Nocny obserwator…

Rozdział V

Tego dnia utarg w sklepie był nie wielki jednak na godziwym poziomie. Joanne wyszła do domu tuż przed zamknięciem. Bolała ją głowa i marzyła o kąpieli. Będąc w wannie, gdzie ciepła woda otulała ją aż po szyję, myślała o człowieczku ze świńskimi oczkami. Coś ją niepokoiło w tej wizycie. Przypomniała sobie, że Andrew Griffiths jakiś czas temu wspominał, o kimś, kto wypytywał o dom – przymknęła oczy – postanowiła zadzwonić do niego, jak tylko wyjdzie z wanny.
Andrew Griffiths odebrał od razu – jakby stał koło aparatu telefonicznego i tylko czekał na dzwonek.
– Dzień dobry pani Joanne.
– Panie Griffiths – przeszła od razu do pytania – czy pamięta pan tego człowieka, który chciał kupić dom mojej matki?
– Tak, pamiętam, wyglądało na to, że jest mocno zainteresowany.
– A czy mógłby mi pan go opisać?
– Opisać? – Zdziwił się Andrew.
– Tak, opisać. Jak on wyglądał?
– To był taki mały otyły mężczyzna, łysawy, cóż jeszcze mogę o nim powiedzieć? – zastanawiał się głośno. – Nie wiem, nie pamiętam, może jeszcze to, że był w eleganckim płaszczu. Czy coś się stało? – Zapytał na koniec.
– Nie, nic. Dziękuję, to tylko chciałam wiedzieć. Dziękuję – powtórzyła i odłożyła słuchawkę.
Wyglądało na to, że był to ten sam mężczyzna, który odwiedził ją w sklepie. Właściwie nie było w tym nic dziwnego – myślała – Co z tego, że ktoś chce kupić dom? Był położony w urokliwym miejscu, blisko jeziora, dobrze utrzymany. Wymarzony dla kogoś, kto szuka spokoju, sielankowej wiejskiej atmosfery. Wprawdzie mały człowieczek o świńskich oczkach nie pasował jej do obrazu sielankowicza, ale pozory mylą.
Ból głowy ustał. Joanne nie wiedziała, co począć z resztą wieczoru, Arthur Gallagher, który był najlepszy na takie puste chwile, wyjechał do Londynu, Sheila siedziała w Paryżu. Nie pozostało nic innego jak skorzystanie z magicznego świata książek. Wybrała jedną z półki, usiadła w fotelu i zagłębiła się w lekturze.
Obudziła się nagle. W pokoju panował półmrok. Cały pokój otaczały cienie wydłużonych konturów mebli – wszystko za sprawą delikatnej poświaty z ulicznych latarni. Spojrzała na zegarek, była pierwsza w nocy. Musiała zasnąć nad książką, która zsunęła się pomiędzy oparcie, a jej nogi. Wstała, poszła do kuchni. Nie zapalając światła, zajrzała do lodówki, wyjęła butelkę mleka, otworzyła i nalała do szklanki, wypiła jednym haustem. Wróciła do pokoju. Podeszła do okna, aby zasunąć zasłony. Zawahała się, spojrzała na ulicę, było pusto. Świat za oknem wydawał się opuszczony jak stary teatr po spektaklu. Lubiła ten widok i to uczucie zatrzymania czy zawieszenia – nie umiała tego dokładnie nazwać. Patrzyła jeszcze chwilę. Zasuwając zasłonę, kątem oka zobaczyła, że w cieniu bramy, naprzeciwko, coś się poruszyło. Przymrużyła oczy. Powoli wśród mroku, zaczęła dostrzegać postać. Czuła, że ktoś wpatruje się w jej okna. Nie było to nic nadzwyczajnego, pewnie o tej porze tylko u niej paliło się światło, jednak ta cisza, noc, samotność, sprawiła, że przeszła po niej fala ciepła, następnie chłód, wzdrygnęła się. Zasunęła szybko zasłonę do końca i zgasiła światło.

