Magia nie istnieje…

Rozdział XVII

kuchnia– Naprawdę Mario sądzisz, że to są ci włamywacze? – Pytała z emocją w głosie Diana, która cały czas nie mogła sobie darować, że została w domu i pichciła ten cholerny obiad.
– Jestem tego pewna – odpowiedziała spokojnie Maria.
– Co na to policja?
– Na co? Nie sądzisz, chyba że wtajemniczyłam ich w moje domysły. A policja, jak to policja, zrobiła swoje i tyle. Byli wyraźnie załamani. Od lat pewnie tu nie mieli tylu zdarzeń w tak krótkim czasie. Na Joannę patrzyli jak na jakieś fatum.
– Nie chcę być niegrzeczny, ale co z tym obiadem – zmienił temat Peter – Jestem diabelnie głodny.
Diana machnęła ręką, jakby chciała się odgonić od natrętnej muchy.
– Jest gotowy już od dawna, tylko niestety ostygł. Podgrzewa się.
Joanne też odczuwała głód. Powiadomienie policji, oczekiwanie na przyjazd, później odpowiedzi na niezliczoną ilość pytań, zajęły cały dzień. Zbliżał się wieczór i śniadanie było odległą przeszłością, obiad zaś raczej wypadałoby nazwać kolacją.
– Choć Diano, pomogę ci podać na stół, też mi już burczy w brzuchu – powiedziała.
– Idę z wami – rzuciła Maria.
– To dopiero akcja – odezwała się Diana, kiedy weszły do kuchni – nigdy nie myślałam, że będę przeżywać coś takiego. Kto ich zabił?
– Czym ty się tak ekscytujesz, śmiercią? – zganiła Joanne. – To nie jest zabawne. Najpierw ta Sophie, a teraz tych dwóch.
– Tych dwóch jakoś mi nie żal. A tak na marginesie Czy to nie dziwne, że giną parami? – kontynuowała niezrażona Diana. – Tych w lesie, rozumiem, razem się włamali i razem zginęli, ale te dwie kobiety?
– Nie domyślasz się? Zapytała Maria – Pomyśl, obie pracowały u Martensa, obie miały na imię Sophie, obie były leworęczne.
– Dajcie już spokój, zanieście te talerze na stół. Później porozmawiamy – przerwała im Joanne.
Do kuchni zajrzała Melanie.
– Pomóc wam? – Zapytała.
– Weź te sztućce i wazę, jaz zaraz podam resztę. – zakomenderowała Joanne.
Po chwili siedzieli przy stole w jadalni i z apetytem jedli kremową zupę pietruszkową. Drugie danie też spełniło oczekiwania wszystkich podniebień, choć było proste – stroganoff z młodymi ziemniaczkami, jajkiem sadzonym, dużą ilością koperku, a do popicia kwaśne mleko, które Diana wytargowała od Kate.
– I jak, smakowało? – zapytała zadowolona Diana, wiedząc pustki na talerzach.
– Najadłem się jak nigdy – sapnął Peter, odruchowo głaszcząc się po brzuchu – Teraz napiłbym się kawy.
– Nie o to pytała Diana, braciszku – rzuciła w stronę Petera Joanne, a kierując wzrok na Dianę, rzekła. – Było pyszne, a nim się nie przejmuj on gdzieś tam zawsze w swoim świecie i nie słyszy, co się mówi.
– Nie, no tak, było bardzo dobre – zmieszał się Peter.
– Jak na tak młodą gospodynię i takiego szatana jak ty Diano, to była rewelacja. Nigdy bym nie przypuszczała, że tak temperamentne kobiety w twoim wieku, wiedzą coś o gotowaniu, i ta ilość ziół, brawo – nie szczędziła pochwał Maria.
