Pusty dom…

Rozdział II

Kiedy wjechała na podjazd, było już ciemno. Otaczający niewielka polanę las zmienił się w czarną, nieprzeniknioną dla wzroku zbitą masę. Odnosiło się wrażenie, że tylko ogrodzenie powstrzymuje ją przed wchłonięciem, jaśniejącego blaskiem nieba skrawka niezalesionej ziemi. Spojrzała na dom, wyglądał, jakby dawno zasnął nie spodziewając się żadnego gościa, i to nie dzisiaj, nie od wczoraj, ale od lat. Budynek nie był ogromny, nie należał też do najmniejszych. Miał charakter małego secesyjnego dworku z domieszką różnych stylów minionych epok, wszystko było harmonijnie połączone, dając przyjemne wizualne wrażenie. Na końcu podjazdu stał granatowy Austin matki. Zaparkowała obok i wysiadła. Poczuła lekki chłód wiosennego wieczoru. Wyjęła torbę z bagażnika. Trzask zamykanej klapy huknął w ciszy jak wystrzał, jak magiczny dźwięk, który niczym klaps filmowy, uruchomił inny świat, podkreślił samotność. Dopiero w tej sekundzie Joanne poczuła, że przekroczyła próg Heywood, to w tym momencie jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki przeniosła się z Jaywick. Wiedziała, że nikogo nie ma w domu, że nikt na nią już tu nie czeka. Poczuła się jak intruz, który za chwilę złamie zasady intymności wkraczając w już niechroniony, bezbronny świat matki. Przerażało ją to, że będzie musiała przejrzeć wszystkie jej rzeczy, dokumenty, sprawdzić rachunki i pozałatwiać szereg spraw, które w takich wypadkach załatwione być musiały. Kiedy podchodziła do domu, poczuła dziwny niepokój. Stanęła przed wejściem. Stylowe drzwi ukrywały się do połowy w ciemnościach, które tworzył wysunięty taras górnej kondygnacji. Spoczywał on na dwóch kolumnach mających swój początek na jednym z trzech rozłożystych stopni prowadzących do wejścia. Zatrzymała się na pierwszym, popatrzyła na drzwi, kolumny, półmrok, klamkę i odczuła wewnętrzny opór, nie chciała tam wejść. Nie chciała wchodzić do tego świata. Kiedy żyła matka on po prostu był, teraz otrzymał imię „Przeszłość” z dopiskiem „nie przeszkadzać”. Nie zapalając światła, minęła szybko przedpokój, rzucając po drodze kapelusz i torebkę. Dopiero w salonie namacała kontakt. W pokoju panował jak zwykle wzorowy porządek. Na środku stały dwie pikowane, wiśniowe sofy, do tego w tym samym stylu i kolorze trzy fotele, cztery pufy oraz okazały stolik z masywnymi nogami w kształcie litery S, z boku przy ścianie, wciśnięty miedzy duży dzban z suszonymi kwiatami, a świecznik, stał częściowo oszklony barek, wszystko wraz z kominkiem stanowiło centrum towarzyskie tego pomieszczenia, dalej, pod trzema oknami, usadowione były trzy ciężkie komody z szufladami zdobionymi jasnymi płycinami, między nimi kwietniki i kolejny fotel. Resztę uzupełniały drobne dodatki, obrazy, wazoniki, figurki i szkatułki, było tego dużo i tworzyło barokowy obraz przesytu.
Pomimo zmęczenia, jakie odczuwała, postanowiła rozpalić w kominku. Nie lubiła tego robić i nie miała do tego serca, ogień zawsze gasł jej wielokrotnie, zanim zadomowił się na dobre w palenisku. Kiedy już się z tym uporała, usiadła w fotelu, wyciągając nogi i opierając je na stojącej na wprost miękkiej pufie. Patrzyła w ogień, zamyśliła się. Paradoksalnie śmierć matki dała jej możliwość ukrycia się od codzienności, od pracy, od wszelkich tych zajęć, które swoją powtarzalnością sprawiają wrażenie automatycznej bezsensowności życia. Człowiek nigdy nie robi tego, co by chciał – pomyślała – a przecież robi wszytko właśnie po to, aby mieć czas i robić co chce, obiecuje sobie złote góry, powtarza; jutro odpocznę, wezmę wolne, ale zawsze jest to jutro, a potem…potem umiera.
Nabrała ochoty, aby wlać w siebie troszkę alkoholu. Postanowiła, że nic już dzisiaj robić nie będzie, wszystkim zajmie się rano.

