Czy zostawiłaś otwarte drzwi…

Rozdział VI

Od razu zauważyła, że ruch jest niewielki. Maria pakowała jakąś drobnostkę, w mały ozdobny kartonik z nadrukiem firmowym, w jaki zaopatrzone były wszystkie opakowania w jej sklepie.
– Dzień dobry. – Krzyknęła już od progu.
– Dzień dobry. – Odpowiedziały Maria i stojąca przed ladą może dwudziestotrzyletnia dziewczyna. Była ubrana na sportowo, czarne oficerki, spodnie do jazdy konnej z bryczesami, bluzeczka zapinana na złote guziczki ze stójką. Na ramionach spoczywały kruczoczarne włosy. Całość podkreślała figurę oraz niepospolitą urodę. Joanne nigdy nie widziała jej wcześniej w sklepie. Dziewczyna kupowała delikatną fajansową filiżankę barwioną na kolor chabrowy z licznymi złoceniami. Kiedy Maria skończyła pakować, wzięła kartonik i wolną ręką sięgnęła po pieniądze. Nie mogąc znaleźć, chciała sięgnąć do drugiej kieszeni, wsunęła w tym celu kartonik pod pachę, widać za słabo, bo po sekundzie, dało się słyszeć bolesny dźwięk.
– Cholera! – Krzyknęła dziewczyna – Cholera! – Tupnęła nogą i powtórzyła jeszcze kilka razy słowo, które raczej rzadko publicznie znajdowało się na ustach kobiet środka dwudziestego wieku.
– Była taka śliczna, już czułam smak herbaty, którą chciałam z niej wypić! – Tłumaczyła swoje impulsywne i nietaktowne cholerowanie, po czym bez skrupułów wróciła do słowa cholera i powtórzyła je jeszcze kilkakrotnie w trakcie podnoszenia kartonika z podłogi.
Joanne rozbawiła jej reakcja.
– Niech pani się nie martwi. Coś na to poradzimy. Mario, pamiętasz, skąd mieliśmy tę filiżankę?
– Tak oczywiście, że pamiętam.
– Mamy szanse na drugą taką?
– Obawiam się, że nie – Maria zrobiła bolesną minę – to była jedyna w swoim rodzaju, pochodziła z całkowicie wybitego zestawu, dlatego ją nam sprzedano.
– Cholera, cholera – zaczęła ponownie powtarzać dziewczyna.
Joanne bojąc się, że młoda dama znów popadnie w okresowo, cykliczną pętlę, której priorytetem jest jednostka chorobowa zwana cholerą, zapytała.
– Czy gdybym znalazła filiżankę inną, ale równie pobudzająca wyobraźnię, to zapomniałaby pani o tej już bezwartościowej, której istnienie jest przeszłością?
Dziewczyna spojrzała na Joannę swoimi dużymi ciemnymi oczami, mężczyźni musieli w nich tonąć całymi legionami.
– Przepraszam – bąknęła. – Nie powinnam z powodu tych skorup robić takiego widowiska, ale ona do mnie tak krzyczała; kup mnie, kup mnie ! – powiedziała smutno, robiąc przy tym wielkie oczy, słodką niewinną minkę i wydymając usta w podkówkę.
Joanne uśmiechnęła się. Dziewczyna nawet się nie domyślała, że to nie jej żartobliwa teatralna mina wzbudził ten uśmiech. Joanne też nazywała tak to uczucie, kiedy coś musimy mieć i żadne racjonalne tłumaczenia nie są w stanie nam tego wyperswadować.
– Wiec jak? – Zapytała ponownie.
– Jeśli się pani uda znaleźć coś równie pięknego… – uśmiechnęła się niepewnie.
– Wspaniale, dzisiaj mamy czwartek, niech więc pani wpadnie we wtorek, sądzę, że do tego czasu uda nam się coś wyszukać. Może znajdziemy coś, co będzie jeszcze głośniej krzyczeć – zażartowała Joanne.
Maria patrzyła na tę scenę z powagą i zadowoleniem, cieszyła ją zadziwiająco skuteczna możliwość zjednywania sobie ludzi, jaką posiadała Joanne.
– Na pewno przyjdę. Teraz, chyba na przekór losowi, pragnę mieć jakąś filiżankę, jeszcze bardziej niż przed chwilą.
– Serdecznie zapraszamy. Może pani, dla pewności, jeszcze do nas zadzwonić we wtorek – Joanne podała jej jedną z wizytówek leżących na ladzie.
– O dziękuję, choć sądzę, że raczej i tak zajrzę. Może przy okazji jeszcze coś tu wypatrzę, tymczasem wezmę te stłuczki, choć nie wiem po co – mówiąc to, dziewczyna spojrzała na kartonik, który trzymała w ręku.
– Niech pani go zostawi. Spróbujemy artystycznie skleić filiżankę, pewnie nie będzie można z niej korzystać, ale będzie pani miała pamiątkę, nabierze głębszej treści po latach, może przypomni, że nie warto przejmować się drobnostkami, nie one powinny kształtować nasze samopoczucie.
Dziewczyna spojrzała wnikliwiej na Joannę, należała do osób z charakterkiem i widać było, że nie łatwo zostać jej autorytetem.
– Podoba mi się pani. – wypaliła – To idiotyczne, ale może dobrze, że ta filiżanka się zbiła.
– Nic nie dzieje się bez przyczyny – nagle wtrąciła spokojnie Maria, patrząc na obie dziewczyny. Była pewna, że to zdarzenie zaowocuje bliższą znajomością.
– Myśli pani? – Dziewczyna teraz spojrzała na Marie. – Może coś w tym jest. – Dodała.
– A więc ustalone spotykamy się we wtorek – powiedziała Joanne.
– Jasne, umowa stoi, do zobaczenia, muszę lecieć. – Dziewczyna pozostawiła na ladzie nieszczęsny pakunek i skierowała się do wyjścia.
– Do zobaczenia – jak w chórze, odpowiedziały Joanne i Maria.
Dzwoneczek wiszący nad drzwiami zadzwonił dwukrotnie przy otwarciu drzwi oraz zamknięciu i dziewczyna rozmyła się w ulicznym tłumie.
Maria wzięła paczuszkę i odłożyła go pod ladę.
– Nie mam siły zaglądać do środka. Nie wiem, czy twoja obietnica dotycząca sklejenia tej filiżanki nie była zbyt pochopna, tam może być drobniutki maczek.
– A no, zobaczymy później, co się da z tym zrobić – westchnęła Joanne. – Jak nam idzie dzisiaj, dużo klientów? – zapytała, zmieniając temat.
– Nie więcej niż zwykle, w każdym razie daję radę, jeśli o to ci chodzi. Jak masz jakieś plany na ten dzień, to możesz śmiało je realizować.
– Jesteś jak zwykle kochana Mario i jak zwykle dobrze zgadujesz, chciałam wpaść na małe zakupy do sklepu Dorothy.
– Więc spokojnie możesz iść, tylko nie szalej za bardzo nie, doprowadzaj się do bankructwa, chciałabym jeszcze trochę u ciebie popracować.
– Nie ma obawy, będę miała to na uwadze – wesoło odpowiedziała Joanne. – A i jeszcze coś. Możesz te stokrotki wstawić do jakiegoś wazonika? Boję się, że zaraz stracą oddech – wskazała na bukiecik.
– Jakiś nowy tajemniczy wielbiciel? – żartem zapytała Maria.

