A kiedy bramy śmierci przekroczysz…

Rozdział XVIII

Joanne szykowała się do snu, kiedy zadzwonił telefon:
– Cześć – w słuchawce odezwał się głos Sheili – Piter opowiedział mi, co się wydarzyło, chciałam wpaść do ciebie, próbowałam cię złapać, dzwoniłam do domu, potem do sklepu, Maria powiedziała, że poszłaś na jakąś wystawę. Jesteś tam?
– Jestem, jestem, miałam ciężki dzień, zapełniony do granic możliwości. Na końcu jak już wiesz, zaliczyłam galerię obrazów. Jeśli jesteś w mieście, to wpadnij jutro do mnie, to porozmawiamy. Teraz siostro marzę o poduszce.
– hmm… myślałam, że dzisiaj się spotkamy. Jutro wieczorem jestem zajęta, chyba że w ciągu dnia wpadnę do antykwariatu
– Dobrze, powinnam być tam od rana.
– Ok. To nie przeszkadzam, coś czuję, że jesteś zmęczona, zwłaszcza tą galerią. Woń alkohol czuć nawet przez słuchawkę
– Bardzo śmieszne – Mruknęła Joanne.
– Do jutra.
– Do jutra.

*

DeathRano w antykwariacie była tylko Maria. Oczywiście miała już zaparzoną herbatę, Joanne widząc jej pytający wzrok, przecząco pokręciła głową; marzyła o kawie, nie spała dobrze, bolała ją głowa, czuła się okropnie.
– To pewnie przez tę pogodę. – Powiedziała Maria – Dzisiaj jest tak ogromny wiatr, że wywraca drzewa. Kiedy szłam do antykwariatu, widziałam jedno takie, wyobraź sobie, leżało na środku ulicy, tamując cały ruch.
– Tak, to chyba ta pogoda, choć szczerze mówiąc, wczoraj wypiłam kilka lampek szampana, mam wrażenie, że to też nie przeszło obok mnie obojętnie.
– Czyli zaszalałaś. – Uśmiechnęła się Maria. – Czy noc była równie męcząca?
– Nie, nic z tych rzeczy, jeśli o to ci chodzi. Michael grzecznie pojechał do domu.
– Nie poznaję cię Joanno, w ostatnim okresie zniknęli z twojego planu dnia wszyscy mężczyźni, wszyscy adoratorzy. Jedyną wartę honorową pełni Arthur, z doskoku Michael, a i to na dystans jak widzę.
– Wiesz, chyba mnie to już nie bawi, zresztą ostatnie wydarzenia absorbują wszystkie moje myśli. Mam wrażenie, że nawet jak o tym nie myślę to i tak myślę, podejrzewam, że nawet moja podświadomość jest przeciwko mnie
– Niedobrze, to nie wpływa zbyt korzystnie na nasz organizm, zwłaszcza na psychikę moja droga. Wykończysz się.
– Nic na to nie poradzę, co chwila dzieje się coś, co kieruje moje myśli w tamtą stronę. Wczoraj na tej wystawie, myślałam, że się oderwę, a tu nagle wiesz kogo widzę? – Zwiesiła głos – Naszego kochanego pana Smitha Wyobraź sobie, że jest znajomym Martensa, nawet udało mi się z nimi porozmawiać.
– No, to ciekawe. – Wtrąciła Maria.
– Wszystko mi się kojarzy z tą sprawą – mówiła dalej Joanne – Ot nawet takie głupi sygnet, jaki nosi Martens. Patrzę, a tam róża na krzyżu; taka sama jak na bramie tego opuszczonego domu.
– Fiu, fiu, no, to jest ciekawa wiadomość, może ciekawsza od samej rozmowy z nimi, ale opowiadaj od początku.
– Nie błagam Mario, nie zaczynajmy dnia od tego tematu. Dzień paskudny, zimny, drzewa latają po ulicach jak berety, boli mnie głowa. Na dodatek pewnie nie ujrzymy w sklepie żadnego klienta, lepiej porozmawiajmy o czymś innym.
– Dobrze, dobrze Joanne, zmiana tematu – Wczoraj dzwoniła twoja siostra, szukała cię.
– Tak, wiem, może nawet dzisiaj tu wpadnie. Pewne znowu poznała jakiś nowy obiekt westchnień i to zapewne dużo starszy. Chce się pochwalić nowym adoratorem.
– No cóż, to chyba trochę rodzinne – Maria westchnęła delikatnie.
– Ja to inna sprawa, nie jestem tak głupiutka, jak ona, jeśli mogę powiedzieć tak o swojej siostrze.
