Śmierć nie wyjaśnia niczego…

Rozdział I

Stary mechanizm, który prezentował się zupełnie zwyczajnie na tle staromodnego pokoju, wskazywał kilka minut przed godziną szóstą. Zbliżający się wieczór dotykał kolejnych przedmiotów i gasił powoli dzienne światło. Joanne siedziała na fotelu i czytała książkę. Czytała bardziej dla pielęgnowania upływającego czasu niż z zainteresowaniem. Powieść nie była w jej stylu. Opowiadała o wojnie, o powszechnie znanych i związanych z nią cierpieniach, które zostały już opowiedziane w tysiącach innych historii. Właśnie przewracała stronę, kiedy w drzwiach stanęła Ellen. W ręce trzymała kartkę: Powieść odcinkach – LAMPARCI SZEPT
– Przyszedł telegram. – zakomunikowała krótko.
– Przeczytaj – powiedziała powoli Joanne, nie odrywając wzroku od książki.
Dziewczyna otworzyła zaklejoną kartkę, zmierzyła wzrokiem krótką treść i zbladła.
– No, co tam się wydarzyło? – zapytała Joanne, nadal nie odrywając się od lektury.
– Lepiej przeczytaj to sama – odpowiedziała Ellen.
Joanna wyczuła w jej głosie coś niepokojącego, podniosła głowę znad książki i spojrzała w jej kierunku.
– Przeczytaj, proszę – powiedziała stanowczo.
Dziewczyna opuściła rękę z telegramem.
– Tu jest napisane…zawahała się – piszą, że… twoja matka nie żyje, piszą, że to atak serca – wyjąkała wreszcie.
Joanne zamarła nie wypowiedziawszy słowa. Jej wzrok powędrował gdzieś w stronę okna i rozproszył się w bijącej z niego jasności, stając się wespół z umysłem nieobecnym dla realnego świata. Po chwili odłożyła książkę na stolik. Ściągnęła powoli pled, który spowijał jej nogi, wstała, podeszła do dziewczyny, wzięła telegram z jej ręki i sama przeczytała. Był krótki, właściwie wiedziała, że nic w nim więcej nie znajdzie, jednak przebiegła wzrokiem całość jeszcze dwa razy. Ellen stała patrząc trochę bezradnie. Nie wiedziała, jak się zachować pośród tej ciężkiej jak się jej wydawało ciszy. Wiedziała, że matka i córka nie darzyły się wielką miłością, jednak jedna drugiej nie pozwoliłaby zrobić krzywdy. Czekała na cień reakcji ze strony Joanne. Nie doczekawszy się, przyciszonym głosem, nie chcąc zbyt głośno przerywać ciszy, powiedziała:
– Chyba już pójdę. Zapewne wolisz zostać sama w takiej chwili, mam jeszcze parę spraw do załatwienia, a na noc idę do pracy.
Ellen Anderson była osobą samotną, cichą i skromną. Pracowała jako pielęgniarka w pobliskim szpitalu dla psychicznie chorych. Lubiła swoją pracę i lubiła o niej opowiadać, z czasem jednak zrozumiała, że ludzie ze wstrętem i strachem patrzą na odmieńców, nauczyła się więc powstrzymywać od relacjonowania wydarzeń, których była świadkiem. Jako pielęgniarka nie zarabiała wiele, dlatego po dyżurach w szpitalu dorabiała sprzątaniem i gotowaniem, a ponieważ nie lubiła swojej samotności, dodatkowa praca nie stanowiła dla niej ciężaru.
– Tak Ellen, dziękuję. Idź, dam sobie radę – przerwała swoje milczenie Joanne.
