Tajemnice zmieniają obraz przeszłości…

Rozdział IV

Nadeszło lato. Upalne dni i tygodnie… Wszystko zaczęło toczyć się starym rytmem. Pod pozorem codziennych problemów sprawa domu i samochodu matki była odsuwana z dnia na dzień. Joanna wiedziała, że trzeba podjąć jakąś decyzję, ale nie miała siły ni zapału i co najważniejsze odwagi do jej podjęcia. Peter i Sheila nie dawali znaku życia zapewne pogrążeni w przekonaniu, że Joanna wszystko załatwi sama i że co najważniejsze, zrobi to dobrze. W tygodniu zadzwonił Andrew Griffiths z informacją, że jakiś człowiek dopytywał się o dom matki, podobno sprawiał wrażenie, jakby nosił się z zamiarem kupna. Joanna nawet nie dopuszczała takiej myśli, choć zdawała sobie sprawę, że być może byłoby to najrozsądniejsze rozwiązanie. Sprzedać dom, samochód, uzyskane pieniądze podzielić między rodzeństwo. Jednak z drugiej strony wiedziała, że wraz z domem sprzedałaby wspomnienia, połowę życia, jakąś cześć siebie, że wymazałaby wszystko to, co tworzyli rodzice, wymazałaby całą historie Birdów.

