Drugi element…

Rozdział XIV

Nowy nabytek Sheili był od niej starszy i to na pierwszy rzut oka o jakieś trzydzieści lat i pomimo że był mężczyzną zadbanym, pozornie idealnej figury, było na nim widać upływający czas. W kilku miejscach jego tężyzna fizyczna była nieźle nadszarpnięta, a gdzieniegdzie zakradł się drobny tłuszczyk. Joanny nie dziwiły wybory siostry, kiedy była młoda, również gustowała w starszych mężczyznach. Jednak gdy sama zaczęła osiągać wiek średni, musiała przewartościować skalę. Starsi mężczyźni w zasadzie już niczego nie mogli jej zaoferować. Nie mogli już być od niej starsi o trzydzieści lat, doszła do wniosku, że bardziej im potrzebna jest pielęgniarka niż kobieta.
Sheila opowiadała o swoich przeżyciach z Paryża, mężczyzna jej przytakiwał i uśmiechał się, chcąc zrobić jak najlepsze wrażenie, wtrącał czasami jakiś dowcip. Kiedy siostra zaczęła wypytywać o włamania, Joanne odpowiadała krótko, bagatelizując temat. Nie miała ochoty wywnętrzać się przed kimś obcym, tym bardziej że było wiadome, iż za kilka miesięcy przejdzie on do działu ze starzyzną i nikt już nie będzie o nim pamiętał.
– Oj siostra, siostra ciągle ci faceci. Popraw się, wystarczy, że w tej rodzinie ja mam nierówno pod sufitem – odezwała się Joanne, kiedy mężczyzna wyszedł do toalety.
– No, co? – Burknęła Sheila – On jest całkiem w porządku.
– Nie ważne. Wiesz, chciałabym porozmawiać jak kiedyś. Bez towarzystwa obcych ludzi, tych facetów, którzy się zmieniają niczym w kalejdoskopie. Zawsze jesteś gdzieś daleko. Skąd ty na to bierzesz pieniądze? Oj siostra, siostra – z rezygnacją pokiwała głową Joanne.
Sheila odgarnęła spadające jej na twarz gęste pukle wiśniowych włosów.
– Chyba, kiedyś było inaczej, my byłyśmy inne, świat był inny.
Joanne wyczuła jakiś smutek w jej głosie.
– Tak, kiedyś wszystko było inne – przyznała w zadumie – A może pojedziemy na weekend do domu mamy, może zrobimy sobie takie rodzinne spotkanie, zabierzemy naszego braciszka, namówimy go, aby przyjechał sam, co ty na to?
Na twarzy Sheili pojawił się nikły uśmiech.
– Jasne, fajnie. Zróbmy to, jak kiedyś – powiedziała bez entuzjazmu – Szkoda tylko, że nie można już do tej wycieczki dopisać rodziców. Z drugiej strony na pewno by wszystko zepsuli – dodała po chwili z przekąsem.
– Tak, szkoda i szkoda, że im nie wyszło. Ale nie mówmy o tym. To jak? Jesteśmy umówione?
– Tak jest, starsza siostro – uśmiechnęła się Sheila.
– Mam jeszcze prośbę. Chciałabym ściągnięcie Petera zostawić na twojej głowie.
– Dam radę, nie martw się. – pokiwała głową Sheila.

Dzień zleciał dość szybko. Panująca wichura nie zapowiadała wielu klientów, jednak po południu pojawiło się ich na tyle dużo, że obie z Marią nie mogły sobie pozwolić na chwilkę wytchnienia. O dziewiętnastej Joanne przekręciła klucz w zamku, odwróciła się i całym ciężarem oparła plecami o drzwi, jakby barykadując je dla pewności.
– Nareszcie koniec – westchnęła z ulgą – Podliczysz utarg? Ja zerknę w dokumenty.
– Oczywiście.
Maria zabrała się za liczenie, Joanne za analizowanie zamówień złożonych przez klientów z ostatniego tygodnia.
– Musimy pilnie szukać nowego pomieszczenia Mario – powiedziała po chwili znad zeszytu, do którego przepisywała listę. – Czas straszliwie szybko płynie, nie obejrzymy się, jak zostaniemy na lodzie wraz z naszymi klientami i całymi tymi zamówieniami.
– Też to mnie martwi. Przeglądałam ogłoszenia, nic ciekawego nie znalazłam, mimo to, mam wrażenie, że będzie dobrze.
– Oby.
Na chwile zapadła cisza. Joanne zamknęła zeszyt i wstała.
– W sobotę jadę z rodzeństwem do domu mamy trochę odpocząć, zdystansować się. Myślałam, co byście z Dianą pojechały z nami. Co ty na to?
– Pytanie! Bardzo chętnie! To urocze miejsce. Wiesz, że mieszkanie w mieście dla mnie to kara. Rozmawiałaś już z Dianą?
– Nie. Mam zamiar zapytać ją jutro. Albo wiesz – Joanne zawahała się – lepiej ty to zrób, ja przejdę się do tej kwiaciarki, może wstąpię też do Rawleyów, nie wiem ile to mi zajmie, ale na pewno zląduję w antykwariacie nie wcześniej niż południu.
– Z miłą chęcią. Zapytam ją z samego rana – odparła Maria, oddając Joanne utarg. Rozejrzała się po sklepie – To co, mamy już koniec?
– Wygląda, że koniec. – Przytaknęła Joanne.
Wzięły torebki, zgasiły światło, zgrzytnął zamek.