Po wyjściu dziewczyny usiadła ponownie na fotelu. Siedziała tak dłuższą chwilę i zastanawiała się, co właściwie powinna teraz zrobić i w jakiej kolejności. Wiedziała na pewno, że musi natychmiast pojechać do Heywood, gdzie mieszkała jej matka. Ta myśl, która stawała się coraz głośniejsza, wyrwała ją z marazmu. Zaczęła działać szybko i systematycznie. Przebrała się, wpadła na moment do łazienki gdzie szybkimi wprawnymi ruchami spięła włosy i poprawiła makijaż. Widać było, że jest kobietą energiczną i pełną wigoru, który nie przemijał u niej mimo upływającego czasu. Chwyciła torebkę, rozejrzała się po pokoju, szukając wzrokiem, czy czegoś nie zapomniała. Już chciała wyjść, kiedy uderzyła ją kolejna myśl; czy siostra i brat wiedzą. Zadzwoniła najpierw do brata. Peter Bird mieszkał z żoną i dwójką dzieci w Ivybridge oddalonym o jakieś dwieście kilometrów od Heywood i sto pięćdziesiąt od Jaywick gdzie mieszkała Joanne. Był najmłodszy z rodzeństwa Birdów i już jako nastolatek nie należał do osób szczupłych. Z biegiem czasu można było śmiało zaliczyć go do osób krągłych. Sprzyjał temu jego siedzący tryb życia spowodowany zamiłowaniem do wiedzy – głównie związanej z astronomią – wiedzy, która wymagała ślęczenia nad książkami lub przy lunecie, jaką z wielkim wysiłkiem finansowym nabył, będąc jeszcze kawalerem. Przy bliższym poznaniu odnosiło się jednak wrażenie, że wnioski, jakie wyciągał z tej wiedzy były skażone jakąś dziwną logiką pojmowania, zrozumiałą chyba tylko jemu samemu. Na dodatek wiedza ta zupełnie nie miała zastosowania w życiu. Krągłość oraz jego delikatne rysy twarzy ozdobione okularami i wiecznie roztrzepaną fryzurą nakazywały postrzegać go, jako osobę rozsądną i łagodnego usposobienia. I faktycznie taki był. Był najspokojniejszą osobą w rodzinie Birdów. Jakimś zrządzeniem losu każde z rodzeństwa reprezentowało skrajnie inną postawę wobec otaczającej rzeczywistości, zupełnie inne emocje, inne uczucia. Peter był stereotypowym flegmatykiem, czego nie można powiedzieć o Sheili, która była choleryczką, wulkanem, gejzerem, Joanne zaś chciałoby się rzec, nimi oboje wciśniętymi w stabilną klatkę wykonaną z rozumu i logiki. Nikt w rodzinie nie dostrzegał różnic dzielących małych Birdów, żadne z rodzeństwa tego nie dostrzegało, nie mieli czasu na analizowanie kogokolwiek, a co dopiero bliskich – choć zapewne ułatwiłoby to ich wzajemne relacje.
Peter wiadomość przyjął z zaskoczeniem. Czuć było, że pomimo jego flegmatycznego charakteru informacja ta szybko niczym igła dostała się do jego umysłu, wbijając się w wyższą sferę uczuć. Jak zwykle jako młodszy z piętnem podporządkowania się starszej siostrze nie bardzo wiedział, co zrobić i czekał na wyraźne instrukcje. Bez oponowania zgodził się pomysłem, że spotkają się jutro w domu matki. Natychmiast po rozmowie z Joanne zadzwonił do Melanie, swojej żony. Wtedy stało się coś co powinno stać się już wcześniej, głos mu się lekko załamał. Ukrył to sprytnie atakiem kaszlu i szybko zakończył rozmowę, wymawiając się drugim telefonem. Kiedy odłożył słuchawkę na policzkach miał łzy.
Melanie nie ukrywając zaskoczenia i emocji, z wrażenia usiadła na stołku w kuchni, gdzie dopadła ją ta wiadomość. Dzieci kończyły jeść lody i zajęte światem niewykraczającym poza obręb stołu, nie zauważyły zmiany w zachowaniu matki. Nathaniel – mały grubiutki sześciolatek – wykroił właśnie łyżeczką spory kawałek gęstej masy lodowej, jaką posiadał w swoim pucharku i szykował się do frontalnego ataku starszej siostry. Obrał sobie za cel jedno z jej dużych błękitnych oczu. Jak na sześciolatka wszystko wykonał niezwykle sprawnie. Wprawdzie wystrzelona masa pacnęła w czoło siostry, a nie tam gdzie zamierzał, ale i tak był zadowolony z efektu. Julie zaciskając zęby, również zachowując spokój, wstała z krzesełka i nie wiele się zastanawiając, przywaliła mu na odlew, leżącą na stole słusznej wagi, książką kucharską. Spadł z krzesła, a wstając, przywalił głową o blat stołu.
