Nigdy nie wiesz, kto czeka za rogiem…

Rozdział XVII

Michael był jednym z dawniejszych adoratorów Joanny, Ich znajomość to efekt krótkiego romansu, ot takie nietrafione zauroczenie dobrze zbudowanym, młodym mężczyzną. Kiedy czar stracił swoja moc, związek Michaela z Joanne przeszedł do drugiego etapu – przyjaźni. Michael trafił do szerokiego grona innych byłych adoratorów. Ta faza znajomości była dla Joanne, jako dla strony zawsze zrywającej, bardzo istotna, oszukiwała sumienie. Dawała jej poczucie, że nie odbiera siebie w całości, że nie odbiera im nawet namiętności, pozbawia jedynie intymnego dotyku, nic nieznaczącego seksu. Od kiedy Michael przeprowadził się do odległego Selgefield, widywali się sporadycznie, zazwyczaj, kiedy przyjeżdżał do Jaywick odwiedzić mamę, czyli średnio raz na pół roku. Tym razem było inaczej; nie przyjechał w odwiedziny, a z konieczności. Jego matka miała problemy z kręgosłupem, podobno traciła świadomość i zamierała w sztywnym bezruchu z wytrzeszczonymi oczami. Tak stojąc, jak twierdzili naoczni świadkowie, robiła szokujące wrażenie, zwłaszcza w miejscach publicznych. Ostatnio wyniesioną ją z centrum handlowego na Hinshelwood. Złośliwi twierdzili, że John Borthwick, miejscowy weterynarz, wyniósł ja pod pachą i postawił dopiero przy budce telefonicznej, skąd wezwał pogotowie. Michael woził ją wprawdzie na zabiegi do doktora Hughesa, jednak to nie wiele pomagało. W końcu okazało się, że będzie potrzebna operacja. Będąc w przychodni, spotkał swojego dawnego kolegę z college’u Andreya Aristowa z pochodzenia Rosjanina. Andrey Aristow po skończeniu Electrician School, niczym Tesla, marząc o karierze fizyka, wyjechał do stanów i… został wziętym artystą malarzem. Teraz przyjechał do Jaywick ze swoją wystawą obrazów. Chyba każdy artysta chce przynajmniej raz pokazać się w mieście swego dzieciństwa i nie wiadomo czy aby powiedzieć; zobaczcie, śmialiście się ze mnie, czy szczere; kocham was. Andrey Aristow, w każdym razie, zaprosił swojego szkolnego kolegę na wielkie oficjalne otwarcie jego wystawy. Michael nie znał się na malarstwie, jak i innej sztuce, nie czytał też książek. Delikatnie powiedziawszy, nie był człowiekiem renesansu, jego jedynym atutem była rozbrajająca, bezradna wręcz, dziecięca szczerość i ufność, która wyzwalała w kobietach empatyczną opiekuńczą sympatię. Joanne wiedziała, że przyjęcie zaproszenia do galerii to raczej ukłon w jej stronę, niż chęć obcowania ze sztuką. Nie skorzystała z rady Diany; zrezygnowała z genialnej małej czarnej, choć Coco Channel była bliska jej sercu, kiedyś chciała stać się taka jak ona, być dyktatorem mody, ten zawód wydawał się jej taki kobiecy, delikatny, jednocześnie smakował władzą. Zdecydowała się na bardziej elegancki strój wieczorowy. Michael zapewniał, iż będzie tam cała śmietanka towarzyska Jaywick więc nie chciała go zawieść. Punktualnie o osiemnastej podjechał pod jej dom czarny stary Austin Michaela. Joanne zeszła do samochodu nie czekając, aż po nią przyjdzie. Przywitali się serdecznie i już po chwili sunęli ulicami miasta. Michael zaczął opowiadać o swojej pracy. Był komiwojażerem jednej z dużych firm farmaceutycznych, więc praktycznie cały czas spędzał w drodze. Lubił opowiadać anegdoty, jakie przytrafiły się jemu bądź kolegom po fachu. Gdy kończył jedną według jego mniemania zabawną, zaczynał kolejna słowami „Albo posłuchaj tego”.
