Klasztor w Germon…

Rozdział XX-I

Germon to ostatnia znaczącą osada w West Yorkshire na drodze od strony Standedge do Greater Manchester. Miasteczko otoczone jest z trzech stron przez wysokie torfowiska zwane; Germon Moor, Meltham Moor i Saddleworth Moor. Para seryjnych morderców; Ian Brady i Myra Hindley, mieszkających w pobliżu,  pochowała swoje ofiary, właśnie na Saddleworth Moor. Prasa szeroko rozpisywała się o sprawie, nazywając ją sprawą „Torfowych morderstw”. Żeński Sierociniec w Germon, licząc w prostej linii, mieścił się jakieś pięć kilometrów za miasteczkiem na wzgórzu zwanym St. Ive. Utworzony został przy starym klasztorze karmelitanek i to one do dzisiaj sprawowały nad nim pieczę. Był jednym z wielu przyklasztornych zakładów opieki całkowitej, w którym wychowankowie otrzymywali, odzież, jedzenie, wykształcenie, nadzór i wychowanie. Dziewczynki przyuczano do zawodu praczki, kucharki lub służącej i próbowano oddawać do zamożnych domów. Cały budynek otoczony był solidnym, kamiennym, romańskim murem, w którego górnej części znajdowały się maleńkie wąskie okienka. Jego koronę stanowił masywny krenelaż. Joanne nie lubiła takich miejsc, czuła strach, kojarzyły jej się z czymś nie miłującym, nie naturalnym, a srogim, z czymś zbyt poukładanym i to nie zgodnie z ludzką naturą i wrodzoną swobodą, jaką posiadał człowiek. Miała wrażenie, że miejsca takie są zbiorowiskiem kobiet czy mężczyzn przepraszającym za swoje narodzenie i istnienie. Z drugiej strony, wiedziała, że to dzięki średniowiecznym zakonnym duchakom zaczęto się opiekować sierotami i niechcianymi dziećmi, i to oni przez wieki ratowali je przed ludzkim ostracyzmem. W miasteczku powiedziano jej, że aby dostać się do sierocińca, należy okrążyć klasztor i na jego tyłach odnaleźć w murze zarośniętym bluszczem, nieduże stalowe drzwi, wyłożone mozaiką z tłuczonego kamienia. Powinna się też tam znajdować tabliczka z napisem „Sierociniec żeński w Germon”. Dzień był piękny, widać było, że lato dorośleje, młode listki zamieniły się w soczyste zielenią liście, trawy ruszyły strzeliście ku górze i zaglądały już śmiało do butów, słońce zaś rozbierało ciepłem, choć jeszcze z rana łagodnie, pieszczotliwie, ale obiecująco. Polna droga wiła się ku wzgórzu wąską serpentyną. Mimo tumanów kurzu, jakie wzbijały koła samochodu, Joanne miała uchylone szyby. Nie jechała szybko, patrzyła na pierwsze dni lata, patrzyła na łąki unoszące się to opadające, wypełniające zapachami całą przestrzeń, w tle słyszała gdzieś smyczki Vivaldiego. Nie wiedziała, dlaczego, ale zawsze w takich chwilach czuła się silna, niewinna, bez historii, bez pamiątek z przeszłości. Tak myśląc, podjechała pod bramę główną klasztoru. Była solidna, masywna, osadzona w potężnych zawiasach. Jej dwa skrzydła zwieńczone były łukiem. W prawym znajdowały się niewielkie drzwi. Wszystko zamknięte na głucho. Wysiadła z samochodu, przedpołudnie ją tak nastroiło, że zrezygnowała z dalszej jazdy, postanowiła zrobić spacer dookoła klasztornego muru, aż na do chwili, w której nie natknie się na drzwi wyłożone mozaiką z kamieni, i tabliczką na murze „Sierociniec żeński w Germon” Z lewej strony widać było wąską wydeptaną ścieżkę ginącą gdzieś w trawie za zakrętem. Joanne skierowała się w tamtą stronę. Już po chwili zniknęła w soczystej zieleni. Ścieżka biegła wzdłuż muru, od którego oddzielał ją pas