666…

Rozdział XVI

Joanne skręciła nad jezioro. Zeszła po stoku i usiadła, w nie wiedzieć do kogo należącej, przypiętej łańcuchem do jednego z drzew, starej łódce. Słońce wschodziło coraz wyżej, a jego promienie śmielej ogrzewały powietrze. Przymknęła oczy i tak trwała w bezruchu. Wyrwał ją z tego błogiego stanu wielki plusk i łomot, który wzniecił, waląc skrzydłami, czymś spłoszony łabędź. Rozejrzała się, uznała to za sygnał, wstała i ruszyła w stronę domu.
Weszła na ganek, drzwi były otwarte na oścież. Prostokątna ciepła ława światła wpadała do przedpokoju. Widać wszyscy już wstali, bo dom żył dźwiękami dochodzącymi zarówno z góry, jak i z dołu. Najprzyjemniejsze dochodziły z kuchni, świadczyły o trwających przygotowaniach do śniadania. W tym momencie z drzwi wychyliła się Maria.
– O! Dobrze, że jesteś, już się martwiłam.
– Byłam na spacerze.
– Zazdroszczę ci. Ja dzisiaj zaspałam, dawno nie piłam alkoholu. – dodała usprawiedliwiająco – Tak na marginesie możesz mi pomóc, wszyscy gdzieś się rozpełzli. Stroją się, szykują, a do pomocy nie ma nikogo.
– Już idą posiłki Mario – odparła pełna porannej energii Joanne. Zakasała rękawy i można powiedzieć; wparowała do kuchni. – Mów co mam robić! – zażądała wesoło.
Po sutym typowo angielskim śniadaniu, Melanie poszła z Nathanielem do lasu na spacer. Peter postanowił się wykąpać, wziął ręcznik i pomaszerował nad jezioro. Sheila siedziała w fotelu, po czym nadal czując trudy poprzedniego wieczora, przysnęła na słońcu. Maria z Dianą przeniosły się do wieku szesnastego i nie zważając na nic, rozmawiały zawzięcie o wyższości Katarzyny Aragońskiej nad jej rówieśniczkami.
– Kto jej mógł dorównać? – uniesionym głosem mówiła Maria – Wtedy, kiedy chrześcijańska Europa nawet się nie myła? Anglicy nie pili wody, tylko wino i piwo, wszystko choćby cienkusz tylko nie wodę! Nawet na wojnach we Francji jedyne co im doskwierało to brak piwa.
– Ale Katarzyna była również chrześcijanką – oponowała Diana.
– Tak, ale z tygla kulturowego, jakim wtedy była Hiszpania. Pomimo swego chrześcijaństwa, hiszpanki zasłaniały twarz przed ślubem niczym arabki. A co najważniejsze czerpały wiedzę ze świata arabskiego.
– Tak, a ten z kultury helleńskiej. – skwitowała Diana.
– Oczywiście, ale co to zmienia? – Przeciętny Europejczyk miał w tym czasie oczy uniesione w stronę nieba i dłubał w nosie!
Joanne starała się czytać książkę, złapała się, że czyta już trzeci raz tę samą linijkę.
– No nie poczytam przy was! Żeście sobie przedpołudniowy temat znalazły. I to jakże pasjonujący – dodała z przekąsem, zamykając książkę.
W tym momencie zza domu wyłonił się Peter.
– Ale fajna woda! Żałujcie, żeście się nie skusiły.
– Musiała być naprawdę ciepła, długo cię nie było – Joanne patrzyła, jak mocno trze głowę ręcznikiem.
– Spotkałem po drodze Claudie. Pamiętasz tę dziewczynę?
– Nie, chyba nie kojarzę.