Joanne nawet było na rękę to gadanie Michaela. Przynajmniej nie zadawał żadnych pytań, nie chciała opowiadać o swoich ostatnich perypetiach. Kiedy podjechali pod galerię, widać było, że większość znamienitych gości już przybyła. Michael zaparkował pomiędzy dwoma lśniącymi ciemnobrązowymi Bentleyami. Przez chwilę pomyślała, że ubrała się za skromnie, szybko jednak odgoniła tę myśl, przecież idealnie pasowała do starego Austina, zaśmiała się w duchu. Poprawiła włosy w lusterku, spojrzała na usta, wszystko było w idealnym porządku.
Kiedy weszli do środka pierwsze, na co zwróciła uwagę to ogromna ilość reflektorów. Początkowo wydawało się jej, że skierowane były zupełnie bez ładu i składu, jednak później uświadomiła sobie genialność ich ustawień. Fantastycznie sterowały wzrokiem, sprawiały, iż obrazy wchłaniały podążające za światłem spojrzenia widzów, Poczuła emocje. Dopiero teraz naprawdę się rozluźniła i ucieszyła, że tu jest. Michael, który bardziej skupiał się na obecnych, niż na obrazach przychylił się i prawie dotykając ustami jej ucha, cicho powiedział:
– Mówiłem ci, że będzie tu każdy, kto się liczy w tym mieście.
– Fakt mówiłeś – Joanne dopiero teraz się rozejrzała po sali – Nie myślałam, że tylu ich mamy i że wszyscy są miłośnikami sztuki. – Dodała.
– To dużej rangi impreza – Podkreślił dumnie, nie zwracając uwagi na jej delikatną ironię
– Popatrz, tam stoi burmistrz wraz z małżonką, rozmawiają z szefem policji naszego miasta. Dla Michela, choć nie mieszkał już sześć lat, w Jaywick pozostało nadal jego miastem.
– Tam w rogu – kontynuował – nasz baron przemysłu stalowego z prezesem kancelarii prawniczej Oliver & Son. Patrz, a tam nie kto inny jak McKinsey, ten od czekolady, o i Martens bankier z Paddington.
Joanne nie ekscytowała się tymi ludźmi jak Michael, doceniała wprawdzie grono, w którym się znalazła jednak z tą różnicą, że dla Michaela ci ludzie byli istotą tej chwili zaś dla niej jedynie dodatkiem. Patrzyła na nich, jak przechadzali się lub stali w grupkach i rozmawiali. Większość z nich zapewne, jak i Michael traktowali takie spotkania jako okazję do nawiązania znajomości, która może w niedalekiej przyszłości zaowocuje im zbiciem większej fortuny, pozyskaniem inwestora lub popchnięciem jakiejś sprawy, która utknęła gdzieś na poziomie biurokratycznej maszyny. Pomiędzy nimi kręcili się kelnerzy. Właśnie jeden z nich przechodził obok, podsuwając tacę. Joanne wzięła lampkę szampana. Zaczynała się czuć coraz swobodniej.
– A gdzie twój znajomy, twórca tych dzieł i sprawca całego tego zamieszania? – Zapytała.
– Właśnie się rozglądam, staram się go wyłuskać z tego tłumu. Michael, wyciągając szyję i stając na palcach, niczym piesek preriowy, rozglądał się to w prawo to w lewo.
– Albo wiesz co, nie szukaj go, może po prostu obejrzymy te dzieła, przecież chyba po to tu przyszliśmy. Michael spojrzał jeszcze w głąb korytarza prowadzącego gdzieś na tyły galerii, po czym opadł, spojrzał na Joanne i wzruszył ramionami.
– Chyba masz rację, chodźmy – objął ją delikatnie ramieniem, kierując w stronę, gdzie wydawało się, że powinien być początek wystawy.
