarne dębowe biurko pośrodku. Za biurkiem siedziała, jak się domyśliła Joanne, matka przełożona. Kobieta miała może z sześćdziesiąt pięć lat. Siwe włosy ginęły gdzieś pod czarnym welonem, na nosie miała okulary, przed nią zaś leżała gruba księga.
– Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. – Kolejny raz dzisiaj wyrecytowała Joanne.
Siostra spojrzał na Joannę spod okularów.
– Na wieki wieków – Odpowiedziała. – Proszę, podejdź bliżej dziecko, usiądź. – Wskazała na krzesło, które stało przed biurkiem. Siostra Clara mówiła, że masz jakiś kłopot. Jak możemy ci pomóc ?
Joanne podeszła i usiadła.
– Siostro, chciałbym dowiedzieć się czegoś o pewnym człowieku, który przekazywał, a może nadal przekazuje darowizny na ten klasztor.
Joanne opowiedziała o śmieci matki i wszystkich problemach, jakie na nią spadły, oczywiście nie wspominając o tajemniczych okolicznościach, które temu wszystkiemu towarzyszyły.
– Mężczyzna ten, przyjaciel mojej matki, ustanowił ją zarządcą swojego majątku. Niestety nie mogę ustalić miejsca pobytu ani jego, ani jego dzieci, a przecież, jeśli on nie żyje, mają także prawo do spadku. Chciałbym je odnaleźć, nie chcę czyjejś krzywdy, może siostra będzie coś wiedziała, co mi pomoże w poszukiwaniach. – Dodała i zamilkła.
– Tak to szlachetne postępowanie, postaram się ci pomóc, jeśli to tylko możliwe. Postaram się sprawdzić w naszych zapisach, być może coś odnajdziemy z Bożą pomocą, co wskaże ci drogę. Jak nazywa się ten szlachetny człowiek?
– Marius Lampard. – Odparła Joanne.
Kobieta patrzyła przez chwilę w milczeniu na Joannę. Jej twarz nie wyrażała żadnych emocji. Wstała powoli, podeszła do okna i chwile patrzyła na dziedziniec, odwróciła się równie powoli.
– Piękny dzień dzisiaj zesłał nam Bóg, tyle słońca, które sięga w nasze serca i nastraja je radośnie. Czy jesteś wierząca moje dziecko? – Zapytała.
Teraz Joanne chwilę milczała
– Nie wiem – Odpowiedziała szczerze, patrząc jej prosto w oczy.
– Zapewne będąc na dziedzińcu, widziałaś nasz ogród, prawda?
– Tak matko. – Odpowiedziała.
Zakonnica ponownie odwróciła się w stronę okna. Wyglądała na dziedziniec, delikatnie podpierając się palcami obu rąk, o szary, gruby kamienny parapet.
– Nasze wychowanki dały życie tym bujnie rosnącym roślinom, teraz pod okiem sióstr je pielęgnują, starają się, aby nie miały za sucho, ale aby też ich nie przelać. – Mówiła spokojnie. – Strzegą, aby słońce nie spaliło tych delikatnych liści, wiatr nie połamał, choroby nie zdusiły. Wiesz, że gdyby nie nasza opieka nie przetrwałby, zmarniały, zdziczały, i nie wydały żadnego owocu? Pięknie rosną prawda? – Znowu zapytała siostra.
– Tak, naprawdę są dorodne i piękne, choć to tylko warzywa. – Przyznała Joanne.
Matka Theresa odwróciła się znowu i zrobiła kilka kroków do przodu, zatrzymała się, zawróciła i ponownie usiadła w fotelu za biurkiem, spojrzała na Joannę …
– A czy zastanawiałaś się – tu zawiesiła na chwile głos – kto nas zasadził? – Zamknęła leżącą przed nią wielką księgę – I dlaczego nie dziczejemy, nie marniejemy, lecz pniemy się, łapiąc pozornie niewidocznych tyczek?