– Nie pamiętasz małej pyskatej dziewczynki z długim kucykiem? Mieszka w sąsiedniej wsi. Pamiętasz, miała pieska, takiego małego, białego kundla z zadartym ogonem, zawsze latał za wszystkim, co się rusza i szczekał jak zwariowany. Kiedyś przewiązaliśmy mu do ogona puszkę na sznurku.
– Tak przypominam sobie! – wykrzyknęła Joanne – Słuchajcie – zwróciła się do Diany i Marii – wiecie, jak ona go broniła, jak niepodległości. Wyleciała na nas zza płotu z grabiami.
– Nie z grabiami, a z motyką – przerwała jej Sheila – pamiętam dokładnie, bo biegłam na końcu i oberwałam.
– Może i z motyką. No ale trzeba przyznać, że to był głupi pomysł. Piesek uciekał przed puszką, która go goniła, nawet nie trafił w dziurę w płocie, huknął w szczeble, aż zadzwoniło.
– Tak, strachliwy był, dlatego tyle szczekał – podsumował Peter, w zadumie kiwając głową. – Ale wiecie! – Poderwał się nagle – Ona nadal ma pieska i nadal jest biały, tylko podobno wczoraj gdzieś zaginął, pytała, czy nie plątał się tu w pobliżu domu.
– I nadal ma kucyka, a za plecami motykę? – zapytała kpiąco Sheila.
– Tak ma, ale gruby czarny warkocz, a motyka już jej nie potrzebna, teraz to niezła dziewczyna – uśmiechnął się delikatnie pod wąsem.
– O! Widzę, że zrobiła na tobie wrażenie. Masz szczęście, że twoja Melanie tego nie słyszy – zaśmiała się Sheila.
Peter popatrzył na siostrę i popukał się teatralnie w głowę.
– O, tu się stuknij.
– Mam pomysł chodźmy poszukać tego pieska. Zaliczymy spacer. Trochę ruchu się przyda. – zaproponowała Joanne.
– A to idźcie, ja zostaję – odezwała się Diana.
– No co ty? – Zdziwiła się Joanne.
– Obtarłam sobie stopę, lepiej zostanę i zajmę się obiadem – westchnęła.
– Ty? – Wyrwało się Sheili.
Maria obserwowała zarówno jedną, jak i drugą siostrę, obie nie potrafiły gotować i były zaskoczone, że Diana, będąc młodszą, składa takie odważne deklaracje.
– A co w tym dziwnego? Obawiacie się, że dostaniecie niestrawności? – zaśmiała się Diana.
W tej chwili z lasu wyłoniła się Melanie, za nią kroczył naburmuszony Nathaniel. Kiedy podeszli bliżej, rzucił się ojcu na szyję.
– Tata, a mama na mnie krzyczy!
– Wybieracie się gdzieś? – Zapytała Melanie, widząc, że wszyscy poderwali się właśnie od stołu.
– Zaginał mały piesek ze wsi, chcemy poszukać i zaliczyć spacer – odparła Joanne.
– Poszłabym z wami, gdyby nie ten dzieciak. Wykończy mnie. Najpierw usiadł na mrowisku, twierdząc, że jest królem mrówek i nim się obejrzałam, cały się ruszał, tak go oblazły, potem chciał przynieść pełną kieszeń żuków, aby im założyć domek w pokoju.
– Może zostać ze mną – zaoferowała Diana.
– Poważnie? A co, ty nie idziesz?
– Nie. Zajmę się obiadem.
– Dasz sobie z nim radę?
– Na pewno – uśmiechnęła się Diana. – Najwyżej zamknę go w piwnicy z pająkami wielkości piłki do kosza – dodała.
Nathaniel popatrzył na nią, lekko zaniepokojony nie wiedząc, czy żartuje, czy mówi poważnie.
– Świetnie, to idę z wami. Uwierzcie, że to, co robiłam przez ostatnie pół godziny, trudno było nazwać relaksem.