wyrastającej trawy i niewielkich krzaków, rozrastających się bezkarnie w niewielkich od siebie odstępach. Z lewej strony rozpościerał się, czasami przerywany mocno wyrośniętymi starymi klonami i świerkami, malowniczy widok na miasteczko. Cała ta roślinność wraz z drobnymi żyjątkami wypowiadała jakieś zdania, z których Joanne odczytywała tylko przecinki, kropki, myślniki, jakimi były kląśnięcia, urwane gwizdnięcia, stukanie dzięcioła, oraz innych żyjątek, które zamieszkiwały to zielone miasto. Powietrze, przewodnik tych dźwięków, było przesycone barwami zapachów; żółtych mleczy, dzikiego rumianku, butwiejących gałęzi i wilgotnych mchów. Joanne też czuła się w tej chwili przesiąknięta, przezroczysta i jak najbardziej częścią, tego pozornie niezorganizowanego biologicznego świata. Uśmiechała się do siebie, do własnych myśli, gdyby ktoś teraz ją zapytał, odpowiedziałaby, tak sobie idąc, że jest szczęśliwa. Po kilku minutach drogi, mur zniknął za wielkim skupiskiem krzewów i młodych brzóz, zaś ścieżka, ostrym łukiem skręcała w prawo. Joanne domyśliła się, że doszła do jego końca i właśnie w tym miejscu musi łamać się pod kątem prostym, aby prowadzić na tyły klasztoru. Za zakrętem ścina rzucała szeroki cień, pokrywając nim zarówno ścieżkę, jak i daleki pas za nią, po jego ścianie pięły się dzikie bluszcze, zasłaniając go prawie w całości. Joanne jeszcze bardziej zwolniła kroku i zaczęła szukać wzrokiem jakiejś przerwy, w tej plątaninie pędów, ściśle strzeżonej przed wzrokiem przez setki ciemnozielonych liści. Nagle zauważyła, że kilka metrów przed nią, ścieżka rozszerza się, tracąc swój nitkowaty kształt, rozmywa się, tworząc małą nieregularne wyblakłą, ziemistą plamę pośród zieleni, wyglądała, jakby napotkała przeszkodę i rozlała się niczym woda przed zaporą. Kiedy zbliżyła się, roślinność dzieląca ją od muru urwała się zaś w bluszczach, pojawił się wyłom, zobaczyła miniaturę bramy głównej, z tym że ta, była wyłożona płaskimi zielonkawymi kamieniami, z których każdy miał inny kształt. Z lewej strony na murze widniała tabliczka „Sierociniec żeński w Germon” Podeszła bliżej i stanęła przed ciężkimi drzwiami. Z prawej strony wisiał stalowy pręt. Zaczynał się drewnianym wrzecionowatym uchwytem, biegł około jednego metra w górę, i za pomocą kółka łączył się z kolejnym, prostopadłym do niego, znikającym w murze. Nie zastanawiając się wiele, pociągnęła za rączkę raz, potem drugi. Usłyszała, jak po drugiej stronie odezwał się dzwoneczek. Odczekała chwilę i ponownie pociągnęła kilkakrotnie, miała wątpliwości czy ktokolwiek usłyszy ten dzwoneczek, a jeśli, to czy będzie miał ochotę otworzyć. Stała tak jeszcze chwilę i znowu zadzwoniła, tym razem energiczniej, jednak nadal bez efektu. Odsunęła się kilka kroków od wejścia i rozejrzała. Może trzeba było jednak spróbować przy głównym wejściu – pomyślała. Znowu podeszła kilka kroków do przodu, chwyciła za rączkę, w tym samym momencie usłyszała ciężki chrobot zamka, później głuchy metaliczny dźwięk przesuwanej zasuwy. Drzwi uchyliły się, najpierw lekko, później szerzej, wypuszczając na zewnątrz smugę słonecznego światła. Stanęła w niej przysadzista zakonnica w wieku może czterdziestu lat. Ubrana była w typowy brązowy habit karmelitanek, przepasany skórzanym pasem ze szkaplerzem na białej toce, zakrywającym barki i piersi. Na głowie miała czarny welon, u pasa różaniec.