Obrazy, co Joanne zauważyła od razu po wejściu do galerii, były wynikiem oddziaływań nowojorskiej szkoły zwanej colour field painting. Jej twórcy zakładali, że kolor jest najistotniejszymi elementem dzieła. Kiedyś, będąc w Stanach, miała okazje oglądać obrazy mistrza gatunku – Marka Rothko. Nie była nimi zachwycona. Wszystkie wystawiane w zaplanowanym półmroku, miały mocno hipnotyczne działanie, pochłaniały świat rzeczywisty, bądź zawieszały w próżni, czyhały na nieświadomego bezbronnego odbiorcę, czyniąc go raczej ofiarą niż widzem. Zapraszały do podróży gdzieś w nieznanej przestrzeni mrocznej i złowrogiej. Źle się wtedy z tym czuła, zbyt osaczona zbyt bezbronna. Obrazy Andreya były podobne.. Właśnie podchodzili do kolejnego, kiedy wzrok jej zatrzymał się na człowieczku, który w wielkiej wesołości opowiadał coś Martensowi. Jego okrąglutkiej twarzy nie można było zapomnieć, był to Martin Smith, mężczyzna, który chciał kupić dom jej matki. Martens nie podzielał jego wesołości, był całkowicie poważny, Słuchał rozbawionego niskiego grubaska, nawet na niego nie patrząc. Byli zbyt daleko, aby Joanne mogła coś usłyszeć. Szarpnęła Michaela za ramię.
– Znasz tego człowieka, który w tej chwili rozmawia z tym bankierem?
Michael poszedł za wzrokiem Joanne, chwile przyglądał się, marszcząc czoło
– Nie, zupełnie nie wiem, kto to jest. Czemu pytasz?
– Nic takiego, po prostu wydaje mi się, że widziałam gdzieś tego człowieka i chciałabym…
– Czekaj – przerwał jej – widzę gospodarza tej imprezy. Michael zamachał obiema rękami w kierunku młodego człowieka, który właśnie szedł w ich kierunku. Mężczyzna uśmiechnął się i odpowiedział kiwnięciem ręki, podniósł do ust kieliszek, wziął duży łyk szampana, zatrzymał się przy kelnerze, odstawił pusty kieliszek, wziął drugi pełny i ruszył ponownie w ich kierunku. Był szczupłym dobrze wyglądającym mężczyzną jednak jakby można to określić – niechlujnie zadbanym. Jego jedwabna koszula pochodziła z drogiej kolekcji, jednak nie była wzorowo wyprasowana, spodnie idealnie dobrane w brązowym odcieniu z wyszukanego materiału gubiły kant, buty zaś choć z włoskiej kolekcji Tod’s były wczorajszej świeżości. Miał wysokie czoło, lekko łysiejące zakola i pomimo uśmiechu, widać było na jego twarzy zmęczenie. Joannę zwróciła uwagę na jego długie oliwkowe wręcz żółte palce, z których mały był długości wskazującego niczym u uwielbiającego kubańskie cygara Rubinsteina.
– Witaj Michael. – Spojrzał na Joanne. – Przedstawisz mnie?
– Witaj, oczywiście. To jest Joanne Bird. Joanne, Andrey Aristow, mój przyjaciel, malarz i gospodarz dzisiejszego wieczora.
– Bardzo mi miło – skłonił się delikatnie Andrey – Może napije się pani szampana?
– Dziękuję jeszcze mam – to mówiąc, unosiła lekko rękę, wskazując na kieliszek.
– A tak, przepraszam. A ty Michael?
– Ja dziękuję, przyjechaliśmy samochodem.
– No tak, i jak podobają się wam moje dzieci? – zatoczył ręką łuk niczym siewca na swym polu. Emanowała z niego ekscentryczna swoboda.
– Dzieci? – zdziwiła się Joanne.
– Andrey tak nazywa swoje obrazy. – Pospieszył z wyjaśnieniem Michael. – podobno rodzi je w bólach, na dodatek z żadnym nie potrafi się rozstać – sprzedaje je dopiero, jak dorosną.
– A tak, żebyś wiedział, muszą ze mną spędzić dużo czasu, muszą nauczyć się życia, zanim oddam je światu.