– A tobie Nathanielu smakowało? – zapytała Melanie.
Chłopiec nie odpowiedział, dłubał w nosie, majtając zamaszyście nogami pod stołem.
– Idź się pobawić – powiedziała z rezygnacją w głosie.
– Ale z tą kawą, to mimo wszystko, chyba dobry pomysł – negocjował dalej Peter.
– Tak dobry, dobry – odezwała się Sheila – Tylko kto ci tę kawkę braciszku zrobi?
– Dobra lenie, ja się podejmuję – powiedziała Joanne, wstając od stołu. – Teraz wynocha do salonu, trzeba tu ogarnąć. Mario, pomożesz mi zebrać to wszystko?
– Ależ oczywiście.
Peter z Sheilą i Melanie posłusznie opuścili jadalnię, udając się do salonu. Diana ociągała się. Kiedy Maria z Joanne wyszła do kuchni, wzięła resztę talerzy i poszła za nimi. Powoli wstawiła je do zlewu, odwróciła się i już otwierała usta, aby zadać pytanie. Kiedy Maria, walnęła ją żartobliwie ścierką.
– Żadnych pytań, nie słyszałaś, co powiedziała Joanne – Wynocha! Jak usiądziemy spokojnie przy kawie, to sobie porozmawiamy.
Diana zamknęła buzie i zrobiła smutną minkę, nie licząc jednak na efekt, bez słowa posłusznie wyszła.
– No, chwila spokoju. – Sapnęła Maria do siebie – Można spokojnie posprzątać. Daj Joanno, ja to pozmywam, a ty zajmij się tą kawą, tylko mi nie rób, ja zadowolę się herbatą.
Joanne bez słowa zostawiła naczynia i zaczęła wlewać wodę do czajnika. Wszystko robiła powoli i systematycznie. W pewnym momencie, nie podnosząc wzroku znad imbryka, do którego sypała kawę, odezwała się.
– Mario czy ty miałaś kiedyś do czynienia z magią?
Maria, stojąc do niej plecami przy zlewie, myła naczynia, przez chwilę milczała, a następnie zapytała.
– A skąd takie przypuszczenie moja droga?
– Nie wiem. Wtedy tam, na tej polanie, kiedy mnie dotknęłaś i patrzyłaś, poczułam się tak jakoś dziwnie. I tak wiele wiesz o tych sprawach – dodała.
Maria odłożyła mycie, odwróciła się i oparła o zlew.
– Moja droga magia nie istnieje – uśmiechnęła się dobrodusznie, patrząc na Joannę. – To nasze marzenia o drodze na skróty. Ot i wszystko.
Joanne popatrzyła na nią, jej matczyną uśmiechniętą twarz, spuściła wzrok, zamknęła imbryk i odstawiła go. Usiadła na krześle i potarła czoło. Znowu wstała, spojrzała jeszcze raz na Marię.
– Przepraszam, chyba już głupieję od tego wszystkiego – westchnęła.
– Nie ma co przepraszać. W każdym razie, jeśli tę kwestię mamy z głowy, zabierajmy się do roboty, bo czas ucieka – Mówiąc to, Maria zaczęła dalej zmywać naczynia.
Woda zagotowała się i Joanne zalała kawę, jej aromat rozszedł się po kuchni.
– Idź już Joanno, zanieś im tę kawę, ja zaraz kończę. Herbatkę sama sobie zrobię, muszę przynieść moje zioła.
– Wyciągnę ich wszystkich przed dom, jest taki ciepły wieczór, więc szukaj nas na zewnątrz. – Joanne dźwignęła przygotowaną tacę, odwróciła się i plecami otwierając sobie drzwi, wyszła.