*

Ranek zastał ją w pokoju, który był zawsze jej sypialnią. Niewielki pokój z surowym wnętrzem, bez dywanów, ozdób czy zbędnych mebli. Łóżko, szafa, stolik, toaletka pod oknem i lustro. Nic się nie zmieniło od lat. Jedną największych zalet pokoju był mały balkonik skierowany na jezioro, a osłonięty od wiatru skrajem dachu. Kiedyś wszystkim mówiła, że go bardzo lubi, że lubi na nim odpoczywać i czytać, choć tak naprawdę nigdy nie znajdowała czasu ni nastroju, aby słowa te odnalazły odbicie w rzeczywistości. Każdą wolną chwilę wypełniały jej rozmaite zajęcia; a to koleżanka, a to spacer, to spotkanie w kawiarni na plotkach, albo zabawa w pobliskim pensjonacie. Z tarasem było dokładnie tak jak z książkami, miały w sobie coś, co kazało jej mówić, że lubi je czytać, ale nie potrafiła znaleźć dla nich czasu. Po przebudzeniu leżała jeszcze przez chwilę aż przypomniała sobie, gdzie jest i dlaczego. Wstała, ubrała się i zeszła na dół, aby ponownie zacząć walkę z kominkiem. Schodząc do salonu, ponownie stwierdziła, że w domu panuje nienaganny ład i porządek, nie licząc kurzu, który delikatną warstewką wylegiwał się na swoich ulubionych przeważnie szklanych miejscach. Zawsze go pamiętała, był wszechobecny i nieśmiertelny w tym domu. Wszystko przemijało, tłukło się, starzało, parciało – rozpadały się ściereczki, którymi go ścierano, a on trwał. Jak była w college napisała nawet rozprawkę – zastanawiała się, ile ciekawych historii mógłby ludzkości opowiedzieć kurz. Jest przecież wszędzie tam gdzie wrzawa i rozgardiasz, gdzie działanie, ruch oraz tam gdzie cisza, stagnacja i marazm. Nawet woda jeziora i oceany były dla niej przesiąknięte kurzem. Była przekonana, że cały świat jest jego domem, z którego ciągle jest przez nas wyganiany. Rozpaliła w kominku choć dzień, patrząc za okno, zapowiadał się słoneczny. Kiedy płomienie zaczęły śmiało i pewnie pełzać po szczapach Joanne czując ssanie w żołądku, skierowała się do kuchni. Po śniadaniu pojechała do miasteczka. Odwiedziła po kolei; komisariat policji — nic nowego się nie dowiadując, lekarza — który potwierdził swoją pierwotną diagnozę, Sally Fairfield Osborn — od której przyjęła kondolencje oraz w sprawie testamentu — biuro notarialne — gdzie nikogo nie zastała. Tak zleciało jej przedpołudnie.

