Róża…

Rozdział XVII-I

Joanne zatrzymała się. Patrzyła na wejście do domu, na ścieżkę prowadzącą do drzwi. Nie zważała na padający deszcz, stała w miejscu i patrzyła. Przed oczami pojawiły się obrazy. Widziała matkę, która prowadziła ją za rączkę właśnie do tych drzwi. Czuła się dziwnie, jakaś nostalgia, przemieszana ze strachem, zawładnęła jej umysłem i ciałem. Maria spojrzała w jej stronę, chwyciła delikatnie za rękę jak kiedyś matka i pociągnęła za sobą. Diana swoją energią zdmuchnęła nastrój, wyprzedziła je i wbiegła na ganek, chroniąc się przed deszczem. Po chwili wszystkie trzy stały przy starych ciężkich dębowych drzwiach. Joanne i Diana spojrzały na Marię, ta zaś na klucze. Były trzy. Maria przesunęła na kółku ten, którym otworzyła furtkę i przyglądała się dwóm pozostałym. Oba były duże i masywne, zdecydowanie większe niż ten od furtki. Wybrała jeden i wsunęła do zamka. Teraz wszystkie jak zahipnotyzowane patrzyły na klucz tkwiący w środku. Maria lekko nim poruszyła, kiedy napotkała opór, przycisnęła mocniej, jednak nie drgnął. Chwyciła go oburącz i opierając się całym ciałem o drzwi, natarła z siłą, na jaką pozwoliły jej niemłode już mięśnie. Dał się słyszeć głuchy dźwięk całej maszynerii starego zamka. Maria odsunęła się. Joanne i Diana spojrzały na nią pytająco. Ta zamiast odpowiedzi demonstracyjnie niczym mim wyciągnęła rękę i nacisnęła klamkę. Drzwi uchyliły się. Pchnęła je mocniej. Zaskrzypiały, znikając w mroku holu. Poczuły, jak ze środka wydostaje się zaduch niewietrzonych pomieszczeń, pachniało kurzem i drewnianą wilgocią.
– Joanno prowadź, znasz ten dom – szepnęła Maria.
– Tak chyba tak. – Westchnęła i weszła pierwsza.
Kiedy znalazły się w holu, zapanowała taka ciemność, że nie widziały siebie nawzajem. Joanne usłyszała zgrzyt zamka.
– Co to? – Zapytała.
– Nic, zamknęłam nas – odparła spokojnie Maria. – Są tu jakieś światła?
– Oczywiście, ale nie sądzę, aby był prąd. Jednak zawsze w tym domu było dużo lamp naftowych, może któraś działa.
Maria poszperała w zwojach swojej sukni i wyjęła świeczkę, a za dekoltu paczkę zapałek.
– Co ty tam grzebiesz? Zapytała Joanne, bardziej słysząc, niż widząc.
– Mam zapałki i świeczkę.
– Co masz ?
– Zapałki i świeczkę
– Zawsze ze sobą nosisz taki zestaw? Masz coś jeszcze? Może kanapki?
– Wzięłam na wszelki wypadek. Diano, trzymaj – Maria wyciągnęła rękę, w kierunku gdzie wydawało się, że powinna stać.
Diana wymacała na oślep rękę Marii i przejęła od niej świecę. Pierwsza zapałka tylko błysnęła, rozświetlając na sekundę ręce Marii.
– Chyba trochę zamokły. – Wyjęła kolejną, dało się słyszeć trzask draski i błysnął płomień, przygasł, jednak w ułamku sekundy rozjaśnił się znowu, obejmując małe drewienko niszczącym je ciepłem. Po chwili knot świecy przejął płomyk i delikatnym, chwiejnym światłem rozświetlił pomieszczenie. Diana uniosła świeczkę wyżej. Oczom kobiet ukazał się duży hol. Jego obrzeża jednak nadal kryły się w mroku.
– Musimy znaleźć jeszcze jakieś świeczki albo te lampy, o których mówiłaś. Z jedną świeczką nie wiele zwojujemy. – Powiedziała Maria.
Diana zrobiła kilka kroków do przodu. Maria i Joanne podążyły za nią. Z mroku, z prawej stron holu, wyłoniły się schody biegnące ku górze.
