Element…

Rozdział VII

powieść w odcinkach – Lamparci Szept

Powieść w odcinkach - LAMPARCI SZEPTRano obudziła się niewyspana. Bałagan pozostawiony przez włamywaczy nie dał się szybko pokonać. Walczyli z nim we trójkę do późnych godzin wieczornych. Arthur pożegnał się dopiero około pierwszej. Ponieważ Joanne czuła się nieswojo Ellen Anderson została na noc. Zresztą i tak jutro miała na popołudnie, więc przed pójściem do szpitala z rana z rozpędu postanowiła umyć okna i podłogi. Poniekąd więc włamanie stało się przyczynkiem do porządków o charakterze przedświątecznym.  Powieść w odcinkach – LAMPARCI SZEPT
W salonie czekało na Joannę śniadanie. Zjadła, potem szybko spakowała. Do domu matki chciała jechać prosto z antykwariatu gdzie miał na nią czekać Arthur. Nalegał, aby z nią pojechać, tłumacząc coś, iż jako mężczyzna w zaistniałej sytuacji, nie może pozwolić jej na samotne działanie bez kontroli anioła stróża i że to właśnie on jest tym aniołem.  Powieść w odcinkach – LAMPARCI SZEPT
Do antykwariatu dotarła równo z Marią.
– Dzień dobry Joanno! Jak tam minął dzień? Jak zakupy?
– Dzień był cudowny, tylko zakończył się paskudnie – odparła Joanne ze skwaszoną miną, przypominając sobie wczorajsze myśli, że nic nie jest w stanie zepsuć jej humoru.
– Co się stało?
– Wyobraź sobie, że włamano się do mojego mieszkania i jakby tego było mało jednocześnie do domu mojej matki. – westchnęła przy tym i opadła na fotel.
Maria spoważniała, na jej twarzy pojawił się niepokój potem zatroskanie. Powieść w odcinkach – LAMPARCI SZEPT
– To niesamowite – powiedziała. Zdjęła kapelusz i położyła na stoliku przy wejściu – Poczekaj, zrobię nam herbatkę i wszystko mi opowiesz. Herbata postawi cię na nogi, użyję specjalnej mieszanki ziół. Mijając Joanne, zatrzymała się, widząc z bliska jej minę dodała – Oj widzę, że jesteś naprawdę w fatalnym humorze. Po wczorajszej Joannie nie został nawet ślad. Trzeba to naprawić. Joanne machnęła ręką
– Co tu jest do opowiadania. Z Ellen i Arthurem robiliśmy porządki do późna. Nie wyobrażasz sobie, jak to wyglądało, wszystko do góry nogami, żyrandole na podłodze dywany na suficie, szkoda gadać, a teraz wychodzi na to, że muszę zmierzyć się z jeszcze większym bałaganem. Dom mojej matki jest zdecydowanie większy. Jak tylko o tym pomyślę, to aż jakiegoś wstrętu dostaję. Wprawdzie Arthur pojedzie ze mną i jutro dołączy mój brat z żoną, ale z mężczyzn, to ja żądnego pożytku mieć nie będę, Melanie jakby to powiedzieć – zastanowiła się chwilę – nie potrafi nadążyć za bałaganem, jaki robią jej dzieci, a co dopiero mówić o sprzątaniu w tak dużym domu. Jestem już spakowana i gotowa do drogi. Powieść w odcinkach – LAMPARCI SZEPT
– A wiesz, ja nie mam żadnych planów na weekend – powiedziała Maria – jeśli chcesz, możesz mnie przygarnąć, pomogę wam, przy okazji nawdycham się świeżego, wiejskiego powietrza, dobrze mi to zrobi – mówiła, zalewając herbaciany napar wrzątkiem. – Oczywiście musiałabyś zaczekać, aż zamkniemy antykwariat – dodała, stawiając przed Joanne filiżankę, z której unosiła się wonna wilgotna mgiełka.
– Naprawdę możesz pojechać? Przyznam, że przeszła mi taka myśl przez głowę, ale nie śmiałam cię prosić. Chciałam, aby Ellen Anderson pojechała, ale ona dzisiaj ma popołudniowy dyżur w szpitalu więc…
– Nie ma żadnego problemu – przerwała jej Maria. – Zrobimy tak. Aby nie tracić czasu, tuż przed zamknięciem, pójdę do domu i spakuję kilka niezbędnych drobiazgów, jakie kobiecie w moim wieku przystoi posiadać w podróży, wrócę i będziemy mogły bez zbędnych ceregieli, od razu jechać.
– Co ja bym zrobiła bez ciebie Mario – westchnęła Joanne. – Ale wiesz, mam doskonalszy plan. Poproszę Arthura, aby cię przywiózł, nie będziesz dźwigała swoich bagaży.
– O to, to, moja kochana to jest bardzo dobry pomysł, wykorzystamy te jego umizgi do ciebie – zaśmiała się.
Joanne odpowiedziała uśmiechem. Nie wiedziała, czy to magia popijanej herbaty o specyficznym wesołym smaku, czy za sprawą Marii jej nastrój ulegał zmianie.