*

topolino4Po południu brązowy fiat Topolino wjechał na podwórze i zatrzymał się obok studebakera Joanne. Za kierownicą siedział Peter. Przybył z całym dobrem inwentarza, czyli Melanie, która wysiadła i właśnie pochylona szukała czegoś w bagażniku, oraz dziećmi, które zaraz po wyjściu z samochodu wszczęły jakąś wojnę na śmierć i życie, Wrzeszczały obrzucając się grudami poklejonej ziemi, ciągnąc za włosy i opluwając obficie. Joanna przyglądała się temu przez okno. Zawsze chciała mieć dzieci, ale nigdy nie wiedziała jak to zorganizować, uważała, że do tego trzeba mieć jakiś plan, że trzeba mieć poukładane życie, pieniądze i mnóstwo wolnego czasu. Nie wyobrażała sobie, jakby pogodziła pracę, rozrywkę i wiele innych spraw, które składały się na jej życie. Przerażało ją, że musiałaby ciągle z czegoś rezygnować na rzecz dziecka. W zasadzie, gdyby zastosować wszelkie jej argumenty w tej sprawie doszłoby się do wniosku, że dzieci należy płodzić na emeryturze.
Peter wraz z Melanie zajęli pokój obok tego, w którym spała Joanne. Był praktycznie identycznie urządzony z tą samą surowością. Dzieciom przydzielono pokój gościnny po drugiej stronie korytarza. Melanie była nawet z tego zadowolona uznając, że tam będą mogły się szaleć do woli, nikomu nie przeszkadzając.
Joanna przekazała Peterowi informacje, jakie uzyskała od lekarza, policji i Sally Osborn. Wspomniała też o notariuszu, że trzeba będzie tam zajrzeć jutro. Peter przyjął słowa z powagą bez jakiejkolwiek reakcji, sprawiał wrażenie osoby całkowicie obojętnej i niezorientowanej w tak przyziemnych problemach. Melanie przysłuchiwała się rozmowie jak sikorka, przekrzywiając głowę raz w jedną raz w drugą stronę. Nie wtrącała się do rozmowy, sądząc, że nie wypada wchodzić w tak delikatne sprawy rodziny ze strony męża. Po wysłuchaniu Joanne, Peter wraz z Melanie postanowili zaczerpnąć trochę świeżego powietrza Zostawili dzieci pod opieką Joanne – ku jej przerażeniu – i wyszli. Melanie wzięła męża pod rękę i przytuliła twarz do jego ramienia. Śmierć matki zmieniła to miejsce, nadała więcej treści – wiosna i słoneczna pierwsza taka pogoda w tym roku podkreślała to wrażenie. Wszystko sprawiło, że Peter znowu starał się jak kiedyś odkrywać przed Melanie okolicę, tak jakby była tu pierwszy raz, jednocześnie samemu się ekscytując, jakby też był tu pierwszy raz. Niestety nie potrafił tworzyć nastroju, był jak zwykle zamknięty i nie obecny mimo swojej obecności fizycznej i rozgadania. Nie potrafił nadać tej chwili, treści, smaku i zapachu Patrzącemu z boku i przysłuchującemu się niememu świadkowi, jakim był dzięcioł, chciało się wrzeszczeć i walić dziobem w cokolwiek. Gdyby miał możliwość strzelenia sobie w swój czarny łepek nie wahałby się ani minuty, tak powalała go nieudolność Petera. Minęli samotny dom i poszli w kierunku gospodarstwa Andrew Griffiths’a. Idąc dłuższą drogą doszli do jeziora. Postali chwilkę, przeglądając się w jego tafli i zawrócili. Taki zwyczaj panował w rodzinie od lat, wszyscy chodzili z kimś nad jezioro, stali chwile i zawracali. Takiemu rytuałowi byli poddawani wszyscy nowo przybywający do tego miejsca. Birdowie prowadzali tam swoich znajomych, rodzinę, kolegów, Peter nieumiejący siać nastroju swoje dziewczyny, Joanna i Sheila swoich zmieniających się nieustannie chłopaków, znajomych tych chłopaków ich znajome i kochanków i kochanki Maszerujące przez lata strumienie ludzi wydeptały szeroką ścieżkę, która nawet nie śmiała próbować zarastać.
Joanne w tym czasie postanowiła rozpocząć przeglądanie i sortowanie rzeczy. Zaczęła od łazienki, małego pomieszczenia, jednak jakże lubianego przez ludzi, intymnego wymuskanego, czystego, ciepłego u matki z dodatkami suszonych kwiatów i mydełek ułożonych w morskich muszlach spoczywających na parapecie pod oknem. Kiedy uporała się z wszelkimi kosmetykami, które uznała za zbędne lub zbyt osobiste, aby mogły pozostać w domu zajęła się bielizną, wszystko w całości umieściła w dużym czarnym worku i wytaszczyła go na zewnątrz domu.
Reszta dnia minęła nieszczególnie. Słońce zaszło, wiatr przygnał chmury i pokropił drobny deszczyk. Melanie źle się czuła i poszła się położyć. Peter mając na swojej głowie dzieci, tylko z doskoku pomagał Joanne w przeglądaniu pozostałych domowych pomieszczeń. Wieczorem Melanie poczuła się lepiej i zeszła na dół do kuchni gdzie Joanne i Peter podjadali jakieś resztki jeszcze z zapasów matki. Nikt z nich nie zrobił zakupów; kiedyś nie trzeba było tego robić, jechało się do mamy… Melanie dołączyła do skromnego posiłku, potem zasiedli w salonie i wspominali miniony czas, mówili, jak było i jak już nie będzie… Sheila nie przyjechała i nawet nie zadzwoniła.