– Wiesz, kiedy mówimy o sobie to z przekonaniem, że jesteśmy inni. Uważamy, że nasze postępowanie, choć obiektywnie identyczne, zostało zbudowane zupełnie innymi powodami i to zazwyczaj takimi, które usprawiedliwiają nasze nie jego uczynki. Nie mówię tego oczywiście złośliwie.
– Wiem Mario, ale jednak nie zgodzę się z tobą. Wydarzenia, które nas motywują do takiego czy innego działania, zawsze są indywidualne, często przypadkowe.
– Mylisz się, to nasz charakter, który zawiaduje naszym postępowaniem, doprowadza do sytuacji, które innym by się w ogóle nie wydarzyły, a przyczyny może i są indywidualne, ale ich skutek i ich ocena moralna spotyka się w tym samym punkcie, w którym albo je potępiamy, albo akceptujemy. Pamiętajmy, że historia opowiedziana jest historią rezultatów nie zaś przebiegu wypadków, które do nich doprowadziły
– Nie wiem, może masz rację Mario.
– Nie sztuką jest przyznać rację, ale przyjąć naukę i według niej postępować. Samo przyznanie komuś racji jest frazesem.
– Co ty tak dzisiaj mnie atakujesz Mario?
– Nie atakuję, po prostu myślę o tobie i martwię się. Dochodzisz do wieku, w którym samotność może zadomowić się już na zawsze. Nie masz męża, dzieci, stanowisz jednoosobową rodzinę.
– Mąż to nie jest moje marzenie, raczej kojarzy mi się tylko z kłopotami i szarzyzną. Chyba już o tym rozmawiałyśmy niedawno.
– A dzieci – zapytała Maria?
Nie stać mnie na dzieci, trzeba je wychować, poświęcić im czas, mieć ustabilizowaną sytuację, pieniądze. Płodzenie ich dla samego snobistycznego posiadania jest nieodpowiedzialne.
– Jasne, nie wymieniłaś tylko jeszcze tego, że mogą zginać na wojnie. Przyznam, że dość dziwne podejście, wygląda raczej na usprawiedliwianie się, ucieczkę, a może po prostu wygodę. Człowiek bez dzieci jest istotą niepełną. Zauważ, że mamy wiele odmian miłości, do życia, do Boga, do psa do ziemi, ale najważniejsza jest miłość do krwi, do rodziców, rodzeństwa i dziecka, jeśli człowiek odrzuci choćby jedną z nich, nie będzie posiadał wszystkich elementów miłości, nigdy z nich nie ułoży całości, nigdy się nie wypełni, nie pojmie istoty i sensu uczucia.
– A ty Mario? Gdzie twoje dzieci?
Maria na ułamek sekundy spojrzała na Joannę, jak na kogoś, kto zajdzie cię z tyłu i z zaskoczenia klepnie w ramię. Potem spuściła wzrok, patrzyła na filiżankę, którą trzymała w dłoniach. Gładziła jej powierzchnię kciukiem, jakby zaintrygowała ją jej faktura.
– Miałam .. Kiedyś…ale…– Urwała i zamilkła.
Joanne poczuła, że trafiła w jakiś punkt, w który nie powinna.
– Przepraszam, nie chciałam, nie mówmy o tym – Wybąkała.
Maria spojrzała na nią i uśmiechnęła się smutno:
– Wiesz Joanne, czasami myślę, że ludzie nie chcą rozmawiać o tragediach, jakie spotykają ich znajomych bardziej niż sami zainteresowani. I to nie dlatego, że nie chcą ich ranić, ale dlatego, że im wstyd, czują się skrępowani i winni tego niezrozumiałego instynktownego impulsu, który sprawia, że chcą wiedzieć, że chcą oczami wyobraźni zobaczyć każdy szczegół historii, każdy detal nieszczęścia, chcą rozebrać dramat na drobne, fascynując się obrazem tragedii. Ludzie są obłudni, tworzą tą całą fałszywą otoczkę delikatności niby po to, aby nie ranić już zranionych, a tak naprawdę chronią własne uczucia – powiedziała spojonym głosem. W tej chwili dzwoneczek krzyknął niczym oszalały, z hukiem otworzyły się drzwi wejściowe i do sklepu wpadła zdyszana Diana. Szybkim krokiem zmierzała w ich stronę, im bliżej była, tym bardziej Joanne czuła, że coś się stało, kiedy stanęła przed nimi, jej twarz nie pozostawiała wątpliwości, przejęta z wypiekami, przenosiła wzrok z Joanne na Marie.
– Co się stało Diano? – Zapytała Maria.
– Ona, ona nie żyje!