*

Kiedy dojechali do Heywood była godzina dwudziesta. W ogrodzie czekał na nich Andrew Griffiths. Był trochę zmieszany jakby to wszystko była jego wina.
– Złodzieje weszli przez okno – wskazał ręką. Dookoła, wstawionych już przez Griffitha szyb, widać było pomarańczowe obramowanie świeżego kitu. Joanne pokiwała głową. Andrew zaczął zdawać relację relację z pobytu policji, nie mogła się skupić. Tyle z tego zapamiętała, że na tutejszy posterunek, jak przy poprzednim włamaniu, musi dostarczyć listę zaginionych przedmiotów. Ze strachem weszła do środka, to co zobaczyła, mało nie doprowadziło jej do apopleksji. Maria która weszła tuż za nią pokiwała głową i krótko rzekła
– No… – w tym jednym słowie zawarła wszystko, co zobaczyła.

W sobotę późnym wieczorem można było powiedzieć, że dom nadaje się ponownie do zamieszkania. Wszystko wróciło na swoje miejsce, podłogi i okna umyte, półki przetarte, a co brudne wyprane. Po kolacji wszyscy rozeszli się do swoich pokoi, przebrali, umyli, i po kolei, odruchowo jak ćmy do światła, schodzili na dół, zbierając w rzęsiście oświetlonym salonie. Arthur siedział na sofie z nogą założoną na nogę, palił papierosa, przymykając oczy, przy każdym zaciągnięciu się dymem. Peter rozparty w fotelu wpatrywał się w pusty kominek, miało się wrażenie, że jest nieobecny. Maria jak zwykle zobowiązała się do zrobienia herbaty – napoju, który wydawało się, że był u niej lekiem na smutek oraz dopełnieniem radości. Zawsze woziła ze sobą szereg zawiniątek, woreczków i buteleczek z suszonymi kwiatami, ziołami, korzonkami, listkami i bóg jeden wie, z czym tam jeszcze. Joanne patrząc na nią, miała wrażenie, że pochodzi z innej przestrzeni. Jej opowieści, nieprzeciętne rozumienie świata, mądrości, przepełnione ciężarem doświadczeń, miało się wrażenie, zebranych przez pokolenia, tworzyły wokół niej aurę spokoju i poczucie niezmienności praw natury, których przeciętny człowiek nie potrafił pojąć. Melanie pomagała, ustawiając filiżanki na spodeczkach. Joanne usadowiła się na fotelu naprzeciwko Arthura, blisko kominka, patrzyła na Marię, która kończyła nalewać napar do ostatniej filiżanki. Jej ruchy były tak spokojne, pewne i płynne, jakby każdy ułamek milimetra ruchu, w przestrzeni jej ręki, był doniosłą chwilą. Arthur, kiedy tylko skończyła, natychmiast sięgnął po filiżankę i pociągnął mały łyk, sprawdzając w ten sposób czy nie jest za gorąca, będąc kontent, poprawił go kolejnym znacznie większym.
– Mario jest wyśmienita. Jak ty to robisz? Herbata w moich oczach zacznie rosnąć, do rangi większej niż whisky – zażartował, ale w jego słowach widać było prawdziwy podziw dla jej herbacianych umiejętności.
– Miło mi panie Gallagher, ale pozwolę sobie zwrócić uwagę, że jeśli tylko pan się zastanowi, to w piciu jej wcale nie jest najważniejszy smak, a podejście do samego jej picia. Jeśli pan się na tym zastanowi, to odkryje, że zaczynają smakować nawet te, które wcześniej nie wzbudziły sympatii podniebienia.
Joanne uśmiechnęła się do siebie, to była właśnie Maria, potrafiła wskazać ścieżkę myślenia, która była oczywista jednak niezauważalna w danej chwili.
– Joanno i co ja mam jej na to odpowiedzieć? – zwrócił się do Joanny zupełnie poważnie Arthur.
