Dzień pogrzebu…

Rozdział III

Melanie przygotowała obiad. Był to od dwóch dni pierwszy ciepły porządny posiłek, cała szóstka wręcz go wchłonęła. Po jedzeniu rozsiedli się w salonie, zrobili ospali i nikt nie chciał się nawet odezwać. Melanie zaparzyła wszystkim kawę. Była z nich wszystkich najmłodsza jednak ciężko by było jej się równać z temperamentem i energią Joanne i Sheili. Mimo to dzisiaj to właśnie ona wiodła prym. Rozleniwienie nie trwało długo. Joanne lubiła działać szybko, więc po pół godziny oznajmiła, że nadszedł czas przejrzenia reszty domu, zebrania rzeczy i złożenia ich w jednym miejscu. Pozostawała jeszcze kwestia omówienia, co zrobić z domem, kto ma się nim zająć. Peter od razu powiedział, że nie będzie miał takich możliwości. Dzieliła go spora odległość od własnego gniazda, poza tym praca zawodowa absorbowała dziewięćdziesiąt procent jego czasu i energii życiowych. Najlepiej wiedziała o tym Melanie, która z męża miała pożytek tylko w weekend. Sheila tez nie kwapiła się do opieki nad domem. Nie przepadała za małomiasteczkowym życiem. Lubiła, jak coś się działo, kino, sklepy wielkie rzesze znajomych oraz inne atrakcje. Tu, w Heywood, zanudziłaby się na śmierć. Joanna nie wiedziała, co z tym począć. Była z nich wszystkich najstarsza, ale też nie miała ochoty rezygnować ze swojego życia. Właściwie chodziło jej o to, że tu właśnie czułaby się bardziej samotna niż do tej pory, że jej samotność byłaby dla niej jeszcze bardziej zauważalna. Pozostawiając tę kwestię nierozstrzygniętą, zabrali się do przeglądania pozostałych zakamarków domu. Dokumenty, rachunki, zdjęcia, stare listy… wszystko, co zostało nagromadzone przez lata, lądowało na podłodze. Były tego całe sterty i miało się wrażenie, że wyciągnięte z wszelkich szuflad, półek, zakamarków, staje się większe, puchnie, rośnie, zajmując przestrzeń wielokrotnie większą, niż można było sobie wyobrazić. Niestety, nikt nie natrafił na ostatnia wolę matki. Judith Bird najprawdopodobniej w ogóle nie spisała testamentu. Nie było zaskoczeniem dla Joanne. Matka raczej nie przewidywała swojego tak nagłego odejścia ze świata żywych. W ogóle chyba tego nie przewidywała. Po kilku godzinach w domu panował wielki bałagan, z którym udało się uporać dopiero wieczorem, wszyscy byli zmęczeni – tak właśnie minął kolejny dzień.

