Odzieranie umarłych z tajemnic…

Rozdział X

Dotarła do na miejsce około godziny piętnastej. Heywood przywitało ją rozgrzanym leniwym popołudniem. Miała wrażenie, że ludzie w małych miasteczkach poruszają się wolniej. Nikomu się nigdzie nie śpieszy, a jednak wszędzie zdążają, jakby czas był zupełnie innym wymiarem niż w dużych miastach. W zasadzie można by dojść do wniosku, że w takich miejscach pośpiech nie istnieje. Po przejechaniu polnej drogi, pośród lasu, na wzgórzu, ukazał jej się opuszczony dom. Patrzyła na niego zbliżając się powoli. Kiedy była już blisko, zatrzymała samochód. Patrzyła przez chwilę. Wysiadła, podeszła do furtki, zajrzała, szukając jakiegoś śladu ludzkiej ingerencji. Nie dostrzegłszy niczego niepokojącego, przeszła wzdłuż płotu na tyły domu. Pomiędzy rosnącymi świerkami które okalały cały dom zauważyła duża ogrodową huśtawkę. Znieruchomiała, patrzyła na nią – to z niej kiedyś spadła, obcierając sobie kolana do krwi, płakała w niebogłosy, matka ja uspokajała, była w sukience w kwiaty, wyglądała tak ciepło, on przemywał jej kolana, a jego pies, odganiany jak mucha, natrętnie starał się wylizywać drobne ranki na których pojawiały się kropelki krwi. Joanne potrząsnęła głową odganiając wspomnienia, szybko zawróciła, wsiadła do samochodu, zjechała z wzgórza i znalazła się pod domem matki. Przygnębiała ją ta pustka która w nim panowała wszystko potęgowały ostatnie wydarzenia, na dodatek spokój tego domu został zmącony przez ingerencję jakiś obcych osób które zbezcześciły jego nietykalność.
Zrobiła sobie kawę, myśląc o Marii która zapewne, poleciła by jej herbatę. Zrobiła też sobie kanapkę z twarogiem który pozostał po ostatnim śniadaniu, a który Maria schowała w chłodnej spiżarni. Kiedy wypiła i zjadła, postanowiła zajrzeć do Griffithsów. Skoro mieszkają tu cały czas, na pewno będą wiedzieli coś o dziwnym sąsiedzie.
Dom Andres Griffithsa stał w zagłębieniu doliny. Jakieś pięćset metrów od ich domu. Był skromny, niewielki, parterowy i trochę zaniedbany. Zapukała W środku dał się słyszeć jakiś ruch, po chwili otworzyły się drzwi i stanęła w nich żona Andresa Griffithsa – Kate.
– Dzień dobry – powiedziała Joanne.
– Dzień dobry panience – odpowiedziała.
– Czy zastałam męża – zapytała.
– Tak, jest, proszę, niech pani wejdzie – Andrew! – Zawołała w głąb izby –panienka Bird do ciebie.
Kate była niską, drobną kobietą, która całe życie ciężko pracowała. Znała Joannę od dziecka. Wielokrotnie, będąc młodą jeszcze dziewczyną, opiekowała się dziećmi Birdów i dlatego zapewne, nadal nazywała Joanne panienką. I choć czasy podziału społeczeństwa, jakie w ten sposób akcentowała, mijały już bezpowrotnie, było to miłe, choć troszkę krępujące. Joanne weszła do malutkiego niskiego przedpokoju, następnie do równie niewielkiej kuchni. Było w niej gorąco, na rozgrzanym piecu, stały garnki, a w powietrzu mieszały się zapachy paleniska, parowanych ziemniaków i wilgoci. W głębi kuchni znajdowały się drzwi które prowadziły do pokoju. Po chwili wyszedł z niego, w brudnym podkoszulku i roboczych spodniach, Andrew Griffiths.
– Dzień dobry.
– Dzień dobry – odpowiedziała Joanne.
– Co panią sprowadza, czy coś potrzeba zrobić koło domu?
– Chciałam Pana prosić o skoszenie trawy. – Joanne nie chciała od razu zaczynać rozmowy od wypytywania o Mariusa.
– Dobrze – kiwną głową – jednak będę mógł dopiero po jutrze, dzisiaj obiecałem Panu Pritchardowi naprawić dach drewutni, coś tam przecieka, a latem wiele wody z nieba lubi polecieć, pani wie.
– Bardzo dobrze, może być pojutrze, to nie jest aż tak pilne. A czy mogę też i ciebie Kate prosić o pomoc? Chodzi o uporządkowanie ogrodu. Jest tam pełno liści i wszystkiego tego co zostaje po zimie – takie spóźnione porządki, wiesz samej dość trudno.