– Kto? Kto nie żyje? Co się stało Diano?
– Ta Sophie! Ona nie żyje! Została zamordowana, to jedna z tych dziewczyn, o których pisały gazety!
Do Joanne, nie bardzo docierała ta wiadomość, Maria przymrużyła oczy i wpatrując się w Dianę, zapytała:
– Skąd ta pewność? Uspokój się moje dziecko i opowiedz wszystko po kolei.
– Łatwo powiedzieć. Nie spodziewałam się takiego obrotu spraw. – Fuknęła Diana.
– Nie wiem, czy to cię pocieszy, ale my też się nie spodziewałyśmy. Usiądź, proszę, napij się gorącej herbaty i opowiadaj.
Maria nalała i podała jej filiżankę wypełnioną po brzegi parującym naparem. Diana wzięła delikatnie mały łyczek, przełknęła, podniosła wzrok.
– Mogę prosić o cukier?
Maria wstała i przyniosła porcelanową cukiernicę.
– Dziękuję – Diana nabrała kopiastą łyżeczkę i powoli, ostrożnie, nie spuszczając jej z oka, transportowała, starając się nie uronić ni kryształka. Kiedy zawisła nad szklanką, wsypała i energicznie zamieszała, po czym wzięła kolejny łyk
– Diano czekamy – ponagliła ją Maria.
– Rano pojechałam do Paddington. Pomyślałam, że zacznę od głównej siedziby banku. Na dole zapytałam o drogę do biura, a konkretnie do kadr. Miły pan w okienku wskazał mi korytarz z lewej strony. Jednak po chwili zagrodził mi drogę strażnik i uprzedził, że nie mogę tak po prostu tam wejść, muszę się wcześniej umówić. Zrobiłam więc smutną minę i zaczęłam gadać jak najęta, że mi zależy, że to ważna sprawa, że potrzebna mi praca i takie tam androny. Miałam już wybuchnąć płaczem, kiedy wreszcie pękł i powiedział, że zraz poprosi kierownika sali, może ten coś mi pomoże. Zadzwonił gdzieś ze swojego służbowego telefonu i po chwili przyszedł, przystojny, na oko trzydziestopięcioletni mężczyzna. Pachniał dobrą wodą kolońską, a na nosie miał małe okulary. Skłonił się, przestawił jako Albert Stern i zapytał, czym może służyć. Zaczęłam od nowa swoje przedstawienie, rozbudowując je znacznie. Od początku wiedziałam, że go mam, patrzył na mnie jak na obrazek. Wszystko szło do momentu, kiedy zaczęłam opowiadać o tym, że bank ten poleciła kuzynka, która w nim pracuje, że chwaliła sobie i miłą atmosferę i dobre zarobki. Kierownik zapytał któż to taki; wymieniłam wtedy nazwisko Sophie Forsyth. Albert Stern stężał, spiął się i widziałam, że jego przychylność, jaką zyskiwałam, prysła.
– Nie wiem, czy mogę pani pomóc, z tego, co się orientuję, nie potrzebujemy pracowników, oczywiście mogę pani podać telefon do naszego biura i może pani spróbować się umówić na spotkanie, jednak nie sądzę, że tam uzyska pani, najbardziej kompetentną odpowiedz. Poczułam, że nic już z nim nie wskóram, więc nie nalegałam, podziękowałam, wzięłam kartkę z zapisanym numerem telefonu i schowałam do torebki. Kiedy kierownik pożegnał się i odszedł, zapytałam przysłuchującego się mimo woli strażnika, co się stało, czy powiedziałam coś nietaktownego.
– Ta Sophie Forsyth to naprawdę pani kuzynka ? – zapytał w odpowiedzi.
Oczywiście – odpowiedziałam. Dodałam, że ostatni raz widziałam ją zimą w święta Bożego Narodzenia.
– Widzi pani, nie wiem jak to pani powiedzieć, ona faktycznie tu pracowała, Miła dziewczyna. Podkochiwał się w niej młody chłopak Simon, był u nas kierowcą. Niestety… pani kuzynka nie żyje. Pewnie nie czytała pani miejscowych gazet, została zamordowana przez jakiegoś szaleńca, była jedną z dwu dziewczyn, które zabił, bardzo mi przykro. Stałam zszokowana i wcale nie musiałam udawać, naprawdę dostałam wielkich oczu i chyba zbladłam, bo mężczyzna zapytał, czy dobrze się czuję, czy nie chcę wody. Podziękowałam, powiedziałam, że to straszne, że nic nie wiedziałam. Zapytałam też o tego chłopaka, Simona, gdzie mogę go znaleźć, bo chciałabym się dowiedzieć coś więcej. Jednak mężczyzna odparł, że chłopak już nie pracuje w banku, został zwolniony zaraz po tym wszystkim. – To wszystko – zakończyła Diana.