*

Dzień pogrzebu nie był ani piękny, ani brzydki. Słońce nie było zdecydowane czy ma świecić, deszcz czy padać, chmury to pojawiały się, to znikały gdzieś za horyzontem. Jak to w małym miasteczku na pogrzeb przybył, kto tylko mógł, głównie dla zabicia czasu, przyjrzenia się rodzinie zmarłej, znalezienia tematu na resztę dnia przy szklaneczce piwa, wygłoszenia przy tym prawd oczywistych na temat przemijania i śmierci wykazania się możliwością zadumy i refleksji. Z rodziny, prócz dzieci, nikt nie żegnał zmarłej. Większość krewnych już dawno powymierała, reszta była u schyłku swojego życia i taka podróż nie była dla nich realna. Taka przynajmniej była wersja oficjalna. Joanne zaś wiedziała, że matka była skłócona chyba ze wszystkimi członkami rodziny. Była to osobliwa forma skłócenia, bo właściwie wiedziała o niej tylko matka. Obrażała się o byle co – jak małe dziecko, i to w taki sposób, że zainteresowani nie zdawali sobie sprawy, że ją urazili. Zrywała wszelkie kontakty, myśląc, że w ten sposób ich ukarze. Zbyt późno zauważyła, że nikogo to nie obchodziło. Mieli swoje światy, swoich znajomych, swoje radości i smutki. Dziwili się tylko czemu ta Judith się nie odzywa, nie dzwoni, nie pisze.
Pod koniec uroczystości deszcz wreszcie się zdecydował i zaczął zamiatać gawiedź do domów. Im szybciej ludzie się rozchodzili, tym mocniej padał, na koniec pojawił się silny wiatr, a niebo strzeliło gromami. Joanna starała się zachować godność do końca, ale wreszcie poddała się i prawie biegnąc, usiłowała jak najszybciej dotrzeć do samochodu. Za nią podążała reszta rodziny Peter i Sheila oraz Melanie, która jak zwykle starała się zapanować nad dzieciakami, te zaś w strugach deszczu tłukły się na lewo i prawo wyrwanymi z płotu sztachetami. Melanie nie mając siły, nie starała się nawet ich rozdzielać tylko tak balansowała ciałem, aby pole walki przesuwało się zgodnie z kierunkiem, gdzie stały samochody.
Po dotarciu do domu wszyscy udali się do swoich pokoi, aby przebrać przemoczone ubrania. Melanie przezornie kazała dzieciom pozostawić sztachety pod domem, a kiedy poszły na górę, schowała do drewutni. Kiedy zmarznięci ogrzewali się gorącą herbatą – nie odezwał się nikt. Dopiero teraz wszyscy zdali sobie sprawę, że ich matka odeszła…

Późnym popołudniem Peter i Melanie zapakowali swoje latorośle i bagaże do samochodu i odjechali. Peter tłumaczył się, że gonią go obowiązki służbowe i że Julie nie może opuszczać tak wielu dni w szkole. Pożegnał się szybko bez wylewności i miłości, której nikt w rodzinie Birdów nie znał, choć wszyscy odczuwali jej brak. Wiedzieli, że jest o jedno słowo za mało, o jeden gest o jedno wzruszenie, jednak nie potrafili tego sobie dać. Sheila też nie miała zamiaru dłużej zostawać, brakowało jej szumu miasta. Te kilka dni wypełniły ją zbyt wielka ciszą, więc chciała uciec jakby w obawie, że jeszcze chwila w Heywood, a nie zdoła się jej pozbyć. Około godziny dwudziestej na dziedziniec podjechał samochód prowadzony przez tego samego mężczyznę, z którym przyjechała. Joanna nawet nie miała okazji zapytać, kim jest ten człowiek, a teraz już nawet nie widziała w tym celu. Powtórzył się ten sam rytuał niezdarnego pożegnania i w jednej minucie Joanna została sama. Nikt z rodzeństwa nawet nie zapytał, czy chce tu zostać, czy może też ma jakieś ważne sprawy do załatwienia. Zawsze tak było, jako na najstarszej spoczywał niepodważalny obowiązek sprawowania pieczy nad wszystkim.
Swoistym zwyczajem młodszego rodzeństwa było to, iż kiedy Joanna była w pobliżu, nikt po sobie nie sprzątał. Miało się nieodparte wrażenie, że wszyscy specjalnie tworzyli bałagan, rzucając ubrania, gdzie popadnie, zostawiając nadgryzione jabłka na stolikach, sterty brudnych naczyń w zlewach, błoto w przedpokoju – tak było i tym razem. Kiedy się z tym uporała, usiadła w fotelu, nalewając sobie lampkę czerwonego wytrawnego wina. Było jej trochę przykro, kiedy dom tak nagle opustoszał i wraz z wyjściem rodzeństwa, za jednym i tym samym otwarciem drzwi zjawiła się cisza. Wprawdzie była już przyzwyczajona do dłuższych chwil samotności, jednak zawsze odczuwała te pierwsze minuty dość boleśnie.
Wino sprawiło, że poczuła głód, zrobiła sobie dwie kanapki i herbatę. Pomyślała o mężczyźnie, który kiedyś mieszkał tu w okolicy. Jego dom prawie sąsiadował z domem matki, był opuszczony od bodaj dwudziestu lat. Teraz będzie miał towarzysza – pomyślała.
Ciepło bijące od kominka, kieliszek wina i posiłek sprawiły, że poczuła senność.