Siedzieli na ratanowych fotelach, przy ratanowym dużym ogrodowym stoliku. Wieczór był ciepły. Zachodzące słońce purpurowo malowało miejsce swojego pożegnania z dniem. Lekki prawie nieodczuwalny wiaterek przyjemnie owiewał twarze, a słodka kawa z mlekiem była akuratnym deserowym dodatkiem, do tego sielskiego mogłoby się zdawać klimatu. Jedynie Diana psuła ten nastrój, wypytując o wszystkie szczegóły ostatnich wydarzeń.
– Niesamowite i oni tak siedzieli, trzymając się pod rękę przytuleni do siebie? – Pytała z niedowierzaniem i nie czekając, na odpowiedz, kontynuowała – to jakiś okropny żart, ile ktoś musiał sobie zadać trudu, aby to zainscenizować, przenieść ławkę… Musi być to zimy, twardy, facet.
– Jeśli to są nasi włamywacze, jak twierdzi Maria, to chyba naprawdę trzeba przyjąć wersję, że byli wynajęci przez jakiegoś zleceniodawcę, choćby tego grubasa co chciał kupić dom mamy – powiedział Peter.
– Ale dlaczego ich zamordowano? – zapytała bezwiednie Sheila.
– Prawdopodobnie nie byli już potrzebni, a nie chciano zostawić żadnych śladów łączących zleceniodawców z tymi włamaniami – odparł.
– Nie sądzę – odrzekła Diana.
– Ja też myślę, że to, nie do końca tak – przytaknęła Dianie Joanne.
– Więc oświećcie nas. Co ci Joanno chodzi po głowie? – pytała dalej Sheila.
– Ne wiem, to jakieś zbyt dziwne, zbyt wydumane jak na zwykłe zacieranie śladów.
– Tak dokładnie – zawtórowała jej Diana. – Właśnie mówię. To nazbyt teatralne, pretensjonalne, wręcz kicz.
– Jak tak nie sądzę. Myślę, że zrobiono to, aby nas wystraszyć, aby nam pokazać, że są bezwzględni i nie będą się cackać z nami, jak nie pójdziemy im na rękę – upierał się Peter. – Mario powiedz coś. Co ty o tym sądzisz? Maria siedziała do tej pory zamyślona i wywołana do tablicy przez Petera wzdrygnęła się.
– O co pytasz drogi Peterze?
– Pytam, co o tym sądzisz, kto to zrobił i dlaczego?
– Kto nie wiem, dlaczego, hm… tu ma pewne podejrzenia i sądzę, że wszyscy w tym, co mówicie macie trochę racji. Na pewno zainscenizowanie tak śmiertelnie sielankowej sceny jest zbyt dziwne i pokazowe, aby miało być formą zacierania śladów. Jednak i ty Peterze masz rację, mówiąc, że zrobiono to, aby wystraszyć, aby dać znak; nie zadzieraj ze mną, jestem silny i nie cofnę się przed niczym. Jednak nabieram przekonania, że to nie my jesteśmy partnerem w tej grze i to zaczyna mnie martwić coraz bardziej.
– A jaśniej Mario?
– Nie jestem jeszcze niczego pewna, ot to takie moje przypuszczenia, które jeszcze nie są sprecyzowane, niepoukładane.
Joanne czuła, że Maria wie więcej, niż mówi, że jej myśli są właśnie dokładnie poukładane i sprecyzowane, tyle że z jakichś powodów nie chce mówić.
– Ha, trudno. – Peter spojrzał na zegarek – Pora już późna, będziemy musieli już jechać.
– Ja też będę znikać – zerwała się Sheila. – Jestem rano umówiona u krawca.
– Musimy się spakować. – Peter wstał od stołu i spojrzał na milczącą cały czas Melanie. – Idziemy? Musimy się spakować – powtórzył.
– Tak oczywiście – odparła pospiesznie.
– Idę z wami. – Powiedziała Sheila.
Kiedy wyszli, przez jakiś czas panowała cisza. Przerwała ją Joanne.
– My też chyba będziemy się już zbierać, zaraz zacznie robić się ciemno.
– Tak – westchnęła Maria i wstając z trudem, zaczęła zgarniać wszystko na tacę. Diana też się podniosła i zaczęła jej pomagać. Joanne nie chciało się nic robić, patrzyła gdzieś w ciemność. Ten wyjazd miał być ucieczką od tego wszystkiego, a skończył się tak dramatycznie. Wyjechać, wyjechać gdzieś daleko – myślała. Z zadumy wyrwał ja Peter.
– Widzę, że też się zbieracie, widziałem Dianę, jak się pakuje, może poczekać na was?
– Nie braciszku, chyba nie ma sensu, zanim sprzątniemy, spakujemy się minie jeszcze jakaś chwila. Odprowadzę was do samochodu. – Joanne wstała od stołu.
Po wymianie pożegnalnych całusków Melanie od razu wgramoliła się do samochodu, gdzie siedział już Nathaniel. Peter układał walizy w bagażniku. Kiedy skończył, odwrócił się, popatrzył Joanne w oczy, zawahał się, po chwili powiedział
– Fajnie, że się potkaliśmy.
– Też się cieszę, że mogliśmy porozmawiać, jak kiedyś… – Przytuliła go – dziękuję, że przyjechałeś.
Peter odsunął ja delikatnie
– Uważaj na siebie – odwrócił się i wsiadł do samochodu, który już po chwili znikał w ciemności.
Joanne powolnym krokiem skierowała się do domu, w myślach zobaczyła dwa trupy przytulone do siebie, wzdrygnęła się i poczuła nieswojo, przyspieszyła kroku. Od domu zbliżała się jakaś postać to Sheila, posapując, dźwigała swoje torby.
– Co ty tam zawsze napakujesz? – Dziwiła się Joanne – Daj, pomogę ci.
– Dam radę – sapnęła.
– Dawaj, dawaj, przecież widzę, że ledwo dyszysz.
Po chwili, gdzieś w oddali, cichł głos i jej samochodu. Joanne wróciła do domu. Maria właśnie schodziła z góry, niosąc swoje rzeczy, za nią ciągnęła się Diana.
– Joanno jesteś już spakowana? – Zapytała Maria.
– Nie, ale ja nie wiele mam do spakowania. Przywiozłam rzeczy, które tu zostaną. Mam wrażenie, że będę w tym domu częstym gościem, zwłaszcza jak zamkniemy antykwariat, nie ma sensu wozić tego tam i z powrotem. Jeśli jesteście gotowe, to narzucę coś na siebie, bo jakoś chłodno się robi i lecimy.
– Tak, zrobiło się chłodno i jakiś wiaterek się podniósł, chyba będziemy mieli burzę.
W tej chwili gdzieś w oddali błysnęło się i niebo na chwilę stało się jasne. Joanne popatrzyła na Marię jak na jakąś wyrocznię.
– I ty mi mówisz, że czarów nie ma – pokręciła głową
– Bo magia nie istnieje. Zbierajmy się, zanim zacznie padać – pospieszała ją Maria.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

AlphaOmega Captcha Literacha  –  Name the Author
     
 

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>