– Myśl, Arthurze, myśl, po prostu słuchaj i myśl. Zresztą Maria nie oczekuje odpowiedzi a Twoja riposta jeszcze bardziej cię pognębi, wiem coś o tym – odpowiedziała ze skrywanym uśmiechem Joanne.
– A ja lubię herbatę – dał się słyszeć cichy głos Petera, który nadal nie odrywał wzroku od paleniska. Wypowiedział to spokojnie i miało się wrażenie, że jest nadal nieobecny. Wszyscy spojrzeli na niego, każdy oczekiwał na jakiś ciąg dalszy, jednak Peter milczał. Nie doczekawszy się jakiś dalszych wywodów, spojrzeli po sobie, wyłączając oczywiście Melanie, która była przyzwyczajona do stanów zamyślenia męża.
– Peter – zawołała Joanne, a kiedy ten się nie odezwał, powtórzyła głośniej.
– Peter! Halo, jesteś ?!
– Tak siostrzyczko, jestem. – Odwrócił głowę i spojrzał na Joanne, uśmiechnął się, a widząc jej pytający wzrok, dodał – Nie martw się, nie zwariowałem.
– Nie jestem co do tego przekonana.
– Co wiesz o tym opuszczonym domu? – Zapytał nagle.
– Masz na myśli ten, który jest tu na wzgórzu? Nie wiele, mieszkał tam kiedyś ktoś, z kim nasza mama się bardzo przyjaźniła, później ten człowiek zniknął, a ona nie lubiła o tym mówić. Czemu pytasz?
– Tak po prostu, z ciekawości, stoi tutaj jak martwy. Jak pamiętam swoje dzieciństwo, nikt o nim nic nie potrafił powiedzieć. Owiany był jakąś tajemnicą i tak jest, jak widzę, do dzisiaj.
– Byłam kilka razy w tym domu, jednak nie wiele pamiętam. Takie dziecinne strzępy, wyrwane obrazki czy zdarzenia.
– Dziwne. – Powiedział cicho jakby bardziej do siebie niż do Joanne, znowu się zamyślił.
– Mówicie o tym zarośniętym, wielkim ciemnym domu, który mijamy jadąc tutaj? – odezwał się Arthur – Tam ktoś teraz mieszka? Widziałem uchyloną furtkę, jak tu jechaliśmy.
– Wydawało ci się, to nie możliwe, ostatnio nawet zatrzymałam się przy nim. Nie zauważyłam, aby ktoś tam przebywał.
– Widziałeś otwartą furtkę? – znowu do rozmowy włączył się Peter. – Jesteś pewien?
– No nie wiem, tak mi się wydawało.
– Dziwne – znowu zamruczał pod nosem i znowu umilkł.
– Ja nie zauważyłam otwartej furtki – odezwała się Melanie. – Przyglądałam się temu domowi, jak jechaliśmy. Zawsze robi na mnie dziwne wrażenie i czuję się nieswojo, zawsze przyciąga mój wzrok, zwłaszcza ten krzyż z różą w środku na bramie. Nie na pewno nie. Zauważyłabym, gdyby była otwarta.
– A może też miał jakiś nieproszonych gości? Stoi taki bezpański – rzucił Arthur.
– Daj spokój. – obruszyła się Joanne – Nie chcę już wracać do tematu włamań.
– No nie wiem – kontynuował Arthur, nie zwracając uwagi na drażliwy nutę jej wypowiedzi. – Wiesz, myślałem o tych włamaniach. Naprawdę sądzisz, że to przypadek? – Nie czekając na odpowiedz, ciągnął dalej. – Mam wrażenie, że tak nie jest. Mam wrażenie, że coś te włamania łączy pomijając oczywiście fakt, że dotyczy to waszej rodziny, nie wiem co, ale tak czuję.
– Ja nie widzę tu nic oprócz przypadku – westchnęła Joanne zmęczona uporem Arthura.
– Nic nie zginęło – dał się słyszeć głos Marii, która wyszła na chwilę do kuchni, a teraz pojawiła się w drzwiach.
Oczy zebranych zwróciły się w jej stronę. Na chwile zapadła cisza.
– Słucham? Gdzie nic nie zginęło? O czym ty u licha mówisz Mario? – jako pierwszy odezwała się Arthur.
– Nic nie zginęło przy obu włamaniach ani u Joanny, ani tutaj, to jest to, co je łączy – odparła spokojnie Maria.