*

Cukiernia1Ranek zaskoczył Joanne pozytywnymi barwami. Czuła w sobie optymizm i energię. Był to taki dzień, kiedy ma się wrażenie, że można dokonać wiele i że nic w tym nie może przeszkodzić. Szybko wyszła z domu i skierowała się na ulicę Peel Street. Znajdowała się tam cukiernia, państwa Stanley i Eve Rawley. Oboje byli starszymi, miłymi, ludźmi i oboje pochodzili ze Szkocji. Kiedy Joanne wpadała do cukierni albo on, albo ona, bądź razem, robili sobie przerwę i zagadywali się z Joanne przy małej kawce. Obowiązkowym dodatkiem do niej był wyśmienity torcik orzechowy. Kiedyś była tu regularnym gościem i tak częstym, że żona Stanleya uhonorowała ją dużym wypiekiem, z wylanym lukrem napisem „Dla naszej stałej klientki”. Tak właśnie zaczęła się znajomość z państwem Rawley.
– Dzień dobry Joanne! – wykrzyknęła, uśmiechając się promiennie Eve Rawley, widząc wchodzącą ją do cukierni. – Stan, zobacz, kto nas odwiedził – zawołała, odwracając głowę w stronę bufetu.
– Dzień dobry Pani.
– Dzień dobry Panie Rawley – odwzajemniła powitanie Joanne.
– Ależ ty nadal piękna moje dziecko! I jak dzisiaj promieniejesz w tym słońcu – komplementował, podchodząc Stan Rawley – To co, torcik orzechowy i kawka? – zapytał.
– Po co głupio pytasz mój staruszku, zostań, ja zaraz wszystko przyniosę.
– Siadaj Słoneczko – Stan Rawley odsunął dla Joanne krzesło od stolika, sam zaś usiadł naprzeciwko na niewielkiej stylizowanej sofie, którą Państwo Rawley nabyli właśnie dzięki Joannie.
– Dziękuję. Dzisiaj taki piękny dzień… urwała – miała od rana tyle w sobie emocji, że nie wiedziała jak to ująć w słowa.
– Tak, bardzo miły dzień – przytaknął Stan Rawley.
– A jak u państwa w cukierni? Wszystko w porządku? – Zapytała.
– Tak złociutka. My tu razem z moją duszką zawsze sobie radzimy. Nie wiem, czy wiesz, ale właśnie za parę dni mija trzydziesty rok naszego słodkiego wspólnego interesu. Pamiętaj – Stan przychylił się do niej i powiedział niczym mędrzec, zdradzający adeptowi kolejną wielką tajemnicę. – Wojny, zawieruchy, kryzysy gospodarcze, krachy na giełdach, niczego nie zmienią, ciastka zawsze ludziom smakują i zawsze smakować będą. Trzeba czymś osładzać gorycz życia, a i radości jak widać, sprowadzają nam gości – dokończył uśmiechając się.
Joanne przypomniała się filozofia Arthura o butach, które ludzie będą zawsze nosić.
– A co u ciebie? Jak sobie radzisz po tej tragedii, podjęłaś już jakieś decyzje w sprawie domu? – zapytał.
Joanne właśnie chciała odpowiedzieć, kiedy na sali pojawiła się Pani Rawley. Niosła przed sobą tacę, nad którą unosiły się gorące białe opary świeżo parzonej kawy, zmieszane z aromatem orzechów i delikatnej waniliowej, słodyczy ciasta.
– No kochani, już jestem. – oświadczyła triumfalnie. – Co tam spiskujecie? Widzieliście dzisiejsze gazety? Znowu piszą o tych dziwnych morderstwach – kontynuowała, sadowiąc się z ulgą obok męża. Miała lekką nadwagę i taki upał trochę ją męczył. – Nie pojmuję, że ludzie mogą być tacy okropni dla siebie – pokręciła głową. – Wczoraj znów zamordowano młodą kobietę. Policja przypisuje zbrodnię tej samej osobie. Obie dziewczyny były młode, obie były blondynkami, co jeszcze bardziej intrygujące obie były leworęczne i obie miały na imię Sophie. Pani Dempsey twierdzi, że również obie pracowały u tego bankiera Martensa z Paddington i że to on w tym maczał palce. Dorobił się fortuny za sprawą jakiś ciemnych interesów, a kiedy kilka lat temu zniknęła jego żona, podobno zupełnie oszalał i zatrudnia młode kobiety, podobne kropka w kropkę do niej.