– Świeć Diano po ścianach, gdzieś tu wisiały te lampy – odezwała się Joanne.
Diana podniosła świeczkę jeszcze wyżej i zrobiła jeszcze parę kroków do przodu.
– Są! – powiedziała cicho – Widzę dwie. – dodała i ruszyła dalej, obchodząc pomieszczenie wzdłuż ścian. Widać było, że czuła się coraz pewniej – O! I tu jest jeszcze jedna, i tam przy schodach chyba dwie. – Jej głos dochodził, odbijając się lekkim echem.
Joanne ruszyła za nią, podeszła do ściany i zdjęła jedną z lamp. Była cała metalowa, szklany klosz oblepiony był kurzem, który osiadł na oleistym podłożu. Potrząsnęła nią i pokręciła głową z niezadowoleniem.
– Pusta, zobaczmy kolejne.
Maria była już przy następnej.
– Ta też pusta, chyba się nie przydadzą, nafta wyparowała przez te lata.
Diana, nie czekając na Joannę i Marię, skierowała się w kierunku dwuskrzydłowych drzwi, które znajdowały się naprzeciwko wejścia. Po obu ich stronach stały dwie ciężkie zdobione jakimiś ornamentami drewniane komody.
– Chodźcie tutaj – zawołała półszeptem – chyba znalazłam co nam trzeba.
Na jednej z komód stał okazały kandelabr. W jego ramionach osadzonych było pięć nadpalonych świec. Diana zapalała jedną po drugiej. W holu coraz bardziej się rozjaśniało, a żółte płomienie dawały złudzenie ciepła.
– Na wszelki wypadek zostaw naszą świeczkę tutaj, myślę, że w pokojach znajdziemy kolejne świeczniki. – powiedziała Maria. – Popatrz Joanno, to cudo wygląda na kandelabr z pracowni Ph. Thomire’a. Cenna rzecz. Właściciel albo lubił taki klimat, albo nie przepadał za elektrycznością.
– Jak pamiętam, zawsze otaczał się przedmiotami z przeszłości. – Szepnęła Joanne.
Maria dźwignęła świecznik, podeszła do drzwi, uchyliła je i weszła do środka, za nią wślizgnęła się Joanne, a następnie Diana,
Joanne ogarnęła wzrokiem salon, w którym się znalazły. Wspomnienia znowu zaczynały ożywać. Spojrzała na wyłaniające się z ciemności sofy, fotele, stoliki, barek, duży kominek, obrazy na ścianach. Coś ją zakłuło w sercu, coś ścisnęło za gardło, gdzieś tutaj był maleńki, zamrożony i zamknięty przez lata na klucz, kawałek jej beztroskiego dzieciństwa.
– Tam po lewej, w głębi, przy ścianie powinno stać ogromne pianino, na nim zawsze stał świecznik… – zawahała się – .. Świecznik, butelka szampana i wazon z małą różą – dodała jak jakieś medium.
Maria spojrzał na nią.
– Wszystko w porządku Joanno?
– Tak Mario, w jak najlepszym.
Diana niewiele myśląc, skierowała się na lewą stronę, ominęła zgrabnie sofę i stojący przy niej fotel, podeszła do pianina.
– Faktycznie jest tu pianino. – Podeszła bliżej – I to ogromne pianino. – Odruchowo, nie mogąc się oprzeć, nacisnęła klawisz, młoteczek uderzył w strunę i rozległ się dźwięk wysokiego C.
– Ej moja panno – wzdrygnęła się Maria stojąca na środku pokoju – nie hałasujemy!
– Przepraszam – powiedziała przyciszonym głosem Diana, sama trochę wystraszona swoją lekkomyślnością.
– Więc jak? Jest tam, ten świecznik? – Zapytała Maria, zniecierpliwiona ruszając w jej stronę.
Diana spojrzała wyżej.
– Tak jest… – Urwała – O cholera…
– Co się stało? – Maria zatrzymała się w pół drogi.