W sklepie Dorothy, spędziła bite trzy godziny. Przebierała i przymierzała najróżniejsze ciuszki: bluzeczki, sukienki, spódniczki, paski i paseczki, wynik tego był skromny, zdecydowała się jedynie na marynarkę w turkusowym kolorze, dwie pary koronkowych staników, które to wchodziły w skład jakiejś okazji cenowej, oraz jeden pasek, który uznała, że będzie pasował do długiej ciemnej spódnicy, której jeszcze nigdy nie miała na sobie – w sklepie doznała sensacyjnego olśnienia – to właśnie przez brak paska. Dorothy była przyzwyczajona do jej wielogodzinnych, przymierzanych sesji i nie zwracała na nią uwagi, mogła bez przeszkód buszować między regałami, wieszakami wywracając całą ekspozycje do góry nogami.
Była szesnasta, kiedy wyszła. Będąc już na ulicy, poczuła miłe uczucie lekkiego głodu. Postanowiła zjeść w domu, miała nadzieję, że znajdzie coś w lodówce. Kiedy była już blisko, obok niej z piskiem opon zatrzymał się samochód. Z okna wychylił się z rozwianą, jasną czupryną, uśmiechnięty szeroko Arthur Gallagher.
– Witaj Joanno, właśnie zastanawiałem się, czy cię zastanę w domu, a tu proszę, złapałem cię na ulicy, ja to mam szczęście.
– Ale mnie wystraszyłeś, należałoby ci zabrać prawo do jazdy.
– Przepraszam, ale nie mogę obiecać, że się nie powtórzy – rzucił beztrosko.
– Wariat! – prychnęła – Kiedy wróciłeś? Myślałam, że spędzisz więcej czasu w Londynie.
– Też tak myślałem, ale wiesz, jak to w biznesie, niczego nie możesz być pewnym, ciągle się coś zmienia. Poczekaj, zaparkuję. – To mówiąc, ruszył ostro, wyprzedził Joannę i zatrzymał się idealnie przed wejściem do kamienicy, w której mieszkała. Wysiadł założył kapelusz i pospieszył w jej stronę.
– Daj te pakunki, nie wypada, aby kobieta coś niosła przy boku mężczyzny.
– Nawet jeśli to tylko kilka metrów a torba nic nie waży? – Zapytała przekornie.
– Nawet, a może szczególnie wtedy – uśmiechnął się delikatnie.
Joanne podała mu skromny wynik trzygodzinnej walki w sklepie Doroty.
– Dobrze, wariacie, weź i nie gadaj tyle. Idziemy do mnie na kawę i mam nadzieję, że znajdziemy coś do jedzenia. Szanse są wprawdzie nie wielkie, bo Ellen ma dzisiaj wolne, ale kawa jest na pewno.
– To może dasz się zaprosić gdzieś, na jakieś małe co nieco?
– I tak musimy wejść, musiałabym się przebrać. Porozmawiamy na górze przy kawie.
Weszli do klatki. Grube mury nie nasiąknęły jeszcze oddechem nadchodzącego lata i dawały przyjemny chłód. Mieszkanie Joanny znajdował się na piętrze i było największe w całym budynku. Składało się z sypialni, niewielkiego gabineciku, dużego salonu i kuchni. Kiedy weszli na piętro. Joanne, która szła przodem, nagle zatrzymała się i znieruchomiała, na jej twarzy malowało się zdziwienie. Arthur podążył za jej wzrokiem i zastygł.
– Zostawiłaś otwarte drzwi?
– Nie, Arthurze – powiedziała powoli – nie zostawiłam.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

AlphaOmega Captcha Literacha  –  Name the Author
     
 

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>