Tajemniczy dokument…

W miarę czytania jej twarz poważniała, a na twarzy zaczynało malować się zdumienie.
– Skąd to masz? – Jak to możliwe, że nie znaleźliśmy tego wcześniej?
– Znalazłem, jak porządkowaliśmy ten bałagan po włamaniu, wypadł z jednej z książek.
– No tak, teraz rozumiem twoje zachowanie przy kominku i te twoje pozornie z niczym niezwiązane pytania. Zamyśliła się.
– Peter obiecaj mi coś, nie mów na razie o tym nikomu. Muszę to przemyśleć i sama sprawdzić, o co w tym wszystkim chodzi, zbyt wiele się ostatnio dzieje i faktycznie zaczynam nabierać przekonania, że to coś niedobrego.
– Możesz być spokojna, nie mam zamiaru rozgłaszać tego całemu światu, właśnie dlatego przychodzę z tym do ciebie, przyznam, że sam nic z tego nie rozumiem. Nawet nie wiem, co o tym mam myśleć.
– Cóż braciszku, jak widać, nasza mama miała szereg tajemnic, o których nie mamy zielonego pojęcia, a które mogą zmienić całe nasze życie…

*

Kiedy Joanne otworzyła oczy, stwierdziła, że świat już dawno się obudził. Słońce paradowało w pełni swojego blasku. Okoliczne drzewa rozbrzmiewały głosami różnokolorowych ptaszysk. Wszelkie ziela, trawy oraz wrzosy, których pełno było w okolicy, nasączały rozgrzanym zapachem kolejny dzień, wypełniając go tym aromatem po brzegi. Zeszła na dół i stanęła w drzwiach kuchni, gdzie krzątała się Maria i Arthur. Na podłodze, obok stołu, siedziały dzieciaki, które z niewiadomych przyczyn, zgodnie malowały się nawzajem, nie wiadomo skąd wygrzebanymi kredkami. Julie, właśnie kończyła malować na zabandażowanej głowie Nathaniela, wielką krowę. Maria i Arthur w dobrych nastrojach żartując i śmiejąc się, wspólnie przygotowywali śniadanie. Na stole stały już talerzyki, filiżanki, oraz patery, na których finezyjnie ułożone były, wędliny, sery, jaja, pomidory oraz inne smakowite dobra. W centralnej części stołu stała wielka misa z twarogiem suto zaprawionym wiejską śmietaną, na wierzchu zaś piętrzyła się kopa życzliwego zielenią pokrojonego szczypiorku. W małych miseczkach zapraszały do kulinarnej rozmowy rzodkiewki, oliwki miód i chrzan. Joanne poczuła ssanie w żołądku, żaden organizm nie mógł oprzeć się takiemu widokowi.
– Witaj Joanno – pierwszy zauważył ją Arthur.
– Dzień dobry. Widzę, że nie próżnujecie.
– To wszystko zasługa Arthura, nie wiedziałam co tu wymyślić, w szafkach znalazłam tylko miód, na szczęście Arthur był tak dobry, pojechał do miasteczka, i nawiózł nam tych wszystkich smakołyków – to mówiąc, Maria postawiła na stole koszyczek z pokrojonym chlebem, wieńcząc w ten sposób śniadaniowe dzieło.
– To może ja obudzę tych śpiochów – mówiąc to, Joanne oczami wskazała na sufit.
– Myślę, że to dobry pomysł, bo jestem głodny już samym patrzeniem – Stwierdził Arthur.
Joanne zawróciła w drzwiach i weszła z powrotem na górę.
Kiedy wyszła, z twarzy Arthura zniknął uśmiech.
– Martwię się o nią. Jeśli zaufać twoim wczorajszym słowom Mario, a ciężko podważać ich trafność, to idąc dalej tym tokiem rozumowania, dochodzę do wniosku, że może grozić jej jakieś niebezpieczeństwo.
Maria przestała na chwilę rozkładać sztućce i zastygła. Wydawało się, że wnioski Arthura nie były jej obce i że już wcześniej poddane zostały przez nią skrupulatnej analizie, były jedynie raczej przypomnieniem czegoś niemiłego.
– Mario chciałbym cię o coś prosić – kontynuował Arthur.
Maria wróciła do rozkładania sztućców nadal nie reagując na jego słowa.
– Chciałbym, abyś jakoś się nią zaopiekowała, abyś miała nad nią pieczę. W zasadzie tylko ty jesteś obok niej na co dzień. Brat mieszka w innym mieście, a Sheila ma wszystko w nosie, żyje własnym życiem.
– Dobrze. Jeśli tylko będzie to możliwe. – Odparła spokojnie Maria.
– Jakby działo się coś, co według ciebie będzie niepokojące, bardzo proszę, daj mi znać. Jej nie może stać się krzywda, zależy mi na niej, choć ona chyba tego nie widzi, a co bardziej prawdopodobne, nie chce widzieć.
– To nie jest tak, ona się boi, to zwykły strach.
– W tym momencie dało się słyszeć kroki i głosy dobiegające ze schodów. Po chwili do kuchni weszła Joanne wraz z Peterem i Melanie. Peter wyglądał na zupełnie nieprzytomnego.