– Nie byłbyś taki twardy, gdyby nie to, że ludziom podobają się twoje obrazy i nie masz problemu ze sprzedażą, choć ja bym nie kupił twoich bohomazów. – Zaśmiał się Michael.
– Oj tam. – Machnął ręką i zwrócił się do Joanne – A pani co sądzi, bo od Michaela nie mogę się spodziewać żadnej sensownej wypowiedzi, jest zupełnym ignorantem w tych sprawach. Może pani uratuje jego honor.
– Cóż mogę powiedzieć, aby również nie wydać się panu laikiem, powiem tak; nie jestem zwolenniczką tego abstrakcyjnego nurtu, ale są interesujące.
Oczy Andreya rozweseliły się, wziął kolejny duży łyk szampana:
– Heinrich Mann, brat Thomasa Manna, mawiał tak w odniesieniu do amerykańskiego kina, kiedy nie wypadało powiedzieć, że jest beznadziejne. Czy celnie czytam pani przekaz?
– Przeciwnie. Powiedzmy więc inaczej; są świetne w swoim gatunku, jednak nie pokocham pana obrazów, przerażają mnie zupełnie tak samo, jak obrazy Rothko, no i zmieniłabym oświetlenie na delikatną pretensjonalną poświatę.
– Właśnie zmieniłem, nie chciałem, aby było jak u niego.
– Joanne czy nie jesteś zbyt asertywna – odezwał się Michael trochę zaniepokojony otwartością jej wypowiedzi.
– Wszystko w porządku – uspokoił go Andrey z uśmiechem – To komplement.
– Jaki kanon więc jest pani ulubionym? – Zwrócił się ponownie do Joanne.
– Stara dobra szkoła europejska – odparła krótko.
– Antyk? Nie, to zbyt pretensjonalne. – Zgadywał.
Przymrużył oczy, taksując Joanne:
– Barok, malarstwo flamandzkie? Jasne! Że też na to nie wpadłem od razu; idealne linie, wierne niemal pocztówkowe odwzorowania i tajemnica symbolu, to pasuje do pani urody! Czy zgadłem?
– Idealnie, w dziesiątkę, zrobiłabym jednak wyjątek i nie kojarzyła z moją figurą ideałów Rubensa – Po twarzy Joanne przeszedł cień uśmiechu. Bawiła ją ta inteligentna gra prowadzona za pomocą konwenansu, w którym można powiedzieć w zasadzie wszystko pod warunkiem, że nie wprost.
– Rubens byłby zawiedziony, patrząc na Pani figurę.
– Dziękuję.
Andrey spojrzał na Michaela:
– Mogę ci tylko pozazdrościć, Pani Bird świetnie się orientuje w temacie sztuki.
– Wiem o tym i jestem dumy. Jednak uważam, że do określenia piękna czy brzydoty wystarczy wewnętrzne, pierwotne uczucie. Ja też potrafię powiedzieć, czy coś mi się podoba, czy nie.
– O, w to nie wątpię mój przyjacielu. Jednak jaka wartość jest twojej oceny i na ile będzie ona trafna? Na ile potrafisz powiedzieć czy książka jest dobra, jeśli nie znasz języka jej twórcy? Obwieścisz pogląd na podstawie okładki? Na co komu taka ocena, czyż nie lepiej pozostać filozofem i milczeć?
Joanne przyglądała się malarzowi; był niewątpliwie inteligentny, jednak miała wrażenie, że ludzie go bardziej bawią, że traktuje ich z przymrużeniem oka i z góry
– Oj dobrze, niech będzie na twoje i przestańmy, bo Joanne pomyśli, że się kłócimy. – Zakończył Michael.
– Ależ oczywiście, że się nie kłócimy, nie może tak pani myśleć, my się tylko przekomarzamy jak za starych, dobrych, szkolnych czasów. – Pokiwał poważnie głową, a Joanne zupełnie nie wiedziała, czy Andrey Aristow mówi poważnie, czy kpi w żywe oczy.
– A właśnie Andrey, czy wiesz, kim jest ten gość rozmawiający z tym bankierem Martensem? – Michael nagle zmienił temat.