Nie czekając na jakąkolwiek reakcję Joanny, ciągnęła powoli dalej.
– Kiedyś myślałam… Myślałam o tym, co dzień, zadawałam sobie to pytanie, szukając jakiejś mądrej odpowiedzi i ją znalazłam. – Poprawiła się w fotelu. – Powiem ci moje dziecko, że może ktoś uzna, iż to nieprawdziwa droga, jednak najważniejsze, to dokonać wyboru, mieć odwagę, wybrać, bo czyż nie to jest najważniejsze, czyż nie to właśnie nadaje sens i ustanawia prawdziwość naszego istnienia?
– Tak matko, to prawda, ja jeszcze nie umiem wybrać, a może nie mam odwagi powiedzieć otwarcie, że nie wierzę lub wierzę, może dostrzegam różnicę między tymi ogrodami.
– Ja też widzę różnice. – Przerwała jej siostra. – Tam – kiwnęła delikatnie, wskazała głową na dziedziniec – kiedy zadbamy, wyrosną dorodne pomidory, zdrowe jędrne, soczyste, w ogrodzie zaś wolnej woli tego świata, choćby nie wiem, jak doskonały był ogrodnik, nigdy nie wiemy jakiej jakości owoc nam wyrośnie.
Joanne patrzyła na tą spokojną kobietę i chyba ją rozumiała.
– Ale wróćmy do twoich spraw, choć wbrew pozorom wcale od nich nie odeszłyśmy. – Wzięła głęboki oddech – Nie muszę zaglądać do archiwum, pamiętam naszego dobroczyńcę, pana Lampard. Pamiętam, bo był niezwykłym człowiekiem. Co chciałabyś wiedzieć dokładnie?
– Chyba wszystko, matko przełożona. – Odparła spokojnie Joanne.
Przez twarz starej kobiety przeleciał nikły uśmiech i zniknął, szybko jak się pojawił.
– Wszystko mówisz. Dobrze więc. Było to dokładnie trzydzieści lat temu, Pan Lampard przybył do naszego klasztoru i zaoferował pomoc finansową dla prowadzonego tu sierocińca. Matką przełożoną sierocińca była wtedy matka Alice, ja zaś, z racji wykształcenia, byłam jej sekretarzem i zajmowałam się sprawami administracyjnymi. Pan Lampard, kiedy go ujrzałam po raz pierwszy, miał może trzydzieści pięć lat. Był mężczyzną, szczupłym, średniego wzrostu. Energiczny, spokojny zrównoważony i zdecydowany. To, co zrobiło wtedy na mnie wrażenie, to jego ogromna wiedza, człowiek renesansu można by powiedzieć. Nie był zwykłym darczyńcą. Zwiedził nasz sierociniec, po czym, pamiętam, zapytał; siostro jak mogę pomóc? I tak się zaczęło. Od tej chwili co miesiąc dostawałyśmy, a to lekarstwa, a to książki, to ubrania, meble, jedzenie…
– Czy pamięta siostra może, gdzie mieszkał? – Zapytała Joanne.
– Tak, mieszkał w Jaywick. Podejrzewam, że właśnie stamtąd przyjechałaś.
– Tak dokładnie. A ma może siostra gdzieś zapisany adres?
– Na pewno jest w rejestrach. – Przeorysza wstała i podeszła do jednego rzędu wąskich szuflad katalogowych, jakie mieściły się w szeregu komód na przeciwległej ścianie. Na każdej były przyklejone karteczki z zapisanym rokiem. Wysunęła jedną z nich, stała chwilę, potem zniknęła za regałami. Po chwili wróciła znów na swoje miejsce. Odsunęła księgę, która leżała przed nią i położyła kolejną, równie grubą. Otworzyła i przewracała kartki, zatrzymała się na jednej i palcem sunęła, schodząc coraz niżej.