 

Rozdział VIII
…młoda krew

Poniedziałek przywitał znowu śliczną pogodą. Joanne postanowiła dać sobie dwa dni urlopu od wszystkiego, co się wydarzyło i nie wracała do tematu włamań. Maria jakby czując intencje Joanny, również nie poruszała tego tematu. Ruch w sklepie nie był wielki, dużo było oglądających, mniej kupujących. Joanne sprawdzała rachunki i podliczała koszty utrzymania antykwariatu. Maria obsługiwała klientów, a kiedy miała chwilę wolną, dawała ogłoszenia do gazet o skupie mebli, porcelany i innych staroci. Późnym popołudniem do sklepu weszła młoda osóbka. Zarówno Joanne, jak i Maria od razu rozpoznały w niej dziewczynę, która kilka dni temu dokonała nieszczęśliwego zakupu filiżanki. Tym razem była ubrana w kwiecistą sukienkę i białe pantofelki na wysokim obcasie. Wyglądała pięknie, czuło się, że jej wysportowane ciało gnie się, sprężycie, a każdy najdrobniejszy mięsień idealnie współpracuje z linią ciała.
Nie jeden mężczyzna zapłacze przez tę różyczkę – pomyślała Joanne.
– Dzień dobry paniom – powiedziała wesoło.
– Dzień dobry – odpowiedziała Joanne, a za nią Maria.
– Wiem, że to nie wtorek, ale przechodziłam obok i postanowiłam zajrzeć i porozglądać się wśród tych cudności, które tu macie, ostatnio – tu zrobiła smutną minkę – okoliczności jak panie pamiętają, nie były ku temu sprzyjające – po tych słowach znowu promieniała uśmiechem.
Joanne domyślała się, że dziewczyna pochodzi z zamożnej rodziny. Pamiętając jej strój z poprzedniej wizyty, stawiała na ziemiaństwo.
– To miłe. Zapraszamy, zapraszamy – gestem ręki Maria wskazała podwoje sklepowe.
– Lubię rzeczy, które mają setki dotyków na sobie, które widziały kłótnie, łzy, miłość i zdrady, które znają czyjeś intymne tajemnice, wiecie zapewne, o czym mówię.
Dziewczyna, jak i poprzednio była bardzo bezpośrednia, widać było, że zwyczajowe zwroty typu „pan”, „pani” nie były ulubionymi i zupełnie nie zgadzały się z jej wrodzoną pewnością siebie oraz chęcią, skądinąd sympatycznej dominacji.
– Ładnie to określiłaś, moje dziecko – Maria z rozbawieniem delikatnie podkreśliła różnicę wiekową, jaka je dzieli.
Dziewczyna niczym niezrażona westchnęła:
– Zazdroszczę, że możecie obcować z tym na co dzień. – Po chwili złapała oddech i z przekonaniem dodała:
– W przyszłości sama chciałabym mieć taki sklep, ale problem w tym, że zupełnie się na tym nie znam, te wszystkie epoki style, jak się w tym rozeznać. Kiedyś interesowałam się archeologią – starożytność Mezopotamia, tajemnice Etrusków, Sumerów. Nawet byłam jako wolontariuszka na obozie archeologicznym w Tyrze. Czy widziałyście kiedyś bramę Isztar albo sztandar z Ur? Na pewno. Piękne. Ach to były czasy – rozmarzyła się.
Joanne patrzyła na dziewczynę z uśmiechem, widziała siebie sprzed lat, kiedy sama marzyła. Uwielbiała chodzić po takich antykwariatach, aby napawać się widokiem i marzeniami o domu wypełnionym stylowymi meblami, starymi woluminami, świecznikami, lampami naftowymi i innymi skarbami. Do dzisiaj nie zrealizowała tego marzenia. Sklep nie przynosił wielkich dochodów i zawsze ekonomiczniej było sprzedać niż zostawić sobie. Na początku nie przychodziło to łatwo, jednak z biegiem lat, Joanne nauczyła się, że po jednym cudownym sekretarzyku będzie następny i następny, jeden ciekawszy i piękniejszy od drugiego. Dom musiałby być ogromny, aby to pomieścić.