Joanne podeszła do Marii i stanęła za jej plecami. Patrzyły, jak Diana powoli odsuwa się od pianina. Kiedy oparła się o stojący za nią fotel, Maria z Joanną ruszyły i podeszły bliżej. W świetle świec czarne pianino wydawało się jeszcze większe i cięższe niż w rzeczywistości. Na jego płycie stał świecznik, obok butelka szampana i mały wazonik, a w nim… róża. Wszystko było pokryte warstwą kurzu, jedynie róża lśniła odbitym blaskiem świec, była świeża, jakby ktoś ją zerwał pięć minut temu.
Kobiety wpatrywały się w nią bez słowa. Maria skupiona ze zmarszczonym czołem i przymrużonymi oczami Diana z wielkimi oczami i znakiem wykrzyknika i pytajnika na twarzy. Joanny zaś była jakieś trzydzieści lat wstecz, jej wzrok był jak u małej dziewczynki, która niczego nie rozumie, choć chciałby bardzo. I właśnie to ona jako pierwsza przerwała milczenie.
– Myślę, że powinnyśmy wyjść z tego domu.
– Bzdura. – Obruszyła się Maria. – Nie zapominaj, że masz prawo tu być. Twoja mama miała obowiązek opiekować się tym majątkiem, to po pierwsze, po drugie zaczyna być ciekawie, nieprawdaż Diano?
– Fascynujące – Kiwnęła głową Diana, która ochłonęła, i już z bliska przyglądała się kwiatu, sprawdzając, czy jest prawdziwy.
– A serio mówiąc, to jeszcze bardziej mam ochotę przeszukać ten dom, bo jak widać, miałam rację, że ma jakiś związek z naszymi włamaniami – dodała Maria.
– Ciekawe kto ją ściął, kto ją tu przyniósł i postawił. Taka zwykła róża, na którą nikt normalnie by nie zwrócił uwagi, a zobaczcie, jakich ma dzisiaj widzów, jakimi emocjami jest naładowana – ekscytowała się Diana.
Maria zapaliła wszystkie świece drugiego świecznika i wręczyła go Joannie
– No, do roboty moja droga.
– Czego my właściwie szukamy Mario?
– Wszystkiego, co zwróci naszą uwagę, nie wiem, zdaj się na intuicję.
Po chwili również i Diana dorobiła się świecznika, okazało się, że było ich na tyle dużo, że gdyby chciały, mogły nimi oświetlić cały dom. Joanne z Marią powoli obeszły salon, jednak nic ciekawego nie znalazły, przeniosły się więc do sąsiedniego pomieszczenia, które wyglądało na bibliotekę, a zarazem gabinet Mariusa. Diana, bardziej ciekawa samego domu, zaczęła samotnie zwiedzać inne pomieszczenia.
– Co myślisz Mario o tej róży? – Zapytała Joanne, przeglądając jedną z szuflad w biurku.
– Cóż, nic, po prostu ktoś tu był przed nami. Być może to właśnie stąd nas obserwowano.
– Ale dlaczego róża? Kto mógł wiedzieć, że zawsze tam była?
– Nie wiem, być może to przypadek, stała sobie zeschnięta i ktoś ją wymienił na świeżą.
– Dobre, sama chyba nie wierzysz w to, co mówisz. Sentymentalny przestępca? – Powątpiewała Joanne.
– To też ludzie, moja kochana.
– Jakoś nie mogę sobie tego wyobrazić. – Joanna zamknęła jedną szufladę i otworzyła kolejną.
– Dużo tu książek – Maria przesuwała się wzdłuż półek, trzymając wysoko świecznik. – Widać lubił czytać. Zobacz tutaj, cały regał poświęcony malarstwu, tam literaturze światowej. O, a tutaj historia. Ciekawy człowiek. Musiał mieć szerokie zainteresowania i sporą wiedzę.
– Zawsze dużo czytał, pamiętam, że książki były wszędzie. Właściwie to od niego dostałam pierwszą książkę na któreś tam urodziny – wyszeptała Joanne, podchodząc do Marii.
– Co to było ?
– „Tajemniczy ogród”, zakochałam się w niej od pierwszego czytania.
– Tu są jakieś skoroszyty. – Maria wskazała na prześwit pomiędzy książkami a górną półką. Sięgnęła po jeden i otworzyła.
– Zobacz, notował sobie z książek, wszytko co go zaciekawiło, głównie historia – odwróciła kartkę. – Są też sentencje z literatury, które go urzekły; Aut amat, aut odit mulier, nil est tertium. – Przeczytała.