– Dzieci uspokójcie się! – Krzyknęła Melanie. – Wasza babcia.. – nie dokończyła, głos podobnie jak u Petera złamał się i podobnie jak u niego po policzkach popłynęły łzy.
Druga w kolejności narodzin – Sheila przyjęła wiadomość z jakimś niedowierzaniem i nonszalancją, sugerując, że jest to nowy wybieg matki, celem zwrócenia na siebie uwagi. Nigdy nie czuła szacunku do rodziców, a jej miłość rodzinna miała jakiś niezrozumiały wymiar. Była osobą porywczą, która w chwilach złości nie przebierała w słowach ni czynach. Matkę, podobnie jak Joanne, obwiniała za odejście ojca. Pod tym względem różniły się tylko tym, że Joanna widziała ten problem bardziej złożonym. Sheila również obiecała przyjechać do Heywood, jednak nie omieszkała też wymienić stu powodów, które mogą opóźnić jej przyjazd. Mówiła o sprawach niecierpiących zwłoki, a których załatwienie pokrzyżowała śmierć matki. Joanne zupełnie to nie interesowało i puszczała te uwagi koło uszu. Po rozmowie i wysłuchaniu szeregu pytań , na które nie znała odpowiedzi, w stylu jak, kiedy, dlaczego – wyszła z domu.

*

Andrew Griffiths był wysokim, szczupłym mężczyzną, żylastej budowy ciała o typowo wiejskiej zaniedbanej, zaoranej twarzy, który nie stronił od kieliszka. W okolicy znany był ze swoich pijackich kłótni, które wszczynał po powrocie do domu, a które mimo swojej dynamiki w postaci gromów i błyskawic, kończyły się zupełnie niegroźnie. Pił często, ale nie na umór i myliłby się ten, kto uznałby, widząc kolejną kłótnię, bądź jego chwiejny krok, że Andrew Griffiths jest uzależniony i totalnie upodlony alkoholem, bowiem w chwilach, kiedy był trzeźwy, wykazywał wiele chłopskiej inteligencji i sprytu oraz chęci do pracy. Miał też jedno dziwne przyzwyczajenie. W niedzielne popołudnia ubierał białą koszulę i samotnie spacerował w pobliżu jeziora. Wielu zadawało sobie pytanie, o czym wtedy myśli, po co tak chodzi, jednak nikomu nie udało się rozwiązać tej zagadki, nikt nie wiedział czemu Andrew Griffiths lubił samotną, trzeźwą ciszę w niedzielne długie popołudnia. Andrew Griffiths lubił też rozmawiać z okolicznymi mieszkańcami, zwłaszcza tymi, którzy przybyli do Heywood z pobliskiego miasta w poszukiwaniu spokoju i biologicznego rytmu życia. Wprawdzie im więcej ich przybywało, tym bardziej płoszyli mu tę ciszę niedzielnych popołudni, wyganiając ją gdzieś w dalekie ostępy leśne. Jednak chyba to dzięki właśnie tym ludziom Andrew Griffiths nie stoczył się całkowicie w otchłań nałogu. Czy tego chciał, czy nie, wnosili do jego życia trochę kultury, on zaś starał się pokazać, że nie jest gorszy. Z jednej strony chciał im dorównać, z drugiej patrzył na nich z góry i żartował z ich miejskiej nieporadności oraz nieznajomości życia, bo według niego tylko człowiek twardo związany z ziemią może ją znać. Mimo iż tak myślał, sam nie uprawiał ziemi już od dawna. Utrzymywał swoją rodzinę z prac budowlanych, jakie wykonywał na zlecenie nowo przybywających do wioski. Budował ich domy, domki, stawiał płoty, łatał dachy. Można było do niego się zgłosić z każdą awarią w obejściu. Cenione było to, że praktycznie nigdy nie odmawiał, a im więcej pracował, tym mniej pił, bo w pracy, Andrew Griffiths nie pił nigdy.