– Słucham panienkę, w czym mogę pomóc? – Usłyszała miły, aczkolwiek służbowy ton głosu.
– Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus – Wyrecytowała Joanne
– Na wieki wieków. – Odpowiedziała zakonnica.
– Siostro, nazywam się Joanne Bird i widzi siostra, pewne niespodziewane okoliczności, jakie miały miejsce w moim życiu, przyprowadziły mnie właśnie tutaj – Joanne zdziwiła się, swoją otwartością, uległością i pokorą w głosie.
Siostra spojrzała wnikliwiej na niespodziewanego gościa.
– Bóg znajduje dla nas różne drogi, każdą z nich musimy przyjąć z pokorą – powiedziała, otwierając jeszcze szerzej bramę i wskazując ręką zapraszająco. Joanne znalazła się na zalanym słońcem dziedzińcu. Jak się domyślała, nie był to główny dziedziniec klasztoru, był zbyt mały. Jego trzy strony ograniczał mur, wzdłuż którego ciągnęły się otwarte arkadami krużganki, na wprost zaś znajdował się piętrowy budynek w którym, jak podejrzewała, znajdowała się część administracyjna klasztoru i sam sierociniec. Za nim widać było wznoszącą się wysoko budowlę, której wielkość i usytuowanie wskazywały, iż jest główną częścią klasztoru. Szczęk zamykanej bramy i dźwięk zasuwy przerwał rozmyślania Joanny. Wzdrygnęła się, poczuła się, jakby ktoś zamknął za nią na zawsze „tam” i zmniejszył świat do „tu”.
– Czym więc możemy ci służyć moja córko? – Zapytała, odwracając się do niej zakonnica.
– Widzi siostra, niedawno zmarła moja matka…
– Świeć panie nad jej duszą – Przerwała jej siostra, wznosząc przy tym wzrok ku górze.
– Tak świeć – Przytaknęła odruchowo Joanne. – Znaczy, chciałam powiedzieć… – Zaczęła się plątać, zdając sobie sprawę z niezgrabności wypowiedzi. Boże to psuje do Diany nie do mnie – pomyślała.
– Moja córko widzę, że Bóg nie za często gości w twoim sercu, ale wszystko ma swój początek, więc zacznijmy jeszcze raz; z czym do nas przybywasz?
– Tak więc, jak mówiłam, niedawno zmarła moja matka.
– Świeć panie nad jej duszą – powtórzyła zakonnica, ponownie kierując wzrok ku górze.
– Na wieki wieków – wyrecytowała Joanne, zupełnie nie wiedząc, co właściwie w takiej chwili miałaby powiedzieć.
Zakonnica westchnęła. Joanne obawiając się kolejnej propozycji rozpoczęcia od początku, co jak jej się wydawało, mogłoby zacząć tworzyć pętlę groteskowej okresowo cyklicznej nieskończoności, mówiła dalej.
– Teraz wraz z rodzeństwem jestem zmuszona przeprowadzić postępowanie spadkowe, jest nas troje i zupełnie nie wiemy jak to podzielić, nikt z nas chyba nawet nie ma ochoty tego dzielić, poza tym mama pozostawiła po sobie szereg zobowiązań, które należy uregulować.
– Tak rozumiem – tu siostra zwiesiła głos – jednak nadal nie wiem, moje dziecko, w czym mogłybyśmy ci pomóc.
– Otóż, widzi siostra, część tych spraw, związana jest z pewnym człowiekiem, ten zaś wyjechał jakiś czas temu. Z dokumentów, jakie posiadam, wynika, że wiele lat temu wspierał tutejszy sierociniec, może nadal to robi.
– Wielu dobrych ludzi pomaga nam w naszej służbie Bogu i chwała im za to. – Przerwała jej siostra, która jakby baczniej zaczęła się przyglądać swojej rozmówczyni, co nie umknęło uwadze Joanny.