*

Joanne zerwała się z samego rana. Nie mówiła Marii, ale miała zamiar, zajrzeć, przed spotkaniem z panią Dempsey, do biblioteki uniwersyteckiej i dowiedzieć się czegoś więcej o różnych sektach ich symbolach i twórcach.
Ellen Anderson krzątała się już po pokoju. Widząc Joannę, zaskoczona zapytała:
– Tak wcześnie na nogach? Wychodzi pani? Gdybym wiedziała, zabrałabym się najpierw za przygotowanie śniadania.
– Nic nie szkodzi, zjem coś na mieście. – Mówiąc to, Joanne chwyciła torebkę, zgarnęła ze stolika w przedpokoju kluczyki do samochodu i zniknęła za drzwiami.
W bibliotece na Church Street starsza pani zaproponowała jej kilka tytułów, między innymi „Bracia wtajemniczeni” Roberto Rossellini oraz „Czarostwo” Arthura Crafta.. Jedyny wolny stolik był na antresoli, w najbardziej zacienionym miejscu. Wdrapała się na górę i usiadła. Czytała, mrużąc oczy. Od dawna miała problemy ze wzrokiem, ale nie mogła się zebrać, aby pójść do okulisty. Chyba brakowało jej odwagi na przyznanie się przed sobą, że jej ciało ulega przemijaniu. Z książek wynotowywała, interesujące ją informacje. Szczególnie zainteresował ją symbol podobny do tego, jaki znajdował się na bramie domu Mariusa – Róża i krzyż. Pięć jej płatków symbolizuje odwieczne arystotelesowskie wirujące żywioły; powietrze, wodę, ogień, ziemię i eter. Umieszczona na krzyżu, który z dwoma belkami; ziemią niebem, czteroma kierunkami świata i miejscem przecięcia daje tajemną liczbę siedem, stanowi ich symbol – czytała.
– Cholera Różokrzyżowcy – wyrwało się jej – dziwny jest ten świat niby jeden, a każdy ma swój i to nieźle szurnięty – dokończyła już w myślach.
– Przepraszam, mogę się dosiąść? – Nagle usłyszała pytanie. Podniosła wzrok. Obok stolika stał młody, niewysoki, szczupły mężczyzna. Ubrany był w czarną koszulkę, na którą miał narzuconą czarną luźną trochę za dużą marynarkę. W ręku trzymał pokaźną książkę.
– Proszę – skinęła głową.
– Dziękuję.
Mężczyzna odsunął krzesło, usiadł i rozłożył przed sobą książkę. Joanna zwróciła uwagę na tytuł „Pająki naszych lasów”.
Przez chwilę siedzieli w milczeniu. Mężczyzna podobnie jak Joanne robił notatki, które zapisywał w grubym notesie obłożonym brązową skórą. Spojrzała, ich wzrok się spotkał. Uśmiechnął się.
– Przepraszam, widzę, że interesuje się pani ezoteryką.
Joanne zmieszała się. Temat czarów wydawał się jej dość niepoważny jak na bibliotekę naukową.
– Zupełny przypadek, znałam kogoś, kto się tym zajmował i postanowiłam dowiedzieć się więcej. Jednak jak czytam, to ta cała magia wydaje mi się dość naciągana.
– To bardzo ciekawe, też kiedyś zgłębiałem ten temat. W czary możemy wierzyć albo nie, ale sama filozofia, samo istnienie różnych organizacji ich powiązania, są nad wyraz wciągające. Czy interesuje panią coś konkretnego?
– W sumie nie – zawahała się – choć może tak – różokrzyżowcy.
– Oj, o nich to pani nie znajdzie wiele, mnie bardziej interesowała masoneria. Czy widziała pani kiedyś banknot jednodolarowy? To bardzo intrygujące – kontynuował, nie czekając, na odpowiedz. – Znajdują się na nim symbole masońskie; piramida z okiem, sowa, pieczęć króla Salomona. A orzeł? Przeglądała się pani kiedyś? Trzyma w jednym szponie trzynaście strzał, w drugim gałązkę z trzynastoma listkami zaś w dziobie ma wstęgę z trzynastoliterowym napisem.
– To faktycznie zaskakujące – przyznała Joanne.
– Najciekawsze chyba jest to – ciągnął dalej – że piramida na banknocie otoczona jest sentencjami annuit coeptis oraz novous ordo seclorum. Wpisana w heksagram, co łatwo przychodzi, gdyż pierwszy trójkąt tworzy sama piramida, daje nam napis MASON.
– Widzę, że naprawdę dużo pan wie – uśmiechnęła się, w duchu czuła, że mężczyzna zaczyna ją intrygować.
– Jak wspomniałem, czytałem trochę. Zaś co do tych różokrzyżowców to mało zgłębiony temat.
– Pewnie ma pan rację – Joanne zamknęła książki – Nie mam więc co szukać. Dziękuję panu za interesujący wykład – podniosła się. – Do widzenia panu.
– Chwileczkę – zatrzymał ją – Jeśli pani chce to mam w domu taki spis tajnych symboli różokrzyżowców. Zrobiłem go podczas studiowania wielu różnych bibliotecznych pozycji, może do czegoś się pani przyda. Mógłbym skopiować i przesłać albo zostawić tu w recepcji.
Joanne patrzyła na niego trochę zaskoczona, jego odwagą i determinacją, była święcie przekonana, że jego uczynność jest spowodowana tym, iż wpadła mu w oko.
– Może pan do mnie zadzwonić, jak pan skopiuje tę listę albo znaleźć mnie w antykwariacie przy Margaret Street. Oczywiście, jeśli to naprawdę nie jest kłopot.
– Najmniejszy – uśmiechnął się – proszę podać mi tylko numer.