*

antykwariatJoanna prowadziła niewielki sklepik z antykami. Były tam stare meble, kasetki szkatułki, wachlarze, lampy naftowe, globusy, filiżanki, stare książki. Nie był to, jak się mówi, złoty interes, ale pozwalał na życie bez strachu przed jutrem. Zatrudniała jedną osobę. Starszą panią, Marie Meadow, która z racji swojego wieku idealnie wkomponowywała się w klimat sklepiku. Była dobrą pracownicą, z czasem stała się nawet przyjaciółką Joanny.  Maria zajmowała się nie tylko sprzedażą, ale również skupywaniem staroci. Miała dobry gust, a ponieważ była niewiele młodsza od towarów, które sprzedawała, świetnie orientowała się w ich wartości, Joanne mogła powierzać jej prowadzenie interesu bez żadnych obaw. Wiedziała, że nawet nie musi pokazywać się w sklepie, a wszystko będzie w jak najlepszym porządku. Tego dnia jednak zajrzała do sklepu tuż przed otwarciem. Maria krzątała się, poprawiając ustawienia bibelotów, przygotowując się na przybycie ewentualnych klientów. Nigdy nie było ich wielu, jednak czasami sprzedaż tylko jednego sekretarzyka w stylu kolonialnym, dawał zysk kilkudniowego utargu.
– Witaj Joanno! – Z promiennym uśmiechem przywitała ją Maria.
– Dzień dobry – odwzajemniła powitanie Joanna.
Nie wiedziała, dlaczego, ale zawsze, kiedy Maria była gdzieś obok, czuła się bezpiecznie i spokojnie.
– Może herbatki? – zapytała starsza pani i nie czekając na odpowiedz, zaczęła przygotowywać filiżanki.
Maria zawsze parzyła herbatę z własnych mieszanek z dodatkami sobie znanych kwiatów, ziół i owoców. Wszystkie były pyszne, a swoim aromatem nie miały równych.
– Czy wróciły meble od Aquariusa? – zapytała Joanne.
– Niestety nie, moja droga, ale obiecał, że dzisiaj je dostarczy. Biedak nie wyrabia się z pracą, dostał jakieś duże zlecenie renowacji od Martensa, tego obrzydliwego bogacza z Paddington. Pamiętasz, zamawia czasami u nas.  Aromatyczny napar spływał już do starych filiżanek w stylu secesyjnym – Choć Joanno herbatka gotowa.
Do otwarcia sklepu zostało jeszcze parę minut, usiadły więc przy okrągłym stoliku, jaki znajdował się na zapleczu.
– Herbata jak zwykle rewelacyjna! – Pochwaliła Joanne, biorąc mały łyczek gorącego naparu.
– Och nic specjalnego, trochę moich czarów z roślin, które dają nam esencję swojego bytu – uśmiechnęła się Maria – A jak tam życie moja droga, nie doskwiera za mocno? – Zapytała.
– Wszystko w porządku, chyba nie mam na co się skarżyć – odparła – A jak w sklepie, jak nasi klienci?
– Ach, no właśnie, bym zapomniała, nasz stały klient pan Sinclair prosił o wyszukanie mu jakiejś lampy na tę komodę, którą kupił w zeszłym tygodniu. To bardzo miły młody człowiek.
– Ależ, Mario, on ma z pięćdziesiąt lat! – Wykrzyknęła z uśmiechem Joanna.
– Moja droga, w moim wieku pięćdziesiąt lat to środek młodości – odparła poważnie Maria – Ludzie mają niepoprawną tendencję do nazywania czegoś starym tylko, dlatego, że osiągnięcie danego wieku wydaje im się tak odległe, że aż stare. – kontynuowała – Popatrz na te meble, na te figurki czy one są stare, czy długowieczne? Popatrz na drzewa. Wiele z nich określamy mianem stare, gdy mają sześćdziesiąt lat. Nie zastanawiamy się nad tym, że one będą żyły jeszcze kolejne sześćdziesiąt lat. Niestety tylko śmierć odpowie nam na pytanie, kiedy byliśmy jeszcze młodzi, a kiedy już starzy.
– Ale Mario, przecież widzimy czas, który płynie, jak znikają nasze siły, jak zmienia się nasze podejście do życia, jak stajemy się mądrzejsi doświadczeniem, po prostu starzejemy się i nie widzę w tym nic złego.
– Ludzie niczego nie widzą – uśmiechnęła się Maria – ludzie cały czas się mylą. Mając dwadzieścia lat myślą o tym, jakie głupoty robili w młodości. Mając trzydzieści lat, wspominają ile błędów zrobili mając lat dwadzieścia, mając czterdzieści, wydaje im się, że zmarnowali swoje talenty i nie wykorzystali wielu okazji, kiedy stali się trzydziestolatkami. I tak aż do końca dni, za każdym razem myśląc, że już zmądrzeli i się zestarzeli, a oni są wciąż głupio młodzi.
Joanne nigdy nie potrafiła znaleźć właściwych argumentów, aby polemizować z Marią. Na dodatek jej mądrości były inne od tych, jakie powszechnie się słyszało, dlatego często stawała się  bardziej w słuchaczem niż partnerem dyskusji. Tak było i tym razem.
– No nic, trzeba otwierać i brać się do roboty – westchnęła – A tą lampą dla młodzieńca Sinclaira zajmę się osobiście – zażartowała. Wstała od stolika i skierowała się do drzwi wejściowych. Otwierała właśnie zamki, kiedy nagle za drzwiami  tuż przed nią pojawił się jakiś mężczyzna. Stało się to tak nagle, że się wzdrygnęła. Mężczyzna był niskiego wzrostu, łysawy o okrągłej twarzy z małymi oczkami, zatopionymi gdzieś głęboko w oczodołach, tak głęboko, że ledwo można je było dostrzec. Mierzyli się chwilę wzrokiem, kiedy nagle na jego poważnej twarzy pojawił się uśmiech. Joanne otworzyła drzwi.