*

Hewood1Następnego dnia rano Joanne znowu pojechała do miasteczka. Heywood tonęło w pierwszych delikatnych promieniach słońca. Okna większości domostw stały otworem, zapraszając do środka wszystko, co lotne i budzące się po zimie, muchy, osy, bąki czy tumany kurzu wzniecane przez samochody z rzadka przejeżdżające po ubitych bocznych, a suchych już wiosennym słońcem drogach. Kiedy wjechała wąską uliczką na niewielki miejski rynek, odniosła wrażenie stagnacji. Nie wiedziała, dlaczego, ale Heywood zawsze było takie samo. Nawet jak coś się zmieniło, powstał nowy sklep czy znikł, czy ktoś umarł to i tak po pewnym czasie miało się wrażenie, że tak właśnie wyglądało Heywood od zawsze, sto lat temu albo przynajmniej od czasów, kiedy pierwszy raz się je zobaczyło. Tym razem Joannie udało się zastać notariusza. Staruszek, również sprawiał wrażenie, jakby był tu od zawsze, od początku istnienia Heywood. Siedział za okazałym ciężkim dębowym biurkiem na pięterku znajdującym się w małej kamienicy, ustawionej w szeregu innych po wschodniej stronie starego rynku. Jego postać rysowała się, jako bryła wypełniona cieniem na tle otwartego okna, z którego do pokoju wnikała słoneczna żółć tak żółta swym blaskiem, że raziła oczy i Joanne musiała je mrużyć.
– Niestety, nie mam żadnego testamentu – powiedział starzec, podkreślając negację głową, wprowadzając przy tym w ruch wszelkie fałdy skóry piętrzące się na wysuszonej i pomarszczonej szyi. Przymknął na chwilę oczy, a Joanne wydało się, że zaskrzypiały mu powieki. Wyglądał tak jakby wypowiedzenie tego jednego zdania, zużyło całą jego energię i teraz musiał zapaść w jakiś letarg, aby ją odtworzyć. Joanne nie chciała mu w tym przeszkadzać, podziękowała za informację i pożegnała się. Po wyjściu skierowała się do pobliskiego sklepu. Kupiła tam wszystko, co uważała, że może być potrzebne do przygotowania obiadu i kolacji. W torbie wylądował więc chleb z ziarenkami, który bardzo lubiła, przeróżnego rodzaju pasty twarogowe, sery wędzone, które kusiły ją swym dymnym zapachem, trochę wędlin, do których przywiązywała mniejszą wagę i kilka podstawowych warzyw; ogórki, które nie mając smaku, smakowały jej najbardziej i pomidory kupujące jej serce kolorem. Joanne nie potrafiła gotować, nigdy nie miała do tego serca. Myliła rzodkiewkę z burakami, nie wspominając o małych subtelnych różnicach pomiędzy kapustą włoską czy białą. Jednak nie można było powiedzieć, aby miała z tego powodu jakieś kompleksy czy zahamowania. Wręcz przeciwnie zupełnie nic sobie z tego nie robiła i kiedy miała ochotę, co zdarzało się nad wyraz rzadko, tworzyła jakieś nierozpoznawalne potrawy, które pomimo swej