Ponownie zapanowała cisza. Maria nie zwracając uwagi na to, że jej słowa wywarły wrażenie, spokojnie usiadła na fotelu obok Joanny. Arthur jakby się zapowietrzył, a następnie wyrzucił z siebie.
– Jasne to jest to! To właśnie jest element którego mi brakowało.
– Rzeczywiście, nie da się ukryć, to jest dość dziwne – odezwała się dotąd milcząca Melanie.
Peter znowu ożył, wstał z fotela, podszedł do kominka, pomacał, na wpół zwęgloną szczapę drzewa, odwrócił się i patrząc na Joanne, powiedział
– Cóż siostro, przyznasz, że trudno to wytłumaczyć.
– Słuchajcie, nie ma co się oszukiwać, to nie zbieg okoliczności, za dużo ich tutaj – widać było, że Arthur jest podekscytowany, jego teoria o braku przypadkowości nabierała realnych kształtów.
Wszyscy patrzyli się na Joannę, jedynie Maria nie poddawała się narastającym emocjom i spokojnie dopijała herbatę.
– Nie patrzcie tak na mnie, nie upieram się przy swoim zdaniu, chyba nawet nie mam siły zaprzeczać, jednak nie widzę celu takiego działania.
– Cel jest znany – znowu odezwała się Maria – Ktoś sądzi, że w tym domu jest coś, na czym mu zależy, kiedy nie udało mu się tego znaleźć, pomyślał, że ty Joanno to znalazłaś i włamał się do ciebie. Sądzę, że właśnie taka była kolejność tych zdarzeń.
Prosta i jasna logika myślenia Marii znowu wszystkich zaskoczyła.
Peter widząc zdziwione miny rozmówców uśmiechnął się.
– No cóż myślę, że dajmy sobie spokój z tym naszym myśleniem, Maria robi to za nas i chyba sprawia jej to mniejszą trudność.
Arthur poirytowany trochę tymi pochwałami oraz tą celnością stwierdzeń Marii które odbierały mu prym w byciu siłą przewodnią wszelkich spotkań towarzyskich, postanowił zadać pytanie które umniejszy jej błyskotliwy sukces.
– Jeśli jeszcze nam powiesz Mario, że wiesz czego ci dranie szukali, to gotów jestem zjeść własny krawat.
Wszyscy z ciekawością spojrzeli się na Marię. Kobieta uśmiechnęła się tajemniczo.
– Myślę, że wiem, proszę Pana.
– Naprawdę wiesz Mario? – Teraz nawet Joanne przyzwyczajona do jasności myślenia Marii zapytała ze zdziwieniem.
– Ależ oczywiście, że nie – zaczęła się śmiać, jesteście tacy poważni, chciałam to rozładować, to był żart moi kochani, przepraszam.
– Mam nadzieję, bo wątpię w walory kulinarne mojego krawata, z ulgą sapnął Arthur.
– Może być pan spokojny i o krawat i o niestrawności jakie mógłby spowodować – uśmiechała się tajemniczo Maria. – Teraz kochani pozwolicie, że was opuszczę, jest już bardzo późno, w zasadzie niedługo zacznie robić się jasno, moje ciało domaga się odpoczynku i nie mam siły z nim walczyć, wam też radzę złapać trochę snu, jutro też jest dzień.
– Mówiąc te słowa, wstała z fotela i zaczęła zbierać puste filiżanki. Melanie zerwała się i zaczęła jej pomagać.
– Maria ma rację, ja też już padam – westchnęła Joanne. – Pozwolicie, że też się pożegnam, ostatnie wydarzenia, zwłaszcza ich natłok, chyba mnie przerósł.
– Tak to chyba dobry pomysł – zawtórował jej Peter.
Maria z Melanie wyszły do kuchni. Arthur zaś patrzył na Joannę która wstała z fotela, jej twarz była obojętna zmęczeniem.
– Martwię się o ciebie – powiedział.
– Nie potrzebnie Arthurze, wszystko jest w porządku – uśmiechnęła się w podziękowaniu za troskę. – Idź też już spać, będziesz mi bardziej potrzebny wypoczęty niż umęczony.