– Właśnie o niego chciałam zapytać – ciągnęła dalej Joanne. – Może u sióstr uzyskam jakieś wskazówki, które pozwolą mi na odnalezienie tego człowieka.
– Myślę moja córko, że w tej kwestii, jedynie siostra Theresa, która jest przełożoną sierocińca, może udzielić ci informacji. – powiedziała spokojnie. – Jeśli poczekasz drogie dziecko, mogę zapytać. Czy zechce cię przyjąć.
– Oczywiście poczekam, dziękuję siostro. Jest taki piękny dzień – wystrzeliła Joanne, czując ulgę, że rozmowa poszła tak gładko.
– Zapewne się zgodzi – dodała na odchodne karmelitanka, podejrzliwie przyglądając się Joanne czy aby z nią wszystko w porządku.
Po chwili Joanne patrzyła, jak zakonnica przemierza dziedziniec i znika w drzwiach budynku. Teraz dopiero zauważyła, że dziedziniec stanowił swoiste połączenie ogrodu warzywnego z parkiem. Pomiędzy przyciętymi krzewami i kwietnymi rabatami, znajdowały się grządki z marchewką, którą Joanne rozpoznała jedynie po tym, że pomarańczowe młode łebki z wielkimi zielonymi czuprynami, wystawały ponad ziemię, dalej kapustą, choć zupełnie nie wiedziała, czy to włoska, czy zwykła, wiedziała jedynie, że to ta, której wygląd sprawiał jej największą przyjemność, była soczyście ciemnozielona, a jej liście były karbowane, pomarszczone dziesiątkami jędrnych zmarszczek biegnących w najróżniejszych, nieskoordynowanych kierunkach. Nad wszystkim górował koperek ze swoimi igiełkowatymi liśćmi i choć nie rozsiewał swojego zapachu, Joanne czuła go swoją pamięcią smaku, czuła jak doprawia wszystko swoim aromatem. Zaczęła spacerować ścieżkami, które przecinały dziedziniec, dzieląc go na różnych kształtów placyki. Sałata na przekór zbitej głowiastej kapuście rozsiadała się luźno po prawej, lubiła ją z cytryną olejem i czosnkiem, rozejrzała się za nim, jednak zdała sobie sprawę, że nigdy nie widziała jego zielonej łodygi, dalej były tyczki, którym w staniu na baczność wtórowały niższe, ciemnozielone, bujnie rozrośnięte krzaki, o liściach podobnych do liści pokrzywy. Z prawej chyba por – wychodził podwójnym, szablowym liściem z liścia, rozchodząc się na boki niczym spłaszczona palma. Ziemia wokół tych wszystkich roślin była czarna spulchniona, ciężka – bogata – pomyślała Joanne. Całe to warzywne, witaminowe bogactwo, było dumnie chronione, przez okalającą je armię kwiatów, której szeregi przerywane były od czasu do czasu wyrośniętymi cyprysami włoskimi i tujami. Gdzieniegdzie, można było zauważyć oleandry, o długich lancetowatych skórzastych liściach, których różowe kiście kwiatów wydzielały upojną woń. Zapewne ogród, pod nadzorem zakonnic, był uprawiany przez dziewczynki z sierocińca. W tej chwili usłyszała odgłos kroków na żwirowanej alejce, dzielącej cały dziedziniec na dwie połowy. Zwróciła się w tamtą stronę. Środkiem szła zakonnica, szła z głową skierowaną ku dołowi, wpatrując się z pokorą w ścieżkę, jaką prowadzi ją jej bóg. Nagle zatrzymała się, podniosła głowę, rozejrzała i dostrzegłszy Joannę, skierowała się w jej stronę. Kiedy dochodziła, zgrabnie klucząc pomiędzy rabatami, Joanne zaczęła zastanawiać się, ile może mieć lat. Wiedziała, że musi być młoda, wskazywał na to biały welon, który nosiły nowicjuszki.
– Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus – powiedziała wesoło Joanne, którą ranek nastrajał optymistycznie.
– Na wieki wieków – odparła młoda karmelitanka.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

AlphaOmega Captcha Literacha  –  Name the Author
     
 

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>