*

Początkowo wszyscy szli duktem leśnym, jaki dzieli las na dwie połowy. Później, za zakrętem przy rzeczce, kiedy doszli do rozwidlenia, rozdzielili się; Peter z żoną i Sheila poszli w prawo, Joanne zaś z Marią pomaszerowały w lewo. Obie drogi, otaczając wzgórze, łączyły się ponownie u jego podnóża. Ustalili, że tam się spotkają. Kiedy zostały same Maria zeszła ze ścieżki i szła lasem równolegle do niej. Czasami przykucała, zrywała, wąchała, i chowała coś do niewielkiego skórzanego mieszka. Joanne skusiły jagody i też zeszła z drogi. Idąc ich tropem, dotarła do niewielkiej polany, która kwieciła się stokrotkami, niebieskimi dzikimi chabrami i innym leśnym kwiatem, którego nie znała. Brodziła w trawie jak bocian, unosząc wysoko nogi, aby rosa nie zamoczyła jej butów, co rusz przystając i zrywając kolejną stokrotkę. Na polance rosły też młode świerki, które tu i ówdzie gromadziły się w niewielkie szemrające na wietrze grupki. Ich gałęzie, za sprawą wiatru, pocierając igliwiem o igliwie, wydawały ciężki wonny oleisty zapach. Mijała właśnie jedną z takich choinkowych wysepek, kiedy coś przykuło jej uwagę. Zatrzymała się, szereg młodych, jasnozielonych, gałązek chwiejących się na wietrze, rozmywały obraz. Podeszła bliżej, wyraźnie coś ciemnego odznaczało się od młodej zieleni. Lekki wiaterek powiał w jej stronę, poczuła nieprzyjemny odór. Zakryła ręką nos i usta. Ruszyła szybkim krokiem. Rozchylając gałęzie, minęła pierwsze dwa drzewka stojące jej na drodze, potem kolejne. Zza kolejnych dwóch wystawał kawałek ławki ogrodowej, zdziwiona rozchyliła gałęzie i zamarła. Metr od niej na pięknie stylizowanej ławeczce, trzymając się pod rękę, siedziało przytulonych do siebie dwóch mężczyzn. Jeden z nich trzymał w ręku pęk polnych kwiatów. Ich oczy były matowe, zaś na twarzach malowało się zniekształcone przez rozkład przerażenie. Ciała były spuchnięte, ubrania napięte. Miało się wrażenie, że za chwile pękną, a ich cała zawartość wyleje się śmierdzącą mazią. Joanne stała jak zahipnotyzowana. Nagle odwróciła się i nie zwracając uwagi na bijące ją po twarzy gałęzie, wybiegła z gęstwiny, wypadła na polanę i zderzyła się z zaskoczoną Marią.
– Matko Boska! Joanno co ty robisz?! – Wykrzyknęła poirytowana Maria, widząc jednak wyraz twarzy Joanne, natychmiast zmieniła ton głosu.
– Co się stało? Jak ty wyglądasz, wszystko w porządku? – Zapytała.
– Nic nie jest w porządku! – Wybuchła Joanne. – Mam tego dość, słyszysz? Mam tego dość!
Maria położyła jej rękę na ramieniu. Joanne chciała coś jeszcze powiedzieć, jednak urwała. Zapadła cisza. Patrzyły sobie prosto w oczy. Joanne poczuła, jakby ją objęło coś ciepłego, jej emocje zaczynały z powrotem wchodzić do swoich norek, zamykając po cichutku drzwi, które wcześniej otworzyły z tak wielkim hukiem.
– Co się stało? – zapytała ponownie spokojnie Maria.
– Tam są ludzie. – Joanne wskazała ręką w kierunku sosen. – Martwi ludzie.
Maria patrzyła na nią jeszcze przez chwilę.
– Zostań tutaj. – Podciągnęła swoją długą suknię i przytrzymując ją obiema rękami, zaczęła przedzierać się przez gałęzie, manewrując ciałem to w lewo, to w prawo. Po chwili zniknęła za drzewami. Joanne miała wrażenie, że sekundy zamieniają się w minuty.
Kiedy Maria wreszcie wyszła, podeszła do Joanny i objęła ją ramieniem.
– Chodźmy stąd, strasznie tu śmierdzi.
W tym samym momencie z drugiej strony polany, z lasu, wyłoniły się trzy postacie. Był to Peter z żoną i Sheilą. Maria zamachała do nich przyzywająco. Początkowo stali i nie reagowali, wydawało się, że podziwiają uroczą, rozległą polanę, łącząca dwa skraje lasów. Dopiero po chwili ruszyli w ich stronę.