– Zapraszamy, już otwarte.
– Dzień dobry, przepraszam, chyba wystraszyłem panią.
– Och, nic się nie stało, po prostu tak nagle się pan zjawił – uśmiechnęła się Joanne. – Proszę, proszę, niech pan wejdzie – Joanna usunęła się z przejścia, umożliwiając mężczyźnie wślizgnięcie się do środka.
– Szuka pan czegoś konkretnego czy tylko chciałby się pan rozejrzeć? – Zapytała.
Na twarzy mężczyzny pojawiło się zdziwienie. Po chwili rozpromienił się.
– Ach, tak, tak, oczywiście, rozejrzeć.
Zrobił jeszcze dwa kroki na swoich malutkich nóżkach, zatrzymał się, spojrzał w głąb sklepu. Dostrzegając Marię, dygnął jak marionetka. Maria podtrzymując tę formę przywitania, odpowiedziała skinieniem głowy. Mężczyzna  spojrzał w stronę Joanny stojącej jeszcze przy drzwiach.
– Właściwie to szukam Pani Joanne Bird, zastałem ją może?
– Tak. To ja – odpowiedziała Joanna.
W tym momencie odezwał się dzwonek przy drzwiach zaplecza sklepiku.
– A to pewnie Aquarius, mówił, że meble dojadą na otwarcie sklepu, pójdę sprawdzić – rzekła Maria i zniknęła na zapleczu.
– Słucham, czym mogę panu służyć? – Joanne gestem dłoni skierowała gościa do wnętrza sklepu.
Malutki krąglutki człowieczek postąpił kilka kroczków we wskazanym kierunku.
– Słyszałem o pani kłopocie.
– Kłopocie? – zdziwiła się Joanne. – Co pan ma na myśli?
– Chodzi o dom, którego jest pani w posiadaniu, – zawahał się – po…świeć panie nad jej duszą, pani matce.
Joanne ogarnęło zdziwienie, ale jednocześnie zaciekawienie – skąd ten człowieczek o tym wie i czegóż u licha sobie życzy.
– Czemu uważa pan, że to dla mnie kłopot? – zapytała, starając się ukryć zaskoczenie.
– Zawsze to dla nas kłopotliwa sytuacja, kiedy spada nam coś jak grom z jasnego nieba. – Chrząknął – Przepraszam, nie przedstawiłem się, jestem Martin Smith.
– Miło mi – odparła Joanne.
– Wracając do tematu. Chciałbym wybawić panią z tego kłopotu i kupić ten dom – kontynuował człowieczek – Pieniądze na pewno się pani przydadzą. Sklepik zapewne przynosi jakieś dochody, ale nie sądzę, aby były zawrotne, a utrzymanie takiego domu to dodatkowe obciążenie finansowe.
Joanne zaczęła wnikliwiej przyglądać się przybyszowi. Cały był jakiś okrąglutki. Z masy organicznej, jaka go tworzyła, jedynie jego uszy oddzielały się od krągłości ciała. Nawet ręce tak przylegały jakby były wyprofilowane w dwa łuki okalające korpus.
– Moje dochody mi wystarczają panie Smith. A i dom po mojej matce nie jest wielkim kłopotem – jak pan mylnie sądzi – odparła Joanne. Mężczyzna swoim zachowaniem powoli zaczynał ją irytować.
– Och zapewne, na razie wystarczają, ale co będzie, jak popyt spadnie? Wie pani, jacy są ludzie. Wszystko zależy od mody. Dzisiaj bawi ich przystrajanie swoich domów w secesję barok czy kolonializm, ale jutro może być inaczej.
– No, cóż, może być i tak. Sądzę jednak, że martwić się tym będę, kiedy do tego dojdzie – skwitowała Joanne.
– Młodzi, nigdy nie myślą o przyszłości. Szkoda, bo ona jest czasami tak blisko – mężczyzna oglądał wnikliwie jedną z porcelanowych figurek stojących na regale. – A nie obawia się pani jakichś nieszczęść losowych? One też często zmieniają nasze życie – urwał nagle, odwrócił się i zapytał. – Po co pani ten dom?
– Nie wiem – odparła zgodnie z prawdą, – jednak, to mój dom rodzinny, nie chcę go na razie sprzedawać. Zresztą to moja sprawa… – dodała już poirytowana.
– Cóż, niech pani to przemyśli. Tu jest moja wizytówka. Gdyby pani zmieniła zdanie, proszę zatelefonować.
– Sądzi pan, że zmienię zdanie?
– Tak sądzę. – Pokiwał głową – Widzi pani, jestem optymistą – mężczyzna i skierował się ku wyjściu – do widzenia pani Bird – powiedział będąc już do niej tyłem.
– Do widzenia panie Smith.
Joanne stała jeszcze chwilę nieruchomo, obserwując jak mężczyzna opuszcza sklep i po chwili znika za rogiem ulicy. Poprawiła figurkę, którą oglądał i weszła za ladę. W tym momencie z zaplecza wyszła Maria.
– No to mamy te mebelki. Aquarius się postarał. Są ślicznie sprawione. Wyglądają jakby wczoraj przyszły na ten świat. – Spojrzała na Joanne i dostrzegła coś w jej twarzy.
– Co chciał od ciebie skarbie ten tłuścioszek?
– Chciał kupić dom.
– Jaki dom Joanne?
– Dom mojej matki.
– Skąd wiedział, że twoja matka zmarła ? Wystawiałaś dom na sprzedaż?
– Właśnie tego nie wiem Mario, nie wystawiałam domu, nie chcę go sprzedawać. Przynajmniej nie teraz. Nie mam pojęcia skąd wiedział, że moja matka zmarła…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

AlphaOmega Captcha Literacha  –  Name the Author
     
 

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>