– Ależ oczywiście, wpadnę jutro, po południu, około trzynastej, jeśli oczywiśćie panience odpowiada.
– Świetnie, chciałabym, aby dom nabrał trochę kolorów i nie wydawał się opuszczony jak ten na wzgórzu. – Joanne starała się delikatnie skierować rozmowę na interesujący ją temat.
– Przyniosę panience trochę cebulek różnych kwiatów, mam też sadzonki bratków. Pani mama – świeć panie nad jej duszą – zawsze ode mnie brała.
– Może przy okazji poprzycinam te wielkie sosny…tak jak chciała pani Judith? – wtrącił Andrew.
– Tak to jest dobry pomysł, tak się rozrosły, że faktycznie zasłaniają słońce.
Ale to dopiero po jutrze – zaznaczył.
– Jasne, oczywiście.
Kiedy Joanne myślała, jak zejść na temat samotnego domu, niespodziewanie wyręczyła ją w tym Kate.
– Kiedyś i do tamtego domu nosiłam bratki, ale to było dawno. – machnęła ręką.
Wyczuwając okazję Joanne natychmiast zapylała.
– A co właściwie się stało z właścicielem tego domu, pamiętam, że byłam tam z mamą kilka razy…
– Cóż, właściwie to nikt nic nie wie, początkowo myśleliśmy, że może Pan Marius gdzieś wyjechał, ale pies.
– Jaki pies?
– Został pies, strasznie wył, wychudł, sama skóra i kości, żal nam się go zrobiło, mąż wszedł przez płot i go wyniósł, to był duży piękny pies, był u nas jakiś czas ale po kilku dniach uciekł i tyle go widzieliśmy.
– I nikt się nie zainteresował, co się wydarzyło? – Zapytała zdziwiona Joanne.
– Wie pani jacy są ludzie, trochę poplotkowali, jedni mówili, że na pewno ktoś go zamordował, inni, że zachorował i zmarł, ktoś twierdził, że go widział całego i zdrowego. Poza tym nikt nie czuł się upoważnionym aby zajmować się tym zniknięciem, co nam do tego, przecież pan Marius miał rodzinę.
– Miał rodzinę? No właśnie, i nikt tu z nich nie przyjeżdżał, nie pytał, może jacyś znajomi?
– Z tego co wiem, to miał tylko syna, gdzieś w mieście, ale nigdy go tu nie widziałam.
– A kto był tu pierwszy, moi rodzice czy pan Marius?
– Pierwszy pojawił się tutaj panienki ojciec, pan Marius odbudował dom jakiś rok później, ale najwięcej wiedziała by panienki mama, znali się bardzo długo, jeszcze zanim poznała pani ojca,
– Mama nie wiele mówiła, a po prawdzie, nie wiele mnie to wtedy interesowało – przyznała szczerze Joanne – Czekaj Kate, powiedziałaś odbudował?
– No tak, odbudował. Panienki dom przecie też postawiony na ruinach. Ten jego, to jeszcze prawie cały był.
– A czyje to było wcześniej?
– Mówią, że wieki temu był jakiś klasztor czy zakon myśmy tu osiedli po wojnie to nie wiemy dokładnie.
– Andrew, a pan bywał w tym domu?
– Nie, nigdy, to był jakiś dziwak, zawsze sam, niewielu znajomych. Dziwak mówię – z przekonaniem stwierdził Andrew – w nocy cuda się w tym domu działy, no dziwak mówię.
– Jakie cuda? – Z ciekawością spojrzała na niego Joanne.
– A takie, tam, szkoda gadać. – Andrew garnuszkiem zaczerpnął wody z wiadra i wypił jednym haustem, otarł usta, a widząc pytające spojrzenie Joanny kontynuował.
– Palił jakieś ognie, łaził po nocy miał jakąś obsesję na punkcie kamieni, ciągle je zwoził albo wywoził. Ludzie gadali, że jakieś czary odprawia, wielu się go bało, choć nikomu krzywdy nie zrobił wręcz przeciwnie, wielu pomagał. Kate co z tym obiadem, głodny już jestem.
– Jest, już podaję. Panienka wybaczy, dzisiaj tak późno jemy, czekałam aż mąż wróci z roboty.
Joanne widząc, że już niczego więcej się nie dowie, postanowiła zakończyć wizytę.
– Ależ oczywiście nie róbcie sobie problemu, ja już i tak muszę już lecieć. To jak Kate, mogę na ciebie liczyć jutro? – zapytała na odchodne.
– Oczywiście, jak mówiłam panience, będę po południu około trzynastej, tylko obrobię się w domu.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

AlphaOmega Captcha Literacha  –  Name the Author
     
 

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>