– Kobieta albo kocha, albo nienawidzi, nie ma nic trzeciego – przetłumaczyła bezwiednie Joanne – To chyba Seneka.
– Nie, to Publilius Syrus.
Joanne machnęła ręką
– Może i Syrus, nie przepadam za poezją.
Zostawiła Marię z nosem zanurzonym w zeszycie i podeszła do sekretarzyka, który stał przy ścianie, po lewej stronie od dębowego biurka.
Zaczęła otwierać szufladki, aby nie narobić hałasu, robiła to powoli. Wewnątrz znajdowały się najróżniejsze drobiazgi, stalówki, spinacze, nadkruszone gumki. W ostatniej zobaczyła wyblakłą różową kokardkę. Znieruchomiała, Stała się znowu małą dziewczynką stojącą na dziecięcym podwórku.
Joanne, znowu zgubiłaś kokardkę, to już druga w tym tygodniu! – słyszała w głowie, z wyrzutem wypowiedziane słowa matki.
Patrzyła na ten kawałek wstążki jak zahipnotyzowana, kiedyś nie miał dla niej żadnego znaczenia, a dzisiaj niczym najwspanialszy wehikuł czasu wiózł ją w przeszłość. jak swoisty, intymny wehikuł czasu. Powoli wyciągnęła rękę i dotknęła materiału, najdelikatniej jak potrafiła, jakby obawiając się, że skruszy ten pomost, łączący ją ze światem wspomnień i wszystko uleci, rozpłynie się w niepamięci. Przymknęła oczy, po chwili otworzyła, zamknęła szufladkę i odwróciła się w stronę Marii.
– Idziemy dalej? Nie widzę tu nic ciekawego, co by mogło nas przybliżyć do rozwiązania zagadki.
– Tak, sądzę, że możemy zmienić pomieszczenie. Jednak nie zgodę się, że nic ciekawego nie znaleźliśmy, a właściwie inaczej – nieznalezienie czegoś też może być informacją – dodała zagadkowo Maria.
– Co masz na myśli?
– Przeleciałam wzrokiem cały księgozbiór. Dziwię się po prostu, że w bibliotece człowieka, który podarował twojej mamie książki z dziedziny magii, nie ma ani jednej poświęconej tej tematyce.
W tej chwili w drzwiach rozjaśniło się i stanęła w nich Diana.
– I jak wam idzie? Ja niczego ciekawego nie znalazłam, może jedynie to, że kuchnia wskazuje, iż faktycznie ktoś tu był. Widać, że niektóre naczynia były używane i to zupełnie niedawno.
– No tak, ale to już wiemy – powiedziała cicho Maria. – Dobrze, idziemy na górę – dodała głośniej.
Z biblioteki przeszły przez salon i ponownie znalazły się w holu. Weszły na schody. Wzdłuż ściany i na półpiętrze, w ciężkich złoconych ramach, wisiały obrazy. Pomiędzy nimi, niczym maleńkie przecinki znajdowały się lampy naftowe, łączyły je, podobne do luźno zwisających dziurawych rajstop, grube, kosmate konstrukcje pajęczyn. Wyglądały na opuszczone, jak i ten dom. Na piętrze było ośmioro drzwi. Po każdej stronie korytarza po trzy i za zakrętem po jednej parze. Wszystkie prowadziły do kolejnych sypialni, z których każda była urządzona w innym kolorze. Ostatnia, purpurowa była największa. Żakardowe, szkarłatne, zasłony, szczelnie zasłaniały obydwa duże okna, jakie się w niej znajdowały. Drewniane, masywne, ciemno brązowo czerwone meble potęgowały osobliwe wrażenie. Tylko w tej sypialni był kominek, stała przy nim mała sofa. Na małym stoliku obok niej, leżało kilka książek. Joanne podeszła i odwróciła okładkę pierwszej z nich „Duma i uprzedzenie” przeczyła w myślach tytuł, zamknęła i właśnie chciała się odwrócić, kiedy coś przykuło jej uwagę, za książką leżało coś małego.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

AlphaOmega Captcha Literacha  –  Name the Author
     
 

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>