– Nic nie szkodzi na przeszkodzie, abyś wchłonęła ta wiedzę – powiedziała, wyrywając się z zamyślenia. – To nic trudnego, tylko na początku tak się wydaje.
– No nie wiem, czytam trochę, jednak to suche informacje i jakoś mało mi w głowie zostaje, poza tym są rzeczy, których w książkach się nie znajdzie, na pewno antykwariusze mają swoje tajemnice i wiedzę, której próżno szukać gdziekolwiek.
– Toteż nie mówię o książkach – stwierdziła Joanne – jeśli naprawdę chcesz poznać ten zawód, to właśnie szukam kogoś, kto mógłby nam tu pomóc, i jeśli to nie uwłacza twojej osobie… – tu zawiesiła głos, urywając.
Maria spojrzała się na Joannę ze zdziwieniem, nie potrzebna była im pomoc, a i zyski nie były na tyle wielkie, aby lokować je w kolejną pracownicę.
– Naprawdę chciałaby pani, mówi pani poważnie? – Dziewczyna również zaskoczona, choć zupełnie z innych powodów, wróciła do formy oficjalnej.
– Oczywiście nie będę mogła ci wiele zapłacić, ale za to wyniesiesz stąd wiedzę, o która ci chodzi – kontynuowała Joanne – więc jak? Przyjmujesz propozycję?
– Och pieniądze nie są ważne, chętnie, bardzo chętnie – wyrzuciła w rozbiegu, jakby bała się, że propozycja może zostać cofnięta – nie wiem tylko… – urwała – Ojciec znowu będzie załamany, jego kochana córeczka zwykłą sklepową, kolejny mezalians obyczajowy – zaśmiała się jak dziecko. Widać było, że bawią ją te konwenanse i zapewne z przekorą małego ślicznego, niewinnego diabełka była przyczyną niejdnego utrapienia rodziców w tej materii.
– Nie sklepową, a początkującym mecenasem sztuki. W rozmowie z ojcem tej wersji radziłabym ci się trzymać dziecko, jeśli oczywiście nie chcesz narobić wszystkim nam kłopotów – wtrąciła Maria.
– O! To jest dobry pomysł, świetnie to pani wymyśliła! – Widać było, że zarówno Joanne, jak i Maria z minuty na minutę rosną w oczach młodej kobiety.
– Dobrze więc, jak pani ma na imię? – Zapytała Joanne
– Diana to znaczy Diana Stone – odpowiedziała podekscytowana.
– Dobrze, więc Diano, proponuję ci rozpoczęcie, albo od jutra, kiedy to miałaś przyjść po nową filiżankę, albo od nowego tygodnia – jak wolisz. Ja jestem właścicielką tego kramiku, mam na imię Joanne, to jest Maria wskazała wzrokiem Marię – moja prawa ręka. Zapewne wie więcej ode mnie w materii antyków, więc słuchaj uważnie jej rad. Maria ma dar widzenia wszystkiego i znajdywania rozwiązań dla spraw nierozwiązanych, sama to zauważysz, więc jeśli tylko będziesz chciała, wyciągniesz z tych nauk nie tylko wiedze historyczną.
– Tak jest, proszę pani! – krzyknęła wesoło Diana – To ja chcę zacząć już od środy.
– A i jeszcze coś – Joanne uśmiechnęła się – od dzisiaj mówimy sobie po imieniu, nie ma sensu, abyśmy usztywniali nasze relacje, jeśli mamy współpracować.
– Jak sobie pani, znaczy, jak sobie życzysz Joanno – uśmiechnęła się Diana
– Tak, tak sobie życzymy – parsknęła Maria, widząc manipulację Joanny. Cieszyło ją to, że Joanne ma dar odczytywania ludzi. Świetnie umiała docierać i obierać drogę rozbrajania. Można by powiedzieć, że wywołanie wojny z Joanną było wielką sztuką.
– To co? Może ja zrobię nam wszystkim herbatki? – zapytała, aby nie zrazić dziewczyny swoim wybuchem wesołości.
