Okruchy pamięci…

Rozdział XV

Wszyscy zjechali się do Heywood praktycznie w tym samym czasie. Joanne wraz z Dianą i Marią wjeżdżając na podjazd, zauważyły znikający za domem samochód Petera. W tylnej szybie widziały rozpłaszczoną twarz Nathaniela. Piter widać nie mógł przyjechać sam, choć powiedział, że się postara. Kiedy wjechały na polankę, parkował już obok sportowego Morgana Sheili. Sama Sheila siedziała na schodach, podpierając swoją głowę obiema piąstkami. Wyglądała na znudzoną. Kiedy Joanne wysiadła, wstała i złożyła ręce jak do modlitwy
– No nareszcie ! – Krzyknęła.
– Musicie sobie dorobić klucze. – Odparła Joanne, zmierzając w jej kierunku. – Długo czekasz ?
– Na szczęście jakoś się wstrzeliłam, zaledwie pół godziny.
Joanne otworzyła drzwi i po chwili wszyscy gęsiego, kołysząc się jak kaczki, maszerowali tam i z powrotem dźwigając swoje bagaże. Peter z Melani przywieźli tym razem tylko Nathaniela. Po tym, jak Julie nasadziła mu na głowę garnek, którego nie szło zdjąć bez cięcia, obraził się na siostrę i nie odzywał się do niej już od tygodnia. Melanie zostawiła Julie u swojej mamy, sądziła, że dzieciaki zatęsknią za sobą i wszystko wróci do normy.
Dzień zleciał szybko. Maria wraz z Melanie krzątały się w kuchni, przygotowując różne pyszności na wieczorne posiedzenie. Po całym domu rozchodziły się wspaniałe zapachy drażniące wyobraźnię i żołądek. Każdy coś robił i pomagał. Joanne zupełnie zapomniała o kłopotach, czuła smak dzieciństwa – ten z okresu przedświątecznego, kiedy wszyscy pomagali mamie w przygotowaniach jagnięciny, wszelakich owoców i tradycyjnego migdałowego Simnel Cake, z którego Peter po kryjomu wyjadał marcepany.
Około osiemnastej zasiedli przy stole. Melanie dumnie ustawiała na nim najpierw zimne przekąski później przyszedł czas na coś ciepłego Steak and kidney Pudding. Był wyśmienity.
– Wspaniałe – mlasnęła Diana.
– Co za dzień – Westchnęła Joanne. – Pamiętacie jak mama robiła w święta Yorshire pudding, też był wyśmienity.
– Ojciec go uwielbiał – Odezwał się Peter z pełną buzią.
– Uważaj, bo Ci wyleci. – Zganiła go Melanie.
– Zawsze gadał z pełną gębą – Zaśmiała się Sheila.
– U mnie w domu na święta zawsze jest indyk – wtrąciła Diana. – Nie pamiętam, co gotowała mama, w ogóle mamy nie pamiętam.
– Jak to? – Wyrwało się Joanne.
– Odeszła, znaczy, zostawiła nas, jak byłam mała.
– Przepraszam – bąknęła Joanne.
– Nic nie szkodzi, w zasadzie o istnieniu matek dowiedziałam się dopiero w szkole.
– Ile miałaś lat jak odeszła? – Zapytała Maria.
– Cztery, może pięć.
– Masz do niej żal?
– Nie wiem, nie znałam jej, nie chcę jej oceniać. Wiem tylko, że mam wspaniałego tatkę – uśmiechnęła się szczerze.
Nagle przy stole dał się słyszeć solidny upust gazów jelitowych. Wszyscy spojrzeli na Nathaniela, który siedział i jadł sobie jak gdyby nigdy nic.
– Dziecko jak ty się zachowujesz ! – Krzyknął Peter.
Melanie sytuacja raczej rozbawiła i z pewnym trudem utrzymała powagę.
– Ale, żeś chłopie… – Zaczęła Diana siedząca najbliżej, nagle wstała od stołu i odskoczyła.
Maria parsknęła śmiechem.
– Nathaniel wiesz, że to nie ładnie? – Zganiła go Melanie, nadal starając się utrzymać powagę.
– Nuda – Odparł niczym niezrażony sześciolatek, dłubiąc widelcem w sałatce.
Peter wstał i wyciągnął go zza stołu.
– Idź natychmiast do siebie do pokoju – Zakomenderował.
– Co za smród – powiedziała Sheila – Otworzę okno – dodała, wstając od stołu.
– Przepraszam za niego, nie mam czasami cierpliwości do tych naszych dzieciaków – powiedział Peter.
– Daj spokój braciszku – zaśmiała się Joanne – wszyscy tak narzekają.
– Słuchajcie, może napijemy się wreszcie czegoś mocniejszego, jakaś głębsza szkocka? – zmieniła temat Sheila.
– Świetny pomysł, mam na to ochotę już od kilku dni. – Podchwyciła Joanne.
– Wchodzę w to – Zawtórowała Diana.
– To ja nam naleję – Poderwał się Peter – Mario czego się napijesz?
– A niech tam, dawaj szkocką – Maria machnęła ręką.
– Sheila, a ty?
– To samo.
Cały wieczór spędzili na rozmowach śmiechach i podjadaniu. Peter, który normalnie nie palił, przygotował sobie na wieczór kubańskie cygara i po drugim drinku w domu śmierdziało równie fatalnie, jak po wystrzale Nathaniela. Sheila wypiła zbyt dużo i zbyt szybko, jako pierwsza wylądowała w swoim pokoju. Joanne dobrze się trzymała, choć szła równo z siostrą. Około godziny pierwszej przy stole pozostała jedynie Maria i Diana, przy czym pierwsza z niego sprzątała, a druga, wspierając na nim głowę – drzemała.