W przeciągu godziny w całym domu zapanowała cisza. Joanne usiadła na łóżku. Nocna lampka dawała skromne światło, oświetlając tylko szafkę na której stała oraz skraj łóżka, reszta pokoju tonęła w mroku. Była zmęczona. Jej życie było do tej pory pozbawione takich zawirowań. Wszystko biegło za szybko. Miała wrażenie, że nie nadąża. Sen wydawał się jej wybawieniem, chciała wierzyć, że kiedy obudzi się rano,  wszystko stanie się prostsze. Zdjęła kolczyki, pierścionki i schowała do stojącego na stoliku przy łóżku ręcznie malowanego puzderka z miśnieńskiej porcelany. Sięgnęła po koszulę nocną, kiedy dało się słychać ciche pukanie.
– Proszę – powiedziała cicho.
Drzwi się uchyliły i stanął w nich Peter.
– Nie śpisz? Mogę?
– Wejdź, proszę. Właśnie się szykuję.
Peter delikatnie zamknął drzwi. Podszedł do łóżka Joanny i usiadł obok.
– Jak się czujesz siostrzyczko?
– Peter – uśmiechnęła się Joanne – nie przyszedłeś chyba tutaj o czwartej nad ranem, aby zapytać mnie jak się czuję. Jestem trochę zmęczona, więc od razu przejdź do rzeczy, proszę.
– Masz rację, nie to mnie sprowadza. Peter sięgnął ręką do wewnętrznej strony marynarki, wyjął jakiś papier i podał Joannie.
– Co to jest? – spojrzała na stary dokument opatrzony jedną wielką pieczęcią u dołu.
– Przeczytaj – odparł Peter.
Przybliżyła się do światła. W miarę czytania jej twarz poważniała, a na twarzy zaczynało malować się zdumienie. Powieść w odcinkach – LAMPARCI SZEPT. Powieść w odcinkach – LAMPARCI SZEPT

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

AlphaOmega Captcha Literacha  –  Name the Author
     
 

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>