Przez chwilę panowała cisza. Pierwsza odezwała się Joanne.
– No to pęknie! Mamy ładny pasztet, teraz sobie przypominam, faktycznie Rawleyowie opowiadali mi o tych zdarzeniach i faktycznie zamordowana dziewczyna miała na imię Sophie, mało tego, ta druga podobno też miała tak na imię, i co ciekawe, obie miały związek z firmą Martensa.
Maria milczała, po chwili odezwała się;
– Musimy dowiedzieć się czegoś więcej na temat tych zbrodni, nie wygląda to dobrze. Trzeba zobaczyć czy mamy jakieś stare gazety. Trzeba też popytać, może zajdziesz Joanno do cukierni państwa Rawley, kupisz jakieś pączki, a przy okazji wypytasz o szczegóły, może wiedzą coś więcej, może jeszcze coś słyszeli.
– Pamiętam, że Pani Rawley wspominała o kwiaciarce, która lubi poplotkować, właśnie od niej słyszała, że te dziewczyny pracowały u Martensa, tylko czy możemy oprzeć się na plotkach?
– Oczywiście, że nie – odparła Maria – ale lepsze to niż nic.
– A może to po prostu przypadek? – Rzuciła z nadzieją Joanne.
– Nie sądzę – wtrąciła się Diana. – Nie wierzę, że to przypadek. Nie wiem, czy wszystko mi opowiedziałyście o tej sprawie, ale to, co słyszałam, wystarczy, abym nie miała wątpliwości.
– Niestety Joanno, ja też mam takie przeczucie – pokiwała głową smutno Maria.
– A może po prostu pójść z tym na policję? – Zapytała Joanne.
– No, można by, ale co im właściwie powiemy? – Wiesz, jak działa ten aparat administracji państwowej, jak im czegoś nie podasz na patelni, to nie wiele wskórają, zwłaszcza jak w grę będą wchodzić takie osoby jak Martens.
– Dobrze, więc porozmawiam z tą kwiaciarką. Jeśli dobrze pamiętam, nazywa się Dempsey. Tylko chyba nie dzisiaj, zaraz powinna tu zjawić się moja siostra.
– Może pójdziesz z nią? Wstąpicie do cukierni, wypijecie kawkę, porozmawiacie przy okazji z Rawleyami.
– W sumie, nawet mam ochotę na coś słodkiego, ale popatrz Mario, miałyśmy nie poruszać tego tematu, ale jak mówiłam, nie da rady, ciągle dzieje się coś, co go wywleka na wierzch, jak jakieś flaki.
– Porównania Joanno masz dzisiaj naprawdę przednie – uśmiechnęła się Maria. – A skoro, jak już powiedziałaś i tak jesteśmy w tym temacie, to może teraz ty nam opowiesz o rozmowie z Martensem i Smithem, będziemy miał już to z głowy.
– Nie wiele jest do opowiadania. – Joanne machnęła ręką z rezygnacją i już bez oporów, ze szczegółami, opowiedziała przebieg wydarzeń jakie miały miejsce w galerii.
Maria z Dianą pilnie wysłuchały relacji, kiwając od czasu do czasu ze zrozumieniem.
– No cóż, interesujące. Cały czas zastanawiam się jaką rolę w tym wszystkim gra ten Angus Martens. Wygląda na to, że to on stoi za tym wszystkim, jednak nie ferowałabym jeszcze wyrokami – stwierdziła Maria.
– Nie wiem, ale dla mnie to praktycznie pewne. A co ty sądzisz o tym Diano? – zapytała Joanne.
– No, fakt to podejrzany człowiek.
Zadzwonił telefon. Joanne podniosła się i podeszła do stolika. Po chwili odłożyła słuchawkę i wróciła do kobiet.
– Zaraz będzie tu moja siostra. Niestety, jak przypuszczałam, poznała jakiegoś nowego amanta i wpadnie z nim. Nie sądzę, aby w tej sytuacji udało mi się porozmawiać z tą kwiaciarką.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

AlphaOmega Captcha Literacha  –  Name the Author
     
 

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>