To on znalazł ciało Judith. Miał tego dnia poprzycinać drzewa, które nadmiernie rozrosły się przy domu. Przyszedł o oznaczonej porze, by ustalić, o które chodzi. Zapukał do drzwi, ale z wnętrza nie dobiegł go żaden dźwięk. Był przekonany, że Judith Bird powinna być w domu. Zawsze była słowna i jeszcze się nie zdarzyło, aby nie poinformowała o zmianie planów. Ponownie zastukał i ponownie odpowiedziała mu głucha cisza. Pomyślał, że może jest na górze i nie słyszy, więc delikatnie nacisnął klamkę i uchylił drzwi.
– Pani Bird! – zawołał. – Halo jest tu, kto?
Znalazł ją na kanapie przy kominku. Siedziała lekko przechylona na lewą stronę. Włosy opadały na twarz, całkowicie ją zakrywając. Wezwany lekarz stwierdził zgon, a jako prawdopodobną przyczynę śmierci podał atak serca.
Wiadomość szybko rozeszła się po okolicy. Była swojego rodzaju atrakcją urozmaicającą szarą codzienność małego miasteczka. Ci, co znali Judith, przywoływali obrazy z przeszłości, z ostatnich chwil, kiedy ją widzieli, kiedy z nią rozmawiali. Ci, którzy nie znali jej osobiście, próbowali przypomnieć sobie kobietę, o której mówili inni, pomagając sobie nawzajem odświeżać pamięć, odszukując jakieś drobne zdarzenia mogące wyciągnąć jej obraz z ich pamięci. Ci zaś, którzy w ogóle jej nie widzieli, udawali, że widzieli i z zadumą łączyli się w smutku z tymi, co ją znali osobiście.
Telegram do Joanne wysłała Sally Fairfield Osborn, właścicielka niewielkiego, jedynego pensjonatu znajdującego się na wjeździe do miasteczka. Wolała wysłać telegram niż przekazać smutną wiadomość telefonicznie, nie miała po prostu odwagi. Z Judith Bird znały się od początku czasów, kiedy zjawiła się w Heywood. Właściwie to pierwszego poznała Williama Bird, męża Judith, energicznego mężczyznę, który przybył do miasteczka w poszukiwaniu jakiegoś urokliwego odosobnionego kawałka ziemi, gdzie mógłby postawić letni dom, aby jak mówił, w oddaleniu od gwaru miejskiego świata, spędzać wakacje z rodziną. Z kupnem ziemi w Heywood, zresztą, jak i w innych podobnie zapomnianych miejscach, nie było problemu. Młodzież zauroczona nowinkami rozwijających się miast, wabiona rozrywką, często w poszukiwaniu pracy, opuszczała bez żalu nudne, szare zapomniane miasteczka nie przypuszczając nawet, że kiedyś do nich zatęskni. Sprawy zakupu załatwił szybko i z wrodzonym entuzjazmem powiadomił o tym fakcie rodzinę, zwożąc ją w całości w celu zademonstrowania odkrycia raju na ziemi. Wtedy to Sally Osborn poznała Judith, bowiem po obejrzeniu sielskiej łąki, na której miał stanąć dom, po wszelkich „och” i „ach” i „jak to będzie wspaniale”, wylądowali w jej pensjonacie w celu uczczenia tej chwili jakimś godnym posiłkiem. Gromadka dzieci w liczbie sztuk trzy otaczała Judith nie dając jej chwili spokoju. Pokrzykując i machając rękami, odganiała się od nich jak od natrętnych much, zajmując stolik na małym tarasie przed restauracyjką pensjonatu. Dzień był wtedy gorący. Słońce robiło powietrze ciężkim, a pobliskie jeziora dodawały do tego równie ciężką nutę wilgoci. Judith ubrana była lekko, troszkę wyzywająco, jakby starając się ukryć swój wiek pod młodzieżowymi fatałaszkami, wyglądało na to, że nadal zależało jej na wzroku mężczyzn i robieniu ogólnego wrażenia kobiety nadal ponętnej. W oczy rzucało się wiele kolorowych dodatków, dużo świecidełek podpiętych, to do bucika, to do spódniczki, seria cekinków na bluzeczce i wiele złota na drobnych palcach i uszach. William Bird ubrany z delikatną elegancją w jedyny godny strój mężczyzn, czyli spodnie i marynarkę, czując się od pierwszego dnia tutejszym, rozpromieniony, siedział naprzeciwko niej i informował co i gdzie się znajduje w miasteczku, jakie to wygodne, jakie śliczne. Wszystko przedstawiał tak, jakby mieszkał tu od lat. Zamówili smażone na maśle pstrągi, a Sally Osborn osobiście ich obsługiwała. Później, wraz z upływającym czasem dom, który miał być jedynie letnim, stał się domem rodowym, a Judith była częstym gościem Sally, z którą lubiła w tajemnicy przed mężami wypić sobie łyczek czegoś mocniejszego.