abstrakcyjności składników i proporcji, posiadały tę cechę, że można było je zjeść bez zbytnich następstw żołądkowych. Jej nieumiejętność gotowania połączona z uwielbieniem do jedzenia, stawiała ją na pozycji przegranej, skazując na gotowe dania restauracyjne albo na wszelkie twory jakości wątpliwej, a masowej produkcji, zalegające półki wszystkich sklepów i sklepików. W związku z powyższym, kiedy tylko wyczuwała, że jest ktoś w pobliżu kto zna się na kuchni, natychmiast dokonywała zakupów, triumfalnie wnosząc zdobycz z miną, z której można było wyczytać – w wyczerpującej walce zdobyłam pożywienie dla wszystkich, teraz wystarczy, aby je ktoś przygotował. Po załadowaniu prawie całego bagażnika produktami wszelakiej maści, łamiąc wszelkie zasady obyczajowości, wyciągnęła butelkę swojego ulubionego malinowego piwa i wypiła prawie duszkiem. Następnie weszła do sklepiku z różnymi fatałaszkami. Tam, wybrała parę majteczek, które tutaj w Heywood kosztowały grosze, zatrzymała się przy bluzeczkach, ale nie widząc nic, co by krzyczało – kup mnie – zapłaciła i wyszła. W tym momencie zauważyła, wjeżdżający na parking samochód siostry. Ich wzrok spotkał się na sekundę, kiedy lśniący czarny Morgan  4/4 zataczał łuk, aby zaparkować. Sheila wysiadła. Wewnątrz pozostał jakiś mężczyzna, którego Joanna nie znała. Padło suche – cześć. Joanna bez słowa wzięła ją pod ramię i pod pretekstem pokazania jej czegoś w witrynie sklepowej odciągnęła na bok. Kiedy już były dostatecznie daleko syknęła do ucha.
– Nie dość, że się spóźniasz, to jeszcze przyjeżdżasz z obcym człowiekiem? Co to za mężczyzna? Po co go tu przywiozłaś? To nie jest moment na wprowadzanie kogoś w świat naszej rodziny, nie wpadliśmy tu na uroczy sielski weekend.
Sheila tylko wzruszyła ramionami. Ze znudzoną miną odwróciła się i skierowała do swojego czarnego Morgana, wsunęła głowę przez uchyloną szybę w drzwiach. Po chwili samochód odjechał, a Sheila podchodząc do siostry, stwierdziła:
– No, to teraz musisz mnie podwieźć do domu.
Joanne nie odezwawszy się, wsiadła do samochodu. Kiedy Sheila znalazła się na siedzeniu obok – ruszyła – zawróciła i wyjechała na główną drogę prowadzącą za miasto. W pewnym momencie szybko odwróciła głowę, wydawało jej się, że zauważyła w bocznej uliczce jakąś znajomą postać. Niestety i uliczka i postać ginęły już gdzieś w tyle za samochodem. Zerknęła na siostrę, ta rozglądała się po okolicy swoimi maślanymi oczami. Joanne pokręciła głową i nacisnęła mocniej pedał gazu.

3 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

AlphaOmega Captcha Literacha  –  Name the Author
     
 

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>