– Ja bardzo chętnie, muszę trochę ochłonąć, zanim stąd wyjdę – powiedziała Diana. – Jeszcze narobię jakichś głupstw z nadmiaru szczęścia – zażartowała.
Maria jak zwykle przygotowała gorący liściano kwiatowy napój, którego nie można było porównać z żadnym innym. W trakcie delektowania się jego walorami smakowymi dziewczyna zadawała mnóstwo pytań, widać było, że bardzo poważnie podchodzi do nauki zawodu. Joanne oraz Maria w miarę możliwości objaśniały jej podstawowe zasady funkcjonowania antykwariatu. Czasami Maria musiała obsłużyć jakiegoś klienta. Diana wtedy pilnie przyglądała się temu i słuchała, jak Maria sprawnie płynie po kartach historii, objaśniając pochodzenie przedmiotów, będących w zainteresowaniu klienta. Nagle spojrzała na zegarek.
– O cholera, zerwała się – muszę już lecieć, jestem umówiona z ojcem.
Pożegnały się i nie minęła minutka, a w sklepie zapanowała cisza.
Maria bez słowa poszła na zaplecze, aby wynieść filiżanki. Po chwili wróciła i nadal nic nie mówiąc, zajęła się ustawianiem porcelanowych figurek, które nabyła okazyjnie, a które rano zostały dostarczone do sklepu. Joanne zamyślona patrzyła na nią przez chwilę, wstała, zrobiła kilka kroków w stronę drzwi, zatrzymała się, następnie gwałtownie zawróciła i podeszła do Marii.
– Chciałbym z tobą porozmawiać.
Maria spojrzała na nią, wyczuwając, że to nie ma być zwykła rozmowa.
– Czy coś się stało? Chodzi o tę dziewczynę? Szczerze mówiąc, mogę się jedynie domyślać, dlaczego ją zatrudniłaś.
– Zatrudniłam ją, bo… Jest coś, czemu muszę poświęcić czas, a nie chcę cię zostawiać samej, z całym tym… – nie dokończyła, tylko wskazała głową na wnętrze sklepu – Zresztą, chciałabym, abyś mi pomogła i właśnie o tym chcę porozmawiać.
– Dobrze, nie widzę problemu. Jeśli tylko mogę się na coś przydać.
– Myślę, że tak. Widzisz, myślałam nad tym, i tak naprawdę nie mam nikogo. Jesteś jedyną osobą, której mogę zaufać i na której mogę polegać.
– Czy nie przesadzasz moja droga, znalazłabym jeszcze kogoś od kogo czuć ciepło i na kim możesz polegać.
– Kogo masz na myśli?
– Arthura oczywiście. Przecież on jest w tobie zadurzony po uszy.
– Arthur, cóż Arthur, bardzo go lubię, ale to mężczyzna.
– Joanno dam sobie rękę uciąć, że ten mężczyzna chciałby spędzić z tobą całe życie.
– Czy sugerujesz, że jest zakochany, czy dobrze rozumiem? Rozmawiamy o czymś takim jak miłość?
– Tak Joanno. Czy miłość to coś dziwnego dla ciebie? Kobieta potrzebuje mężczyzny, a mężczyzna kobiety, to normalne.
– Nie wiem, czy Arthur, czy w ogóle jakikolwiek mężczyzna i wspólne z nim życie jest moim przeinaczeniem i szczęściem, jakoś specjalnie nie wierzę w te historie o dwóch połówkach jabłek – ironicznie odpowiedziała Joanne.
– Nie będę twierdzić, że jest twoją połówką, powiem więcej, sądzę nawet, że nie jest, jednak widzę w tobie wewnętrzny opór przed miłością w ogóle, i to mnie martwi, mam wrażenie, że mężczyzn traktujesz jak konieczne zło. Arthur nie jest pierwszym.
W Joanne jakby coś wezbrało.
– Mężczyźni! Mężczyźni, mąż żona dziecko o to model życia, a kto powiedział, że słuszny? Jeszcze nie widziałam udanego związku. Wszystko to kiepska sztuka, farsa. Zdradzani, zdradzane, rozwody albo życie obok – kiedy nikt nie ma odwagi, ani siły, aby zaczynać od nowa. To trwanie Mario, a nie uczucie, w najlepszym razie przywiązanie! Cóż to jest ta miłość, o której mówisz? Miłość to pierwsze pięć minut radości, za którą płacimy wiecznością bycia razem – dokończyła już spokojniej.