– I jak tam wynik poszukiwań? – Krzyknął Peter, będąc kilka metrów przed nimi – Nam się nie udało, ale spacer był przyjemny, choć trzeba przyznać słońce piecze niemiłosiernie i pić się chce. – dokończył, kiedy całą trójką podeszli bliżej.
– My znaleźliśmy. A właściwie to Joanne jest dzisiaj królem polowania.
– Znalazłyście pieska? – zapytała zdziwiona Melanie.
– Coś bardziej osobliwie rzadkiego – odpowiedziała Maria.
– A cóż to takiego, kamień filozoficzny? – Próbował zażartować Peter.
– Nie, to dwa serdecznie rozkochane w sobie trupy.
Peter, któremu nie spodobał się żart, zignorował odpowiedz Marii, popatrzył na Joanne i zapytał.
– Więc, co to?
Nie odpowiedziała, stała w milczeniu, chciała coś odpowiedzieć, ale wstąpiła w nią jakaś obojętność. Wzruszyła tylko ramionami.
– Mario? – Sheila spojrzała pytająco.
Maria także wzruszyła ramionami.
– Już powiedziałam, trupy, ludzie jak wolicie, tyle że bez… jakby to powiedzieć… Składający się już tylko z materii, bez ducha i myśli.
Cała trójka skierowała wzrok na Joannę. Jej twarz i zachowanie uświadomiły im, że słowa Marii nie są niesmacznym żartem i że coś jest na rzeczy.
– Joanno to prawda? – Zapytała Sheila. – Odezwij się.
Delikatny ciepły wiaterek zawiał od strony świerków.
– Co tu tak w ogóle śmierdzi – skrzywił się Peter.
– No mówię – trupy – rzekła Maria, patrząc mu prosto w oczy, trochę już jakby znudzona.
– Gdzie?
– Tam, za tymi młodymi drzewkami.
– Na pewno są martwi? – Upewniał się niedowierzająco.
– Co ci mówi ten zapach? – odpowiedziała pytaniem Maria.
– Joanno to prawda? – dopytywała się z niedowierzaniem Sheila.
Joanne dopiero teraz kiwnęła potakująco głową.
Peter zrobił kilka kroków w kierunku, który wskazała Maria, zatrzymał się i stojąc do wszystkich plecami, powiedział.
– Trzeba zawiadomić Policję. Nie możemy niczego ruszać, nie możemy zacierać śladów.
– Taak, masz rację – powiedziała przeciągle Maria – jednak…tu zawiesiła głos.
Peter się odwrócił i spojrzał na nią. Patrzyła zamyślona gdzieś w dal. Nie trwało to długo i po chwili jej wzrok skierował się na Petera. Widząc w jego oczach oczekiwanie, dokończyła.
– Musimy tam wejść i to zanim zjawi się policja. Jest coś, pewien szczegół, który mnie intryguje. – Nie czekając na reakcję obecnych, znowu unosząc zgrabnie suknię, minęła Petera i zanurzyła się w zieleni.
Sheila ruszyła za nią. Joanne, która do tej pory wydawała się nieobecna, złapała ją za rękaw.
– Nie idź tam! – Powiedziała stanowczo. – Peter ma rację, nie możemy utrudniać pracy policji, na dodatek widok nie jest ciekawy, uwierz – dodała już łagodniej.
Sheila nie zdążyła odpowiedzieć, kiedy z pomiędzy świerków ponownie wyłoniła się Maria. Trzymała coś w rękach. Był to pęk starych kluczy, na dużym ciężkim metalowym kole. Podeszła i pokazała swoją zdobycz.
– Na kluczach są inicjały J.B. Czy to nie własność Waszej mamy?
Wszyscy spojrzeli na klucze i drobne, ale wyraźne inicjały. Pierwszy zareagował Peter.
– Oczywiście, to klucze mamy, pamiętam je, zawsze były w domu, zresztą widziałem je, jak robiliśmy porządki w po jej śmierci, miałem je nawet w ręku.
– Tak Mario, to nasze klucze, zupełnie nie wiem do czego, ale są z pewnością z naszego domu. Gdzie były? – Zapytała Joanne.
– Leżały pod ławką, zaintrygowały mnie od razu.
– Skąd się tam wzięły?
– No to jest chyba proste, z naszego domu – odparł Peter.
– No to co kochani? – Maria popatrzyła na wszystkich po kolei – To mamy naszych włamywaczy.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

AlphaOmega Captcha Literacha  –  Name the Author
     
 

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>