*

Po słusznej dawce alkoholu Joanne z reguły źle sypiała i mimo że poszła późno spać, obudziła się wcześnie rano. Wszyscy jeszcze spali, w domu panowała całkowita cisza. Wstała, wzięła szybką kąpiel i wyskoczyła boso na dwór. Pierwsze ciepłe promienie zapowiadały miły dzień. Tak żyć, zastanowiła się, budzić się w lesie i nie słyszeć gwaru ulicy. Wróciła do domu, założyła klapki i po chwili była już za domem, szła piaszczystą drogą, która lekkim łukiem opadała w dół. Po lewej stronie rozciągał się nagrzany słońcem zagajnik. Niewielkie, delikatne listki tworzących go brzóz, falowały na wietrze niczym małe chorągiewki, ich biała nakrapiana kora, skręcona jak spieczona gorącem farba, przywiodła wspomnienia. To z tych brzóz ojciec ściągał oskołę – sok z brzóz. Z nawierconych otworków, przez noc, niczym łzy spływała rurkami do wiader. Rano, mocząc buty w rosie, maszerowali razem, ciągnąc za sobą nieduży, drewniany dwukołowy wózek. Robili rundę, idąc od brzozy, do brzozy i wstawiali do niego wiaderka. Ustawiali je na tyle ciasno, aby się nie wywracały. Dla pewności oraz aby nie hałasować, ojciec wciskał pomiędzy wiadra zwoje szmat. W domu przelewał zawartość do wielkich butli, korkował i zatapiał w lodowatej wodzie pobliskiego strumienia. Codziennie otwierał jedną, dodawał wodę ze studni, sobie znanych przypraw, i przekazywał mamie, ta zaś, rozlewała do dwu wielkich dzbanów, wkładała chochle i jeden stawiała w kuchni, drugi na stole przed domem. Piter nie przepadał za tym sokiem, ale ojciec, kiedy brzozy rosiły, nie pozwalał niczego innego pić.
Kiedy minęła zakręt, brzozowy zagajnik ustąpił iglakom, rosły zarówno z jednej, jak i drugiej strony piaszczystej drogi. Ich słodkawy, ciężki zapach natychmiast przykrył swoją intensywnością, orzeźwiające, lekkie, brzozowe wspomnienie. Zastąpił je klejącymi, żółtymi maślakami. Już je widziała na patelni, wespół z cebulą. Czuła ich słodkawy smak, przełknęła ślinę, spojrzała przed siebie, na drugim końcu drogi ktoś szedł. Starszy mężczyzna, w jasnym kapeluszu, białej koszuli, na której dojrzała ciemne paski szelek, powili, zbliżał się w jej stronę. Rozglądał się, czasami przystawał, zapewne miał więcej wspomnień, może widział coś, co działo się tu jeszcze, za nim pojawiły się tu te drzewa – pomyślała. Kiedy mieli się minąć. Staruszek przystanął i uniósł kapelusz, kłaniając się delikatnie.
– Dzień dobry – zawołała wesoło Joanne.
Patrzył na nią w bezruchu, uśmiechając się delikatnie, jakby chciał coś powiedzieć, tylko zbierał myśli.
– Wspaniały dzień na spacer – dodała.
Mężczyzna zrobił krok w jej stronę.