Ze snu wyrwało ją coś nieokreślonego. Leżała na wznak, zastanawiała się, co to było. Po chwili spojrzała na zegarek, leżący na nocnym stoliku, była godzina druga czterdzieści pięć. W domu panowała całkowita cisza, czuła jednak wewnątrz jakiś niepokój, była przekonana, że w domu nikogo nie ma, a jednak coś było nie tak. Zrzuciła to na karb snu, co po wydarzeniach ostatnich dni mogło być zrozumiałe, resztę usprawiedliwiła wyobraźnią i samotnością. Po chwili znowu zapadła w sen.

Księżyc co noc ukazywał na niebie swoją magiczną potęgę, jak niemy świadek snu i niecnych ludzkich szaleństw, jakie sprzyjały nocnej porze, świecił swym skradzionym słońcu blaskiem. Tej nocy jednak był przesłonięty grubymi pierzynami chmur, które tylko czasami, w napędzanej wiatrem wędrówce, odsłaniały jego oblicze. Korzystając właśnie z takiej chwili, oświetlał stary samotny dom na wzgórzu stojący nieopodal domu matki Joanne. Nieprzycinane żywopłoty rozrosły się bujnie, dziczejąc w samotności. Drzewa okalające dom już dawno straciły miano ozdobnych, stały się dorosłe, samodzielne i korzystając z wolności wraz ze zdziczałymi odnogami, krzewami i inną roślinnością tworzyły, dodatkowe naturalne ogrodzenie o gęstości nie do przebicia. Pnące bluszcze powrastały w tynk i w mury mieszając się ze zdziczałymi winogronami, walcząc o każdy centymetr przestrzeni. Te, które przegrały, schły i tworzyły pomiędzy nimi brązowe łaty. Trawy wielkimi kępami jak na pokrzywionej szachownicy powyrastały niczym figury szachowe pomiędzy brukowanymi ścieżkami. Jedyną wolną przestrzenią, która cudem ocalała było miejsce przy bramie wjazdowej sąsiadującej z furtką. Stylizowana kuta w żelazie czarna kiedyś brama w swym sercu miała krzyż, a w jego środku różę. Był to jedyny element, który nie poddał się rdzawej szorstkości. Nagle jakiś cień pojawił się przy furtce, po chwili zniknął, by pokazać się przy drzwiach wejściowych.