– Który? – Andrey rozejrzał się, poszukując wymienionych przez Michaela postaci, a odnalazłszy, najpierw wziął spory łyk szampana.
– Tak, no naszego bankiera znają wszyscy, ten zaś o którego pytasz to, nikt ważny, prawnik. Z tego, co mi wiadomo nie ma dobrej opinii , ale jest skuteczny, w związku z tym niewielu się do niego przyznaje, choć wielu z jego usług korzysta. Razem z Martensem świetnie do siebie pasują. Jeden szwarccharakter drugi mrukowaty, tajemniczy niedostępny bankier. Martens jak chyba wiecie, po śmierci żony stał się twierdzą samotności i powagi, jego potęga finansowa stanowi niezłą fosę, na której nie widać nawet śladu mostu zwodzonego dla żadnej białogłowy czy w ogóle ludzkiego uczucia. Krążą plotki, że należy do loży masońskiej, ale to raczej bajki niż fakty.
– Czyli szanse poznania go są zerowe? – Przerwała mu Joanne.
Andrey spojrzał na nią z ciekawością i większą uwagą.
– Możemy spróbować, jednak pamiętaj Eurydyko, że to ryzykowne – Uśmiechnął się.
– Zaryzykuję – odparła.
– Zapraszam więc w drogę do kłębowiska węży. Proszę za mną.
Joanne zauważyła, że malarzowi szampan troszkę rozluźnił myśli, wyzwalając pokłady trochę już nieskładnych porównań i metafor. Ruszyli w stronę rozmawiających mężczyzn. Martens po słowach Andreya wydal się Joanne kimś jeszcze bardziej tajemniczym i nad wyraz chłodnym; urósł w jej wyobraźni do rangi lodowca, który pokonał Titanica, świński zaś tłuścioszek Smith, jak przy pierwszym spotkaniu, pozostał nadal świńskim tłuścioszkiem. Kiedy już byli niedaleko tajemniczej parki, Smith odwrócił się. Wzrok Joanny zmierzył się z jego maleńkimi oczkami. W pierwszym momencie widać było na jego twarz przebiegający proces pamięciowo, osobowo, poszukiwawczy, ale po chwili uśmiechnął się dobrodusznie.
– Dobry wieczór pani Bird. Nie poznałem pani w pierwszym momencie, wspaniale pani wygląda – mówiąc to, skłonił się z lekka.
– Dobry wieczór panie Smith – odpowiedziała chłodno Joanne.
– Witam pana Panie Smith. – Zawtórował Andrey – Widzę, że państwo się znają. –. Tu z lekkim zdziwieniem spojrzał pytająco na Joannę.
– Bynajmniej, ot mieliśmy okazję się spotkać w przypadkowych okolicznościach, znajomością trudno to nazwać – Odrzekła Joanne wyjaśniająco.
Andrey zwrócił się w do bankiera.
– Panie Martens, przedstawiam panu Joanne Bird, wyjątkowo ciekawą osobę, a obu panom przedstawiam Michaela Carrick, mojego serdecznego przyjaciela z college’u. Joanne wpatrywała się w Angusa Martensa, miał kamienną twarz Bustera Keatona, bez cienia emocji, bez drgnięcia jednego mięśnia; ostre rysy, czarne oczy, którymi patrzył na świat z góry. Był zdecydowanie wyższy od wszystkich, szczupły, żeby nie powiedzieć kościsty.
– Dobry wieczór państwu – usłyszała jego spokojny, niski, głęboki głos, Joanne wzdrygnęła się, zupełnie nie wiedziała, czy się go boi, czy podziwia.
– Jak państwo odbierają obrazy naszego przyjaciela Andreya? – zapytał Smith.
– Wzbudzają emocje. – Odparła Joanne.
– Tak, są interesujące – potwierdził Michael.
Andrey słysząc te słowa uśmiechnął się. Joanne przypomniała sobie ich wcześniejszą rozmowę.
– Pani, jeśli dobrze kojarzę, zajmuje się sprzedażą antyków – Odezwał się bankier. – Ma pani sklep na Margaret Street, czy tak? Chyba korzystamy z usług tego samego renowatora pana Aquariusa, nie mylę się?