– Jest; Jaywick, Castle Hill Road 17. Przyjeżdżał do nas stamtąd czarnym zapewne drogim samochodem. Ten samochód też zapamiętałam, bo na masce miał taki znak czerwonego krzyża i herb rodu Viscontich albo Sforza jak kto woli.
– Właśnie, a czy on, siostro, był wierzący ?
– Nigdy go o to nie pytałam, jednak czuło się w nim rękę boga, nawet nie domyślasz się, jak dzieci go lubiły, kiedy przyjeżdżał, przywoził zawsze wielkie torby cukierków. – Uśmiechnęła się do swoich wspomnień. – Pamiętam, że nie wiem jak, ale dzieci zawsze wiedziały, kiedy przyjedzie, dzisiaj podejrzewam, że mówił im to w tajemnicy przed nami. Zawsze obchodził wszystkie pokoje i rozdawał te cukierki, ciesząc się z nimi jak dziecko, zaglądał też zawsze do niemowląt i powiem ci, że nawet one cieszyły się z jego przybycia. Było jedno, które zawsze wyciągało do niego rączki. On brał je, coś tam szeptał na uszko, odkładał i mówił – teraz śpij grzecznie. To był niezwykły człowiek. – Zakończyła.
– Czy coś jeszcze siostra może powiedzieć na jego temat?
– Chyba najważniejsze moja córko. – Znowu się uśmiechnęła – Któregoś dnia takiego jak teraz, przyjechał tu z młodą kobietą. Weszli do matki przełożonej i długo rozmawiali. Potem matka Alice zawołała mnie i kazała przygotować jedno z niemowląt do podróży. Byłam zaskoczona, jednak o nic nie pytałam. Siostra wskazała mi dokumenty leżące na biurku, właśnie tym, przy którym dzisiaj ja siedzę i kazała przepisać niezbędne dane, prosiła też, abym wszystko załatwiła sama, podkreślając to znacząco, że włącznie z wydaniem dziecka. Było śliczne.
– Domyślam się, że to było to, z którym rozmawiał na uszko. – Wtrąciła Joanne.
–Tak – Potwierdziła z mgiełką sentymentalnego uśmiechu na twarzy – Też to wiedziałam od razu. Mówiło się później, że to właśnie jemu na uszko zdradzał termin następnej wizyty, bo jak tylko wyjechało od nas, dzieciaki straciły dar przeczuwania jego przyjazdu.
– A ta kobieta? Kim była ?
– Nie wiem. Była młoda, na pewno młodsza od niego, blondynka, ładnie uczesana, skromnie ubrana, nie pamiętam jej już dokładnie, widziałam ją tylko raz, właśnie wtedy.
– Czy to mogła być jego żona? – Zapytała Joanne.
– Nie sądzę. – Odparła karmelitanka. – Widać było, że różni ich pozycja społeczna, wychowanie, wiedza, po drugie nigdy nie było mowy o Pani Lampard. Nie, na pewno nie był żonaty – stwierdziła z przekonaniem.
– A ona coś mówiła?
– Przez cały czas pobytu tutaj nie odezwała się ani razu, jakby była skrępowana tą całą sytuacją, albo jakby była tylko tłem dla całego przedsięwzięcia.
– Co było dalej?
– Cóż, zabrali dziecko, ona trzymała je na rękach, ono spało w najlepsze, nie wiedząc nawet, że odchodzi do innego świata. Odprowadziłam ich do samochodu i patrzyłam chwilę, jak odjeżdżają. Zawsze było mi żal, kiedy ktoś opuszczał nasze mury, wiedziałam, że to nieuniknione, ale… jakoś tak. Potem matka Alicja wezwała mnie do siebie, nakazała milczenie i niezadawanie żadnych pytań.
– Przyjeżdżali później jeszcze?
– Pan Marius jak najbardziej, jej, jak już mówiłam, nigdy więcej nie widziałam. Jakiś rok później przyjechał nawet z dzieckiem, chodziło za nim, trzymając śmiesznie spodni. – Spojrzała na Joannę. Cień zastanowienia przebiegł jej twarzy.