Z biblioteki wyszła około godziny trzynastej. Zgłodniała, więc na Bowling Green Street, wstąpiła do niewielkiej greckiej tawerny. Skusiła się na garides saganaki, lubiła połączenie krewetek ze śliwkowymi pomidorami, fetą, winem i czosnkiem. Kucharz, niski okrąglutki Grek wyszedł na salę i rozejrzał się. O tej porze nie było wielu klientów. Zatrzymał wzrok na Joanne, uśmiechnęła się. Odpowiedział uśmiechem, po czym odwrócił się i zniknął na zapleczu. Kiedyś ojciec powiedział jej, że wielu kucharzy lubi zobaczyć dla kogo gotują. Widać ten był jednym z nich. Po chwili otrzymała zamówione garides. Musiała zrobić dobre wrażenie na jego twórcy, bo było pyszne. Z pod Parthenon Taverna przejechała na Margaret Street, gdzie znajdował się stragan pani Dempsey. Zaparkowała niedaleko skrzyżowania, aby mieć później blisko do cukierni Rawleyów..
Kwiaciarka uwijała się sprawnie, układając bukieciki i upychając je w wiadrach i wazonikach. Kiedy zauważyła Joanne, natychmiast ja rozpoznała.
– Dzień dobry. – Krzyknęła promiennie.
Joanne odpowiedziała i jakby znały się od lat, pomachała ręką. Hiszpanka jak ją w myślach nazywała, promieniała i całą swoją osobą przekazywała pigułkę optymistycznej energii, która przelewała się jak wodospad, wypełniając człowieka niczym formę – wystarczyło spojrzeć.
– Idzie pani do cukierni – zapytała, kiedy Joanne podeszła bliżej.
– Tak, zjadłam boski obiad i chcę zmienić smak, bezwstydnie opychając się czymś słodkim.
– O! Jak miło – rozpromieniła się jeszcze bardziej – Miło widzieć kogoś, kto jest kontent! Dookoła tyle mruków. Nie wiem, czego ci ludzie oczekują od życia, że są wiecznie niezadowoleni.
Joanne postanowiła pociągnąć wątek.
– Ma pani rację, też nie lubię malkontentów, ale przyznam, że i mnie czasami łapie podły nastrój, zwłaszcza, jak słyszę co się dzieje wokół nas.
– A tak, ma pani rację i ja to rozumiem, sama nie śmieję się ciągle jak głupi do sera – życie. Ale na Boga, musi istnieć jakiś konkretny powód, aby narzekać na ten świat!
– No czasami powodów nie brakuje. – Joanne umiejętnie zmieniała tok rozmowy. – Pisali w gazetach, sama nie czytałam tylko pani Rawley mi mówiła, że w naszym mieście grasuje jakiś szaleniec, co dziewczyny zabija.
– To smutne, ale to takie życie. Nie uciekniemy przed sobą. Palnąć sobie z tego powodu w łeb też nie wypada.
Joanne zawsze zaskakiwała lekkość myśli i trafność uwag, ludzi, którzy musieli wydzierać życiu każdy kawałek chleba. Może zbyt wielu wokół nas filozofów, zbyt wiele rozważań, zbyt wiele pytań, a za mało prostoty? Odepchnęła myśli i wróciła do rozmowy.