Droga do Heywood wiła się pośród ciężkich głęboką zielenią lasów przerywanych od czasu do czasu niewielkimi jasnozielonymi łąkami i wielkimi niebieskimi kleksami jezior. Joanne znała tę drogę na pamięć i jadąc, postrzegała ją jedynie bezwiednie, rejestrując tylko w zakresie orientacyjnym. Tym razem jednak było inaczej. Droga na nowo odżyła, wygrzebując z zakurzonej pamięci obrazy przeszłości, skacząc z jednego wspomnienia na drugie, a żadnego nie kończąc. W jednej chwili widziała pierwsze wyjazdy do Heywood, kiedy to ojciec kupił ziemię, nie konsultując tej decyzji ze swoją żoną – zazwyczaj tak robił – nie miał zwyczaju pytać innych o zdanie. Posiadał w sobie coś takiego, co mówiło mu, że wszyscy, wszystko postrzegają tak samo. Był czasami, choć nigdy tego nie pokazywał, bardzo rozczarowany, kiedy komuś nie podobały się jego pomysły i realizacje. Następnie widziała pierwsze wakacje spędzane w Heywood, pierwsze znajomości, zabawy nad jeziorem, przelotne sympatie i szaleństwa okresu wyrastania z dziecięcych ubranek stawania się kobietą, później znowu pierwsze rodzinne święta w nowym domu na wsi. Nie wszystkim jednak wspomnieniom towarzyszyła nostalgia, a to za sprawą państwa Bird, którzy nie potrafili, żyć zgodnie. Oczekiwali od siebie tego, czego żadne z nich nie potrafiło drugiemu dać. Już będąc dzieckiem, Joanne dostrzegała, sygnały, że coś w domu jest nie tak, że harmonia nie jest harmonijna, spokój nie jest przytulny, śmiech nie jest szczery, a słowo kocham, nie ma nic wspólnego z na zawsze. Wszystko było sztuczne i ulotne, każda spokojna chwila krucha. Na początku z poczucia winy i wstydu starali się prowadzić zewnętrzną grę pozorów, później już nikt niczego nie ukrywał, dzieci przestawały być dziećmi i doskonale rozumiały, co znaczą wypowiadane słowa, podniesione głosy, dni milczenia i unikania się. Joanne zdawała sobie sprawę, że właśnie ten czas kształtował ją nie tak, jak by chciała, że zniszczył coś w niej, nie pozwolił się czemuś narodzić, że zapuścił po kryjomu korzenie obaw, które jak chwasty kwiatom wodę, tak one jej odebrały wiarę w uczucie miłości. Wiedziała, że nikt nie nauczył jej, nikt nie pokazał, że miłość może być dobra, przeciwnie świat udzielił jej pierwszej lekcji, wskazał palcem, mówiąc; patrz uważnie, tak wygląda życie w parze sparowanej przez głupotę i hormony.
Samochód powoli minął miasteczko, Joanne skręciła w polna drogę, jeszcze tylko dwa kilometry dzieliły ją od celu jej podróży. powieść odcinkach – LAMPARCI SZEPT

2 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

AlphaOmega Captcha Literacha  –  Name the Author
     
 

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>