– Ależ duszyczko – przerwał jej Pan Rawley – dobrze wiesz, że Pani Dempsey lubi konfabulować i wszystko wyolbrzymiać. Musisz wiedzieć Joanno, że Pani Dempsey to taka nasza miejscowa wścibska plotkarka. Sprzedaje kwiaty tuż za rogiem. Nie można ufać jej wiadomościom za grosz. Zresztą kochanie, co Joannę obchodzą takie rzeczy, zapewne ma własny problemy.
– Drogi mężu, nie można zajmować i żyć tylko sobą. Inaczej do czego ten świat by doszedł?
– Do upadku moja duszko, do upadku. – Pokiwał zupełnie poważnie, a na jego twarzy pojawiło się udawane zmartwienie.
– Popatrz tylko Joanno, on tak zawsze sobie żartuje ze mnie. – pożaliła się Pani Rawley.
W tym momencie do cukierni wpadł zdyszany dzieciak. Miał może góra trzynaście lat. Jego słomiane żółte włosy na pewno dzisiaj nie widziały grzebienia ubranie zaś choć widać było, że kobieca ręka o nie dba, było nadszarpnięte nie jednym, a kilkoma zębami czasu.
– Pani Rawley! Pani Rawley! – Wrzeszczał jak opętany, rozglądając się po Sali, a dostrzegłszy przedmiot swoich poszukiwań, nie zważając na klientów, rzucił się między stoliki. Po chwili trzymał Panną Rawley za rękę i ciągnął ku wyjściu, krzycząc.
– Emily rodzi, ona rodzi, trzeba jej pomóc.
– Czekaj nie ciągnij mnie tak. Spokojnie. – pani Rawley starała się uwolnić z jego uścisku – Wszystko będzie dobrze – uspokajała. Przepraszam cię Joanno, ale muszę iść, Emily to biedna, ale uczciwa dziewczyna, trzeba jej pomóc. Stan zadzwoń szybko po doktora.
Emily pracowała u Rawleyów od dziesięciu lat. Przyjechała do miasta ze wsi, gdzieś z południa kraju. Miała wtedy szesnaście lat, sześcioro rodzeństwa, chorą matkę i ojca pijaka. U Rawleyów, znalazła kąt i pracę, a po kilku latach wyszła za mąż.
– Nie przejmujcie się mną i tak już miałam iść, chciałam jeszcze wpaść do sklepu Dorothy i wybrać sobie jakieś fatałaszki dla siebie. – zapewniła Joanne.
– Wpadnij do nas jeszcze w tygodniu – powiedział Rawley wstając z sofy.
– Jasne, jakże mogłabym odmówić sobie tych przepysznych słodkich kalorii – uśmiechnęła się Joanne.
Przed wstąpieniem do sklepu gdzie zamierzała tego radosnego dnia, wydać ile się da, postanowiła zajrzeć do antykwariatu i zobaczyć czy nie trzeba pomóc Marii. Doszła do końca ulicy, skręciła w Bridge Street, po drodze mijając stragan z kwiatami – jak się domyśliła Pani Dempsey. Kobieta właśnie obsługiwała wysokiego mężczyznę, który wybierał bukiecik stokrotek spośród wielu ściśniętych w szerokim wiadereczku. Wydawała się około czterdziestki, miała coś w sobie z urody hiszpanki; gęste czarne włosy i ciemną karnację skóry. Mężczyzna wybrał wreszcie bukiecik i podał Pani Dempsey monetę, odwrócił się i wpadł prosto na mijającą go Joanne.
– Och przepraszam panią, bardzo przepraszam.
Joanne jeszcze nie zdążyła nic odpowiedzieć, kiedy mężczyzna wręczył jej stokrotki.
– Proszę, to w ramach przeprosin.
– Dziękuję – powiedziała, myśląc jednocześnie; co ja głupia gadam, nadepnął na mnie, a ja mu jeszcze za to dziękuję.