– No ja nie mam zamiaru ani strzelać sobie w łeb, ani uciekać, z drugiej strony te dziewczyny pewnie też nie miały ochoty tak kończyć.
Hiszpanka zniżyła ton głosu.
– Tak, to paskudna sprawa, takie młode. – Uhm…sapnęła, podnosząc wiadro pełne wody i róż. Uniosła je wysoko i postawiła na blacie pomiędzy tulipanami a goździkami, odsapnęła, łapiąc się przy tym pod boki – Może zabrzmi to nieludzko, ale najbardziej żal mi tej ich młodości. Tęsknię za swoją jak cholera.
– Słyszałam, że obie dziewczyny pracowały w tym samym banku? – starała się ciągnąć temat Joanne.
– Tak w Paddington, u Martensa, ten też niezłe ziółko.
– Dlaczego?
– A ja już swoje wiem – machnęła ręką. – Stary dziwak. Tam, z tymi dziewczynami też nie wiadomo. Młode zatrudniał, samotny, a w habicie nie chodzi. I jeszcze te jego góry pieniędzy. Wie pani, jak to jest.
– Eee, może to tylko plotki – zaryzykowała Joanne.
– Może i plotki, tyle że w każdej plotce, zawsze przynajmniej jedno zdrowe ziarno znajdziesz. – Odparła zupełnie niezrażona pani Dempsey, sięgając gdzieś pod ladę. Zniknęła na chwilę, po czym wstała z ciężkim naręczem różnokolorowych wstążek – Wie pani, że jedna z tych dziewczyn u niego bywała?
– Naprawdę? – Joanne nawet nie musiała udawać ni zdziwienia, ni zainteresowania.
– Poważnie. Wiem dobrze, bo sąsiadki syn pracuje przy przecince w lesie, tam właśnie gdzie stoi ta jego warownia. Widział, jak wjeżdżała.
– Proszę te trzy róże. – Odezwał się młody mężczyzna, który chwilę wcześniej przebierał w wiaderku.
– Związać? – Zapytała kwiaciarka.
– Jeśli można – Odparł.
Wzięła dwie wstążki i sprawnie zawijała wokół gałązek.
– To mówi pani, że ją widział? – zapytała Joanne, chcąc kontynuować rozmowę
– I to kochanieńka wjeżdżała jego samochodem, i niech pani ma na uwadze; wieczorem!
– Bardzo proszę. To będzie razem jedyne cztery pięćdziesiąt. – Wręczyła mężczyźnie bukiet.
– Ale którą widział? Zamordowane były dwie i obie pracowały u niego.
– No tego nie wiem, nie wiem nawet, jak się nazywały.
– A skąd on wiedział, że to jedna z tych dziewczyn? Może się pomylił?
– Nie, nie sądzę, to było dzień wcześniej, przed morderstwem, później widział w gazetach zdjęcie i od razu rozpoznał. To była piękna dziewczyna. Chłopak młody to pasie oko na takich sarnach.
– A to była ta pierwsza zamordowana czy ta druga ?
Pani Dempsey zastanowiła się chwilę;
– Ta druga… Tak na pewno ta druga. – Dokończyła z przekonaniem.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

AlphaOmega Captcha Literacha  –  Name the Author
     
 

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>