– A ja widziałam miłość – przerwała jej spokojnie Maria, wracając do ustawiania porcelanowych figurek.
Joanne spojrzała na nią.
– Widzieć to za mało, scena jest zawsze piękna, nawet jeśli rozgrywa się dramat, widzimy jedynie to, co aktorzy chcą nam pokazać. Czasem tylko, kiedy emocje wezmą nad nimi górę, kiedy zmęczenie zetrze mury i obudzi obojętność, na konieczność udawania przed światem, dostrzegamy wyrzyganą prawdę. I to tak cuchnącą, że…
– Ja mówię o sobie. Ja ją przeżyłam Joanno – znowu spokojnie przerwała jej Maria.
Joanne zamilkła. W jednej chwili uzmysłowiła sobie, że nie wiele wie o Marii. Maria zaistniała w jej życiu tak nagle, weszła tak miękko i ciepło, z taką mądrością, z takim stoickim spokojem, iż nie wyobrażalne było, że kiedyś mogła kochać, że mogła być kiedyś szalona młoda, że mogła robić głupstwa jak inni, ulegać nastrojom i emocjom. Wydawała się uosobieniem kamienia, o który nie można było się zranić i który nie zrobił niczego w życiu, co jest ludzkim szaleństwem, nie zaznał bólu, ni głupiej radości tylko trwał z boku. – Tak – pomyślała – Czemu nie zastanowiłam się nad tym wcześniej, przecież Maria jest uczestnikiem, a nie narratorem życia. Jak mogłam tak głupio myśleć.
Maria zbliżyła się do niej.
– Masz rację, miłość jest chora, ale wiesz dlaczego moja droga? – Bo ludzie poprzez swoją próżność, zazdrość, swoje wielkie mniemanie o sobie, każdy z osobna, czuje się jak Bóg, każdy głosi swoje wielkie „Ja”. Nikt już dzisiaj nie czuje więzi z naturą, nikt nie ma pokory w sobie. Wyalienowaliśmy się ze środowiska. Daliśmy się kupić własnej pysze, zamiast poddać się mądrości ziemi, lasu, kwiatów, księżyca i słońca, mądrości przemijania, mądrości trwania i niezmienności. Człowiek ciągle mniema, że uda mu się uciec od korzeni. Uzurpuje sobie prawo do bycia jednostką, a nie jednością i cały czas pokazuje to drugiej osobie.
Joanne osłabła uciekło z niej powietrze, ramiona opadły, spuściła głowę.
– Opowiesz mi o tym kiedyś? – Zapytała.
– O czym?
Joanne podniosła głowę i patrzyła gdzieś w dal poprzez ściany sklepu.
– O swojej miłości…moi rodzice całym swoim życiem nigdy mi o tym nie opowiedzieli.
Maria podeszła i położyła rękę na jej ramieniu.
– Opowiem, opowiem na pewno.
Joanne odwróciła się, wstydziła się swoich słabości, nie lubiła chwil, kiedy dopadała ją nostalgia i to za czymś, czego nie znała. – Nie o tym chciałam rozmawiać. – powiedziała cicho.

4 komentarzy

  • Krysia pisze:

    ciekawe,nawet bardzo ale….mam takie skrzywienie potrzebuję papieru w rękach,dobrego swiatła,spokoju i wygodnej pozycji….wszystko mam jedynie tej paperowej książki w rękach brak :( chetnie zakupię gdy powiesci ukażą sie drukiem….powodzenia

    • Lampart pisze:

      Z najróżniejszych przyczyn książka nie ukarze się drukiem – jedna jest fundamentalna – nie może ukazać się coś, czego ja nie chcę wydać.

  • Krysia pisze:

    no cóż jakos nie zamierzam kopac sie z koniem….nie wydasz …to nie…od komputera bolą mnie oczy…szkoda

Odpowiedz na „KrysiaAnuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

AlphaOmega Captcha Literacha  –  Name the Author
     
 

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>