Światło w mroku…

Rozdział XVII-II

Wzięła do ręki drobny przedmiot. Była to zapinka do mankietu. W jej centralnym miejscu znajdowała się mała złota różyczka, Joanne widziała już takie spinki.
– Mario pamiętasz, jak opowiadałam Ci o spotkaniu z Martensem w galerii i o jego spinkach, popatrz, ta jest taka sama.
Maria podeszła do Joanny. Diana też się zbliżyła i z zaciekawieniem zaglądała jej przez ramię.
– Ładna robota. Złota. – Maria zważyła ją w dłoni – Droga. – Pokiwała głową.
– Gdzie to było?
– Obok książki.
– Maria Odłożyła spinkę na stolik.
Przez chwilę jeszcze myszkowały po kątach jednak bez rezultatu.
– No tak, poza tą spinką, zwiedzanie tych sypialni nic ciekawego nie wniosło – cicho powiedziała na koniec Joanne.
– Tak, chyba nic tu po nas – westchnęła Maria.
Zeszły do holu równie cicho, jak weszły.
– I co teraz? – Zapytała Diana.
– Poszukajcie piwnicy, sądzę, że prowadzą do niej te drzwi, które widziałam pod schodami, ja jako dobra gospodyni zerknę z ciekawości na kuchnię – Wyszeptała Maria.
– To tam na lewo od salonu – wskazała Diana – Dalej, to jadalnia, z niej też jest przejście do kuchni.
– Dobrze kochana, dziękuję, dam sobie radę.
Kiedy Maria zniknęła Joanne wraz z Dianą, obeszły schody i faktycznie natrafiły na niewielkie drzwi. Otworzyły je ostrożnie. Za nimi ukazały się długie schody ginące w mroku. Delikatnie zaczęły schodzić. Schody były wąskie, więc szły jedna za drugą – Diana jako pierwsza.
– Dziwne, myślałam, że piwnica to sam brud i bałagan, a tutaj zobacz schody porządne, ściany gładkie, co krok lampy naftowe, tylko zetrzeć kurz i można zasiadać do stołu. – Wyszeptała Joanne.
– Widać lubił porządek, dość niespotykane – Przytaknęła Diana, schodząc z ostatniego stopnia. Zrobiła jeszcze kilka kroków, aby zrobić miejsce Joanne i zatrzymała się.
– Jakoś dziwnie się tu czuję. – Wyszeptała, rozglądając się dookoła.
– Uwierz mi, że ja też.
Obie stały na środku dużego pomieszczenia, w którym znajdowało się rozstawionych przy ścianach trochę starych mebli i jakieś skrzynie. Na wprost, po lewej stronie, oraz prawej rysowały się drzwi do kolejnych pomieszczeń. Z prawej strony przebiegał korytarz prowadzący gdzieś w głąb.
– Jakoś za porządnie, nie ma żadnych narzędzi, żadnych śrubek, gwoździ i tego całego tego majdanu, jaki gromadzą wokół siebie mężczyźni.
Joanne ruszyła w kierunku jednej ze skrzyń, podeszła i podniosła z trudem zakurzone wieko, wewnątrz były stare ubrania, szaliki, czapki, głównie dziecięce. Diana też rozpoczęła myszkowanie. Otwierała po cichu właśnie jedną z szuflad starego kredensu, kiedy na górze dały się słyszeć kroki. Joanne znieruchomiała.
– Co to?
– To Maria. – Wzruszyła ramionami Diana.
– Cii… Joanne przyłożyła palec do ust, podchodząc do Diany.
– To na pewno Mar… – Urwała, kiedy Joanne ścisnęła ją mocno za rękę.
– Zamknęłyśmy za sobą drzwi do piwnicy? – Szeptem zapytała Joanne.
– Nie wiem. Ty szłaś za mną.
– Nie pamiętam. – Wyszeptała Joanne.
– To na pewno Maria, kto tutaj mógłby przyjść o tej porze?
– Nie wiem, ale kroki są zbyt swobodne jak na Marię i dlaczego nie schodzi do nas?
Spojrzały na sufit. Przez chwile panowała cisza. Nagle znów usłyszały jakieś szuranie i znowu kroki. Joanne wzięła Dianę pod rękę i szepnęła jej na ucho
– Choć wejdziemy na górę. Tylko cicho – Dodała.
Zbliżyły się do schodów.
Joannie biło serce tak mocno, iż miała wrażenie, że cały dom od tego wpada w rezonans. Po kilku stopniach zatrzymały się i zaczęły nasłuchiwać. Panowała cisza.
– Jeśli to Maria to uduszę. – Szepnęła Joanne.
W tym momencie tuż nad ich głowami dał się słyszeć odgłos skrzypiących schodów prowadzących na piętro domu. Na Joannę i Dianę poleciały jakieś drobinki tynku i kurzu.
– To na pewno nie Maria – szepnęła Diana – Po co miałaby znowu wchodzić na górę.
– Mówiłam, że to nie ona.
Kroki przycichły, gdzieś na górze dał się słyszeć odgłos otwieranych i zamykanych drzwi. Zapanowała cisza.
– Co robimy? – Zapytała Diana.
Joanne nie odpowiadała, wiedziała, że gdzieś tam na górze jest Maria, liczyła, że ona też słyszała kroki i że to ona pierwsza wykona jakiś ruch. Nie pomyliła się, po chwili coś cicho zaszemrało.
– Hej jesteście tam?
Ledwo usłyszały przyciszony głos Marii.
– Tak – odpowiedziały zgodnie i równie cicho.
– Chodźcie powoli na górę, tylko nie naróbcie hałasu i zgaście te świece do diabła.