– Tak to prawda, ale już nie długo będę musiała z niego zrezygnować.
– Nie rozumiem, z Aquariusa czy ze sklepu?
– Ze sklepu oczywiście.
– Rezygnuje pani?
– Nie, po prostu ktoś przebił wysoko cenę czynszu.
– Konkurencja?
– Nie sądzę panie Martens. Myślę, że po prostu ktoś mnie nie lubi – Cień uśmiechu przebiegł po jej twarzy
– A jak tam dom? – Wtrącił się do rozmowy Smith –  czy już zdecydowała pani co z nim zrobi?
– Jeśli chodzi panu o to, czy zdecydowałam się go sprzedać, to odpowiem, że nie. I powiem też panu, że im więcej osób chce go kupić, tym bardziej mam go ochotę zatrzymać.
– Ma pani jakiś dom na sprzedaż? – Zapytał raczej z grzeczności niż z ciekawości Martens.
– Nie, choć ktoś usiłuje mi wmówić, że tak. – Po wypowiedzeniu tych słów Joanne zdała sobie sprawę, że jej ton zaczynał być zbyt złośliwy i osobisty.
– Może napijmy się – szybko wtrącił Andrey. Zatrzymał kelnera, wziął dwie lampki szampana, jedną podał Joannie i spojrzał pytająco na Martensa, ten bez słowa przyjął kieliszek.
– A pan? – Malarz spojrzał na Smitha, biorąc z tacy kolejny.
Ten kiwnął przecząco głową.
Andrey wzruszył ramionami i sam pociągnął spory łyk.
Martens przypatrywał się teraz Joannie jakby trochę wnikliwiej. Spotkała jego wzrok jednak szybko uciekła i przeniosła go na Michaela, który uśmiechnął się delikatnie. Próbowała odpowiedzieć tym samym, ale wyszedł jej tylko grymas. Była zła, że nie opanowała emocji, sama spaliła rozmowę.
– Cóż, to może, Joanne pójdziemy i do końca obejrzymy wystawę? – Zaproponował Michael.
– Tak oczywiście, koniecznie – Przytaknęła.
– To moi kochani wy sobie oglądajcie, ja zaś idę zobaczyć, jak bawią się moi pozostali goście. – Stwierdził Andrey coraz luźniejszym szampańskim językiem.
– Cóż ja się chyba także pożegnam – odezwał się Smith – muszę już niestety jechać, obowiązki wzywają, mam nadzieję, że jeszcze będziemy mieli okazję się spotkać. – To mówiąc, skłonił się delikatnie.
Bankier spojrzał na niego i odpowiedział skinieniem, wziął łyk szampana i odstawił kieliszek. Nagle wzrok Joanne zatrzymał się na sygnecie, który Martens miał na palcu, może nie zwróciłaby na niego uwagi, ale w trakcie ruchu błysnął, odbijając światło; na jego powierzchni była delikatnie wymodelowana złota róża, umieszczona w środku krzyża, identyczna jak na bramie opuszczonego domu. Stała jak zahipnotyzowana, gdy wyrwał ja głos Michaela:
– Przepraszamy więc panów. Miło było poznać – Michael kiwnął przy tym głową w stronę Martensa i Smitha. Jedną ręką objął lekko Joanne w pasie, a drugą wskazał drogę w głąb galerii. Kiedy odeszli na bezpieczną odległość zapytał:
– Coś ty dzisiaj taka drażliwa, najpierw skrytykowałaś Andreya teraz naskoczyłaś na Martensa i Smitha.
– Andreya sztukę skomplementowałam.
– Powiedziałaś, że jego obrazy są okropne.
– Powiedziałam, że przerażają, to znaczy; wyrażają emocje. Mistrz tego nurtu uważał, że najważniejsze dla twórcy to wyrażanie i wzbudzanie podstawowych uczuć jak miłość, nienawiść, odraza, czy wstręt. Martensa potraktowałam normalnie, a Smith to wredna małpa.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

AlphaOmega Captcha Literacha  –  Name the Author
     
 

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>