– Jeszcze raz przepraszam panią – odpowiedział i odwrócił się ponownie do stoiska kwiaciarki, starając się szybko wybrać kolejny bukiecik.
Joanne zmierzyła go od stóp do głów, po czym klepnęła delikatnie w ramię.
– Proszę. Proszę wsiąść te stokrotki z powrotem.
Patrzył zaskoczony to na nią, to na kwiaty, i tym razem nim on zdążył zareagować, kontynuowała
– Proszę wziąć. Te wybrał pan dla innej, nie mogę ich przyjąć.
– Ale dałem je pani!
– Och, niech Pan się nie martwi, przecież nie pozwolę sobie zmarnować takiej okazji. Wybiorę na pana koszt inne.
Przez twarz mężczyzny przebiegł delikatny uśmiech.
– Dobrze, bardzo proszę – wręczył kwiaciarce kolejną monetę – A teraz pani wybaczy, spieszę się. Wziął od Joanny stokrotki, skłonił się i szybkim krokiem podążył w dół ulicy.
Kwiaciarka ze smakiem pokiwała głową.
– Przystojniaczek – szczęśliwa ta, do której tak pędzi.
Joanne nie zastanawiając się wiele, wzięła pierwszy z brzegu bukiecik.
– Tak ma pani rację, przystojniak z niego. – Spojrzała w kierunku, w którym odszedł i przyłożyła do twarzy niewielki bukiecik białych stokrotek. Przymykając oczy, zanurzyła w nich swój nos. Poczuła delikatny zapach lata, rosy, słońca, motyli, pszczół, przez chwilę aż się jej zakręciło w głowie. W jednej sekundzie zobaczyła siebie, malutką dziewczynkę u rodziców na wsi, w ogrodzie, poczuła radość jednocześnie nostalgię za minionym czasem. Ten dzień jest cudowny – pomyślała – gdyby wszystkie takie były, gdyby zawsze można było wąchać stokrotki. Jakie to dziwne, że w jednym zapachu, jednym smaku, jednym widoku czy w kilku taktach muzyki potrafi być zaklęta przeszłość. Możemy zobaczyć ją tak wyraźnie, tak namacalnie z tak wielką tęsknotą jej towarzyszącą, że nie wiemy, po co doszliśmy do obecnego miejsca, po co dotarliśmy do tej sekundy życia, w której nam się to wspomnienie przytrafiło.
– Pięknie pachną prawda? – Kwiaciarka wyrwała Joanne z zadumy.
– I znowu muszę się z panią zgodzić – uśmiechnęła się Joanne. – Do widzenia pani Dempsey.
– Pani mnie zna? – Na twarzy kwiaciarki odmalowało się zdumienie.
– Nie, nie znamy się. Mamy, wspólnych znajomych, panią Rawley z cukierni za rogiem. Właśnie dzisiaj wspomniała, że u pani można dostać zawsze świeże kwiaty – skłamała Joanne.
– O! To miłe z jej strony, muszę do niej zajrzeć. Zdradzę pani sekret – tu pani Dempsey udając konspiracyjną powagę, przychyliła się w stronę Joanne. – Odwiedzam ją tylko dla tych pyszności, które wypieka w swojej cukierni.
Teraz Joanne przychyliła się przez stoisko i zniżając głos, powiedziała
– Nie uwierzy pani. Mój sekret jest identyczny, też wpadam tam tylko po to.
Obie uśmiechnęły się. Otwartość hiszpanki, jak Joanne w myślach nazywała panią Dempsey, wzbudzała jej sympatię. Może rozmawiałyby jeszcze chwilę, gdyby nie kolejni klienci. Kobiety mrugnęły do siebie porozumiewawczo, skinęły głowami na pożegnanie i Joanne ponownie szła zgodnie z azymutem, jaki obrała po wyjściu z ciastkarni. Co za dzień – westchnęła zadowolona. Los wypełniał go zgodnie z jej nastrojem. Oby wszystkie takie były – rozmarzyła się. Tak rozmyślając, dotarła pod drzwi antykwariatu.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

AlphaOmega Captcha Literacha  –  Name the Author
     
 

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>