Joanne z Dianą posłusznie zdmuchnęły chwiejne płomyczki i zaczęły po omacku piąć się na górę. Były już przy wyjściu z piwnicy, kiedy gdzieś na górze znowu dał się słyszeć odgłos otwieranych drzwi. Kobiety zamarły. Usłyszały przytłumione kroki, a po chwili skrzypienie schodów. Maria natychmiast zaczęła wciskać się do środka, popychając przy tym Joannę i Dianę
– Na dół, na dół – Syknęła.
Joanne z Dianą zeszły kilka stopni i zatrzymały się. Maria wślizgnęła się za nimi, odwróciła i przymknęła drzwi. Kroki słychać było coraz wyraźniej. W szparze pojawiło się nierównomiernie błyskające światło świec. Nie czekając dłużej, jak niewidome z rękami przy ścianie, zaczęły szybko schodzić po schodach, na dole Joanne wpadła na Dianę.
– Sss – zasyczała z bólu – Zejdź mi z palca!
– Przepraszam – bąknęła Joanne.
– Uciszcie się. Cisza! – Zganiła je szeptem Maria.
– Co teraz? – Zapytała po chwili Joanne.
– Miejmy nadzieję, że nie przyjdzie mu do głowy chodzić po nocy do piwnicy – szepnęła Diana.
– Obyś miała rację.
– Są tu jeszcze jakieś pomieszczenia? – Zapytała cicho Maria.
– Są, ale nie zdążyłyśmy tam zajrzeć – odparła Joanne.
– Zapalmy może choć jedną świeczkę – szepnęła Diana – Po ciemku możemy coś potrącić. Sie tu pozabijamy.
– Nie przesadzaj, nadepnęłam ci tylko na stopę, nic wielkiego się nie stało
– Uspokójcie się do cholery – skarciła je znowu Maria. Wyjęła zapałki, po chwili drobny płomień świecy rozświetlił mały krąg wokół nich, wzięła świeczkę od Diany i powoli ruszyła w stronę najbliższego pomieszczenia. Joanne i Diana niewiele myśląc, poszły za nią.
Drzwi otworzyły się lekko, nawet nie skrzypiąc. Wewnątrz panował zaduch. Rozejrzały się. Pomieszczenie było niewielkie, miało najwyżej jakieś dziesięć metrów kwadratowych. Zwalone w połowie jakimiś klamotami wydawało się jeszcze mniejsze. Przy ścianie za drzwiami stał czarny kufer okuty metalowymi klamrami i przykryty serwetą.
– Musimy tu przeczekać, aż ten człowiek wyjdzie, albo pójdzie spać – Sapnęła Maria – Nie sądzę, aby szukał czegoś na dole, po nocy.
– Wiedziałaś, że może ktoś przyjść. Dlatego zamknęłaś drzwi na klucz, przyznaj się Mario. – Wyszeptała Joanne.
– Nie wiedziałam, po prostu przewiduję różne okoliczności.
– Co teraz? – Zapytała Diana, jakby w ogóle nie słuchała, o czym mówią.
– Nic, czekamy – odparła Maria i przysiadła na kufrze.
Po chwili siedziały na nim wszystkie trzy.
Kiedy minęło piętnaście minut, które wydawały się wiecznością, Joanne przysunęła się do drzwi i przyłożyła ucho. Kobiety, widząc to, odruchowo wstrzymały oddech.
– Nic nie słyszę – cisza jak w grobie.
– Odsuń się – szepnęła Maria. Teraz ona przyłożyła ucho do drzwi. W piwnicy i jakby mogło się zdawać, w całym domu panowała cisza. Nacisnęła klamkę, wyjrzała i jeszcze przez chwilę nasłuchiwała.
– Idziemy – szepnęła.
– Poczekajcie – Diana podniosła wieko skrzyni.
– Co jest?
– Nic, chcę zajrzeć, jak już tu jesteśmy.
– Przestań, nie ma czasu – powiedziała Joanne.
– Tylko zerknę.
– Daj spokój, zamknij to.
Skrzynia była do połowy wypełniona jakimiś dokumentami Diana pochyliła się, chwyciła klika z nich i zamknęła posłusznie skrzynię.
Gęsiego zaczęły posuwać się na przód. Najpierw Maria, za nią Joanne, a na końcu Diana. W milczeniu, kontrolując oddech, aby nawet on nie zagłuszył ciszy, powolutku dotarły do schodów. Nadal jedna za drugą, ostrożnie stawiając stopy na każdym stopniu, zaczęły piąć się do góry. Nagle Joanne poczuła, jak na jej ramieniu zaciska się dłoń Diany. Początkowo nie zareagowała, jednak uścisk w ułamkach sekund stał się natarczywie bolesny. Joanne zdała sobie sprawę, że jest to uścisk strachu, że jego siła wykracza poza znaną jej sytuację, w jakiej się znalazły. Odwróciła szybko głowę. Najpierw zobaczyła Dianę, a właściwie jej twarz, zrozumiała, że Diana nie krzyczy tylko dlatego, że właśnie ten strach odejmuje jej głos. Natychmiast intuicyjnie spojrzała w dół, przeszedł ją zimny dreszcz, a następnie fala gorąca, u podnóża schodów widać było zbliżające się migoczące światełko. Spojrzała szybko na Dianę następnie na Marię, która też już zauważyła zagrożenie.
– Wiejemy – wycedziła.
Dopadły do samochodu, sapiąc jak trzy parowozy. Wskoczyły na siedzenia. Joanne ruszyła ostro, nie zwracając uwagi na szorujące o karoserię gałęzie.
– Do bani z taką robotą – powiedziała po chwili, łapiąc oddech.
– Z jaką robotą? – Zdziwiła się Diana.
– Umrę przy was na atak serca.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

AlphaOmega Captcha Literacha  –  Name the Author
     
 

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>