Kancelaria prawna Baldwin Richards…

Rozdział XIV

Duke street.pKancelaria miała się mieścić przy ulicy Duke Street. Znała tę uliczkę, choć nie była w centrum. Znajdowała się nad rzeką, w rejonie mostu, który łączył starszą, romantyczną część miasta z nowszą przemysłową. To podobno po niej przechadzał się kiedyś książę Cavendish i to tutaj, w czasie spaceru, zmarł na atak serca. Później, wiele lat po jego śmierci, wyszło na jaw, że lekarz John Bodkin Adams, który go leczył, zamordował stu sześćdziesięciu trzech swoich pacjentów. Joanne jednak znała tę uliczkę nie tylko z powodu tej historii ale również za sprawą pewnej znajomości. Moses Campbell był żonaty i starszy o siedemnaście lat. Umawiali się dyskretnie z dala od swoich miejsc zamieszkania, między innymi, w starym pensjonacie, właściwie starej karczmie portowej, w której do dzisiaj serwowano grog, napój który pokonał szkorbut angielskich marynarzy. With Skipper bo tak się nazywała owa karczma, mieściła się niedaleko portu rzecznego, właśnie przy Duke Street i oprócz grogu miała do zaoferowania kilka dyskretnych pokoi. Joanna pamiętała, że zawsze w okolicy pachniało rybami które złowione kilka kilometrów dalej, na morzu, docierały na kutrach rybaków do pobliskiego portu. Nie lubiła tego odoru, choć ryby były miłą częścią jej diety. Nie lubiła też biedoty mieszkającej w rejonie portu, odpychał ją jakiś wewnętrzny strach przed brutalnością życia, która malowała swój obraz na ubraniach i twarzach tych ludzi. Kiedy wjechała na poszukiwaną ulicę, zwolniła jeszcze bardziej. Zniżając głowę, przez boczne szyby, wypatrywała numeru siedemdziesiąt osiem. Kiedy wreszcie go dojrzała, zjechała na pobocze i zatrzymała samochód. Wysiadła, zmierzyła wzrokiem niską kamienicę, była mocno nadszarpnięta zębem czasu. Tu i ówdzie czerwieniał placki po tynku, który zrezygnował z towarzystwa ciepłej ściany i odpadł znikając w ziemi, rozmyty deszczami i odwilżami. Na fasadzie przy drzwiach wejściowych znajdowała się niewielka tabliczka:

Kancelaria prawna Baldwin Richards

I piętro nr 4

Joanne weszła do środka. Chybotliwe poręcze, skrzypiące stare schody… Dziwne miejsce jak na kancelarię, pomyślała wchodząc po schodach wyraźnie zmęczonych dźwiganiem setek, a może tysięcy osób. Na pierwszym piętrze odnalazła drzwi oznaczone numerem cztery i zatrzymała się. Znajdowała się na nich podobna tabliczka jak na fasadzie kamienicy, tylko zamiast numeru piętra były umieszczone godziny urzędowania, wyznaczające przedział pomiędzy ósmą, a piętnastą. Tak, to było miejsce którego szukała. Joanne sama nie wiedziała, ile czasu stała niezdecydowana z mocno bijącym sercem. Wreszcie zapukała delikatnie i poczekała chwilę. Ponowne puk–puk, tym razem głośniej. W środku dał się słyszeć jakiś szmer, z początku cichy, później wyraźny odgłos kroków. Drzwi otworzyły się i stanęła się w nich młoda, najwyżej dwudziestopięcioletnia kobieta, skromnie ubrana, w prostą wąską szarą spódniczkę i białą bluzeczkę ze stójką. Włosy koloru mysiego, miała upięte wysoko w kok, na nosie okrągłe okulary w kościanej oprawie.
– Słucham ? – Zapytała.
– Chciałam się widzieć z panem mecenasem Richards.
– A była pani umówiona? – Dziewczyna wyglądała na zaskoczoną – Pana mecenasa nie ma w tej chwili. Przebywa w biurze tylko wtedy gdy ma umówione spotkanie – dodała.
– Niestety nie byłam umówiona, nie wiedziałam – bąknęła zgodnie z prawdą Joanne.
Dziewczyna zmierzyła Joanne uważnym spojrzeniem, po czym uchyliła szerzej drzwi:
– Proszę, niech pani wejdzie. Mogę umówić panią na dogodny termin.
Joanne znalazła się w niewielkim, słabo oświetlonym pokoju. Jego główną część stanowiło duże biurko stojące pod oknem, za nim przysadzisty fotel. Skromnego wrażenia dopełniały dwa krzesła, podniszczone dwie komody oraz regał z kilkoma niezbyt pękatymi segregatorami.
– W jakiej sprawie mam panią zapisać i jaki termin by pani pasował ? – Zapytała młoda asystentka, wyrywając ją z zamyślenia.
– Chodzi o spadek, a właściwie… – Tu Joanne zawahała się. – Szukam siostry. – Zdecydowała się na zmianę taktyki i małe kłamstewko, które jak sądziła ułatwi jej zdobycie potrzebnych informacji.
– Nie bardzo rozumiem, nie zajmujemy się poszukiwaniami osób. – Odparła dziewczyna.
– Tak domyślam się, jednak wiem, że siostra była u państwa w kancelarii. Widzi pani mamy z bratem do przeprowadzenia sprawę spadkową po ojcu. Rodzice mieszkali osobno, nie żyli ze sobą i dopiero teraz dowiedzieliśmy się, że mamy siostrę. W biurze notarialnym zostawiła telefon do państwa. Sama pani rozumie, że chcielibyśmy się z nią skontaktować. Zresztą, zostawiając numer, prosiła o kontakt z rodziną. – Szybko dodała Joanne, by przekonać dziewczynę.
Kobieta wysłuchała nie do końca składnego tłumaczenia i pokiwała głową:
– Tak, no tak, to zrozumiałe, oczywiście – przytaknęła skwapliwie. – A o kim tak właściwie mówimy?
– Chodzi o Sophie Forsyth. Ja nazywam się Joanne Forsyth. – Skłamała. Jakoś nie wierzyła, że dziewczyna nie wie o kogo chodzi, czuła że kancelaria nie jest oblegana przez klientów. Nie zdziwiłaby się gdyby była to jedyna sprawa jaką obecnie się zajmuje nieuchwytny pan mecenas. Tymczasem dziewczyna podeszła do biurka i wyjęła z szuflady wytarty na rogach notes, otworzyła go i przez chwilę wertowała kartki,
– Tak, mam tutaj zapisaną panią Forsyth, i rzeczywiście chodziło o sprawę spadkową. Było to już jakiś czas temu. Niestety nie mam żadnych dodatkowych notatek więc to była raczej to jednorazowa wizyta.
– A czy ma pani może jej adres albo telefon? – Zapytała Joanne.
– Tak, oczywiście, zawsze zapisujemy dane kontaktowe.
– Czy mogłabym liczyć, że poda mi je pani, jeśli, oczywiście, nie będzie to stanowić jakiegoś problemu? – Spytała Joanne. Wiedziała że jeśli zaakcentuje możliwość wyboru, łatwiej osiągnie swój cel.
– Cóż, chyba w tej sytuacji… – Dziewczyna zawahała się.
Joanne wiedziała, że jest blisko.
– Bardzo chciałabym poznać siostrę – Proszący ton Joanne rozwiał ostatnie wątpliwości asystentki. Dziewczyna rozejrzała się po biurku w poszukiwaniu czegoś do pisania, nie mogąc znaleźć, zajrzała do szuflady z której wcześniej wyjęła notes, dostrzegła pióro i już po chwili wręczyła Joanne karteczkę.
– Proszę, tu ma pani ten adres, telefonu niestety nie podała.
– Dziękuję pani. Naprawdę bardzo mi pani pomogła. Dziękuję – powtórzyła Joanne chowając karteczkę do torebki.
– Proszę bardzo. – Odparła kobieta.
– Tak więc cóż, chyba nie będę już zabierać pani cennego czasu, na pewno ma pani wiele pracy, sama wyskoczyłam z biura tylko na chwilę. – Joanne próbowała się przy tym uśmiechnąć.
– Pani pracuje tu gdzieś w pobliżu? – Podchwyciła kobieta.
– Tak, tu niedaleko – skłamała i natychmiast poczuła pieczenie na policzkach. Zorientowała się, że popełniła błąd.
– Na tej ulicy? – Zapytała dziewczyna.
– Tak, dwie przecznice dalej.
Kobieta zaczęła się przyglądać Joanne wnikliwiej.
– A w jakim biurze? – Dociekała – Może zostawi pani numer, na wypadek gdyby pani Forsyth się do nas odezwała.
– Nie, nie, na pewno nie będzie potrzeby. Dziękuję przecież mam już jej adres. Jeszcze dzisiaj zapewne się spotkamy. – Zapewniła powoli wycofując się w stronę drzwi.
Kobieta z coraz większą podejrzliwością patrzyła na Joanne.
– Jest pani pewna?
– Tak, dziękuję. Do widzenia pani. – Pożegnała się i czym prędzej wyszła. Stanęła już na pierwszych stopniach schodów prowadzących na parter budynku, kiedy usłyszała dźwięk przekręcanego klucza w zamku. Coś ją tknęło, odwróciła się i na palcach, wstrzymując oddech, podeszła ponownie do drzwi, przykucnęła i przyłożyła ucho do dziurki od klucza. Z głębi mieszkania dobiegał niewyraźny głos dziewczyny, w pierwszym momencie pomyślała, że w środku jest ktoś jeszcze, jednak po chwili zrozumiała, że dziewczyna rozmawia przez telefon. Joanne nie mogła zrozumieć treści rozmowy, dochodziły do niej tylko pojedyncze słowa, kobieta, ten adres, później jeszcze, Sophie, tak jak Pan kazał.., tyle udało się jej wyłowić z rozmowy. Kiedy usłyszała trzask odkładanej słuchawki poderwała się i rozejrzała po korytarzu. Nigdy nie była w takiej idiotycznej sytuacji, poczuła że serce bije jej nienaturalnie mocno, ustami łapała powietrze jak ryba. Miała wrażenie, że to bicie i jej sapanie słychać w całym budynku. Chciała jak najszybciej wyjść na zewnątrz. Bała się, że skrzypienie schodów ją zdradzi, stąpała więc na palcach ostrożnie i powoli. Kiedy znalazła się już na dole nie wytrzymała, przebiegła korytarz, wypadła na zewnątrz i podbiegła do samochodu, szybko otworzyła drzwi, zapaliła silnik i ruszyła. Dwie przecznice dalej zatrzymała się. – Co ja robię, czy ja zwariowałam, uciekam jakbym popełniła jakieś przestępstwo – uspokajała swoje myśli. Zerknęła w lusterko, poprawiła włosy, następnie wyjęła karteczkę z adresem Sophie Forsyth oraz mapę miasta ze schowka. Intuicyjnie czuła, że lepiej nie odwlekać konfrontacji, lepiej jechać tam od razu. Mieszkanie, jak wskazywał adres, mieściło się w sąsiedniej dzielnicy Islington. Szybko odnalazła ulicę na mapie. – Jakieś dwadzieścia minut jazdy samochodem – pomyślała. Zapaliła silnik i ruszyła.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

AlphaOmega Captcha Literacha  –  Name the Author
     
 

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>