– Wiesz, że to była dziewczynka prawda? – Zapytała, patrząc na nią wnikliwie.
– Tak domyśliłam się. A ile miała lat? – Zapytała Joanne.
– Jakieś kilka miesięcy, może z osiem. – Odparła.
– A imię? Jak miał na imię?
– W naszych dokumentach – zerknęła do książki. – Anna, ale po adopcji rodzice mają prawo zmienić imię.
– Jak trafiła do sierocińca?
– Była podrzutkiem z okienka życia.
– Długo po tym pan Marius jeszcze wam pomagał?
– Cały czas.
– Tak, ale kiedy to się skończyło? – Dopytywała Joanne.
– Nigdy, do dzisiaj dostajemy wsparcie.
– Jak to? – Zapytała zaskoczona.
– Nie wiem moja córko. Wiem tylko, że nasz sierociniec regularnie co miesiąc otrzymuje datek tyle, że nie są to już rzeczy, a pieniądze.
– Czy może siostra mi powiedzieć, skąd przychodzą te pieniądze?
– Sądzę, że tobie mogę. Przychodzą za pośrednictwem kancelarii prawnej Jaywick G. Friedman. Jeśli dobrze pamiętam. Poczekaj, zaraz sprawdzę – Znowu wstała i poszła w regały, po chwili wyjęła jakąś teczkę, oparła o półkę i przeglądała.
– Tak, to Gaskill Street 67 w Heywood. – Wsadziła teczkę na miejsce, wróciła ponownie za biurko i usiadła.
– Czy jeszcze coś matko pamiętasz, co mogłoby mi pomóc? Karmelitanka zastanowiła się, powędrowała gdzieś oczami, szukając czegoś w pamięci, jednak po chwili spojrzał na Joanne.
– Cóż myślę, że to wszystko, co wiem w tej sprawie. – Zerknęła na stojący na komodzie zegar, sapnęła, wstając zza biurka – Teraz wybacz, wzywają mnie obowiązki.
Joanne wiedział, że to koniec rozmowy. Wstała.
– Dziękuję siostro, naprawdę siostra mi bardzo pomogła.
Zakonnica patrzyła na nią przez swoje grube okulary, jednak nic nie odpowiedziała. Joanne odwróciła się i skierowała do drzwi, zatrzymała się przed nimi i odwróciła
– Siostro czemu siostra mi to wszystko wyjawiła?
– Cóż myślę, że działasz w dobrej wierze, po drugie nie ma to już znaczenia, przecież Anna nie żyje.
Joanne zamarła.
– Nie żyje?
– Myślałam, że wiesz.
– Tak – zawiesiła głos Joanne – Chyba wiem. – Dodała po chwili.
– A skąd siostra wie? – Cicho zapytała Joanne.
– Dostajemy obligatoryjnie takie powiadomienia, dla sierot i podrzutków w dokumentach miejscem narodzenia jest nasz klasztor. Joanne patrzyła na nią dłuższą chwilę – A czy – zająknęła się – czy siostra ma.. zna adres, pod którym zamieszkiwała
– Niestety, takich informacji nie otrzymujemy. Nie wiem nawet, jak się nazywała i czy zachowano jej imię
– Dziękuję – odpowiedziała Joanne i wyszła z pokoju.
Myśli przebiegały jej po głowie. Niewątpliwie jedną z tych zamordowanych dziewczyn, o których pisały gazety, była adoptowaną córka Mariusa. Poczuła się jakoś dziwnie, widziała słoneczny dzień, widziała małe dziecko zabierane po cichu, do tego, niby lepszego świata, później trzymające się ufnie czyichś spodni i nagle w ułamku sekundy znikło z tego świata, a cała ta piękna romantyczna i tajemnicza historia straciła sens i pójdzie w zapomnienie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

AlphaOmega Captcha Literacha  –  Name the Author
     
 

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>