Joanne nie wyspała się tej nocy, jednak poranny prysznic i kawa sprytnie zmanipulowały umysł i już całkiem rześka spakowała rzeczy i zniosła do samochodu. Na koniec zabrała ze stołu w salonie rachunki, które trzeba jak najszybciej uregulować. Trzask drzwi i już była na zewnątrz.
Jadąc do miasteczka, zatrzymała się na chwilę przy opuszczonym domu. Wysiadła, podeszła do furtki i delikatnie dotknęła klamki. Przed oczami stanęły obrazy, jako dziecko była tu częstym gościem. Wiązało ją z tym miejscem wiele wspomnień, wspomnień, których nie da się zapomnieć, które po prostu w nas są i trwają czy tego chcemy, czy nie. Patrzyła chwilę, nacisnęła klamkę. Furtka nie drgnęła.
Po drodze podjechała do Andrew Griffithsa i prosiła go o zaglądanie na teren domostwa. Przypilnowanie, aby nie kręcili się tam jacyś nieproszeni goście. Zostawiła mu też komplet kluczy na wypadek, gdyby działo się coś nieprzewidzianego – nie daj Bóg pożar czy zalanie albo inny niewyobrażalny kataklizm. Po tym mogła już wyjechać z Heywood drogą do Jaywick. Po godzinie dotarła do domu. Miała podły nastrój, trawiło ją zniechęcenie.Oostatnie dni nie należały do miłych i optymistycznych. Marzyła o wyjeździe gdzieś daleko, płynąc statkiem tygodniami po Nilu grzać się w słońcu, zostawić to wszystko i nie przejmować się niczym. Kiedy weszła do domu, Ellen właśnie skończyła rozwieszać pranie i zbierała się do wyjścia. Ubrana w skromną sukienkę i troszkę zbyt ciasny płaszczyk, stała w przedpokoju i zakładała mocno podniszczone pantofelki. Lubiła je i nie potrafiła się z nimi rozstać. Miała twarz wystraszonej małej dziewczynki. Joanna przywitała ją wymuszonym uśmiechem, zapytała co słychać i czy wszystko w porządku, dziewczyna zdała krótką relację, można było ją wyrazić słowami; świat tutaj pozostał takim, jakim go pozostawiłaś, następnie szybko się pożegnała – jak zwykle szła do pracy na nocną zmianę. Joanna miała wrażenie, że Ellen Anderson pracuje tylko w nocy, podziwiała jej wytrzymałość pogodę ducha i tę beztroskę, jaką zawsze nosiła w sobie.
Wieczorem zapowiedział się z wizytą Arthur Gallagher – znajomy, z którym łączył ją kiedyś krótki, przelotny romans. Arthur nigdy nie przestał jej adorować i cały czas był w niej zauroczony. Kiedy usłyszał o śmierci matki Joanne, natychmiast starał się z nią skontaktować. Chciał, aby widziała, że jest obok. Joanna lubiła go, miał takie szalone pomysły. Bawiło ją też to, że ważył każdy swój gest, każde słowo, jej zaś drobne niezadowolenia na twarzy odbierał, jak potężny grom. Przyszedł punktualnie z zatroskaną miną, pocałował na przywitanie w policzek i zapytał o samopoczucie, wykazując – jak to odebrała Joanne – standardowy schemat zachowań. Nie miała ochoty rozmawiać o matce, śmierci i pogrzebie, od kilku dni nic innego nie było tematem jej rozmów była już tym zmęczona, więc zdawkowo powiedziała, że wszystko w porządku i natychmiast zapytała.
– A co u ciebie, jak interesy?
Arthur Gallagher wyczuwając nastrój Joanny, nabrał powietrza i westchnął.
– U mnie w porządku, po staremu. Staram się wiązać jakoś koniec z końcem – chcąc uczynić rozmowę bardziej swobodną, uśmiechnął się, jednak nieporadnie.
Arthur Gallagher zajmował się drobnym handlem w branży obuwniczej. Uważał, że ludzie może nie zawsze chodzili w butach, ale na pewno zawsze już chodzić w nich będą, tak więc na chleb zawsze zarobi. Szło mu całkiem dobrze, ale nie należał do ludzi majętnych, można by rzec, mieścił się w klasie średniej. Joanne zrobiła herbatę i postawiła na stół małe kruche ciasteczka, które kupiła w sklepiku po drugiej stronie ulicy. Usiedli obok siebie i na początku przechodzili luźno z tematu na temat do momentu, kiedy nie zaczęli rozmawiać o motoryzacji. Zarówno Joanna, jak i Arthur mieli pod tym względem wspólne zainteresowania, choć on wprawdzie omawiał budowę prądnicy, ekscytował wnętrzem, ona patrzyła na funkcjonalność, osiągi, w końcu piękno, linię. Samochód miał dla niej duszę, ekscytował ją, choć nie umiała tego nazwać. Z tym tematem na ustach pozostawali do późnych godzin wieczornych i z nim również żegnali się w drzwiach, obiecując sobie rychłe kolejne spotkanie.
Takich odwiedzin Joanna miała wiele. Nie wiedzieć, dlaczego utrzymywała kontakty ze wszystkimi swoimi byłymi partnerami. Czasami mijali się, nie mając pojęcia kim są. Joanna uważała, że w znajomości nie ma nic złego, lubiła każdego z nich. Nie chciała robić im krzywdy, miała poczucie winy, że to ona z każdym z nich zerwała, choć żaden w niczym nie zawinił.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

AlphaOmega Captcha Literacha  –  Name the Author
     
 

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>