– Tak piękny. Miło jest z rana rozpuścić myśli na tym lekkim wiaterku. Przepraszam za ciekawość. Panienka z tych stron?
Po twarzy Joanne przebiegł uśmiech.
– I tak i nie. Kiedyś mieszkałam tutaj z rodzicami.
– Tak? – wyraźnie się zainteresował – Gdzieś tutaj czy w miasteczku?
– Tutaj niedaleko – machnęła ręką gdzieś za siebie.
– Tu są tylko trzy domy – stwierdził.
– No i właśnie w jednym z nich mieszkali moi rodzice.
Staruszek przymrużył oczy.
– Teraz już nie mieszkają?
– Niestety nie, tata wyjechał, mam zmarła. A pan z tych stron? – zapytała.
– Tak, też mieszkam niedaleko. Wygląda na to, że jesteśmy sąsiadami.
– Od dawna? Przepraszam, ale nie pamiętam pana. Może znał pan moją mamę?
– Na pewno – uśmiechnął się. – Nie ma tu wielu stałych mieszkańców.
W tym momencie na zakręcie drogi pojawiła się Kate Griffiths. Joanne na chwilę zatrzymała na niej wzrok. Staruszek obejrzał się. Kate szła dziarskim krokiem, szybko zbliżając się do nich.
– Pani znajoma? – Zapytał.
– To Kate Griffith, pomaga mi w ogrodzie, też mieszka tu niedaleko.
Kate była już blisko, kiedy zwolniła, dziwnie przypatrując się nieznajomemu.
Staruszek uśmiechnął się.
– Nie będę przeszkadzał, życzę miłego spaceru – Ponownie skłonił się, unosząc kapelusz.
– Do widzenia.
– Do widzenia. – Odpowiedziała uśmiechem Joanne.
Kiedy mężczyzna powoli wspinał się pod górkę, z której Joanne właśnie zeszła, obok stanęła Kate, nadal wpatrywała się w nieznajomego, odprowadzając go wzrokiem.
– Dzień dobry Kate.
Kobieta przez chwile nie odpowiadała. Wreszcie spojrzała na Joanne.
– Dzień dobry panience.
Joanne zauważyła, że jej wzrok ponownie powędrował w stronę mężczyzny.
– Miły staruszek, mieszka gdzieś tutaj w okolicy – rzuciła.
– Nikogo on panience nie przypomina? – Zapytała Kate.
– Nie. A powinien?
– Tu w okolicy nikt oprócz nas nie mieszka.
– Nie rozumiem?
– Tylko my tu mieszkamy – Kate patrzyła na nią swoimi wielkimi brązowymi oczami. Joanne dostrzegła w nich cień niepokoju. Obejrzała się za siebie, na drodze nie było już nikogo.
– Może mieszka u kogoś?
– U kogo?
– Tego nie wiem. – Joanne wzruszyła ramionami. – To ty Kate powinnaś wiedzieć, znasz tu wszystkich.
– No właśnie! Powinnam, panienko, a nie wiem. Dziwne, dziwne. – Mamrotała pod nosem, kręcąc głową.
Joanne nie miała ochoty na poranne rozwiązywanie miejscowych zagadek personalnych.
– No nic Kate, idę dalej, dopiero rozpoczęłam swój spacer.
– Ojej, ja też muszę lecieć, zupełnie zapomniałam. – Ocknęła się nagle kobieta. – Do widzenia panience.
– Miłego dnia Kate.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

AlphaOmega Captcha Literacha  –  Name the Author
     
 

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>