Zapamiętaj słowa moje…

Rozdział XII

Prosto od notariusza pojechała do pensjonatu Sally Fairfield Osborn. Kobietę zastała siedzącą nad papierami w niewielkim biurze jakie mieściło się obok równie niewielkiej recepcji.
– Dzień dobry
– Witaj Joanne! Miło, że wpadłaś. Siadaj – wskazała krzesło. – Napijesz się czegoś?
– Nie dziękuję.
– Naprawdę nic? Nawet kawy?
Joanne przecząco pokręciła głową.
– Widzę, że sprowadza cię coś konkretnego.
– Chciałam porozmawiać o matce.
Sally Osborn zdjęła okulary i potarła nos w miejscu gdzie odcisnęły się dwa czerwone ślady oprawek.
– Jeśli ty nie chcesz, to pozwolisz, że ja się napiję. – Wyjęła z biurka butelkę whisky.
Joanne patrzyła jak bursztynowy płyn wypełnia szklankę.
– Głupio jakoś bez Judith – powiedziała po chwili
– Lubiła ją Pani.
– Lubiłyśmy rozmawiać.
– Przy szklaneczce.
– Właśnie. Przy szklaneczce – pokiwała głową.
– Pani Osborn, czy moja matka…co ją łączyło z Mariusem Lampard?
– Przyjaźnili się.
– Tak ale czy…
– Nie sądzę. A przynajmniej nie za czasów twojego ojca. Twoja matka nie była z tych co zdradzają.
– Kim on był?
– Lampard?
– Tak.
Wzruszyła ramionami. – Mieszkał tu. Judith nie wiele o nim mówiła.
– Wie Pani jak się poznali?
– Chyba w Londynie, kilka lat przed tym jak poznała Williama, twojego ojca.
– A kiedy widziała go pani ostatni raz?
– Zniknął dawno, ale kiedy to było nie pamiętam. W każdym razie nie widziałam go po tym nigdy więcej jeśli o to ci idzie.
– A moja matka mówiła coś na ten temat?
– Przejęła się. – Sally wypiła ostatni łyk whisky. – Nawet bardzo. Próbowała go szukać, ale raczej bez rezultatu.
– A jak się zachowywała w ostatnich dniach?
– Zupełnie normalnie. Widziałyśmy się przed sklepem. Spieszyłam się więc zamieniłyśmy tylko kilka słów.
– Nie narzekała na zdrowie?
– Judith? Nigdy. Przecież ona nawet jak szła do lekarza to była uśmiechnięta.
Joanne mimo woli po twarzy przebiegł cień uśmiechu. To była prawda, taka była jej matka.
– A czy było coś… – Joanne nie wiedział jak skonstruować zdanie aby nie zabrzmiało nietaktownie – coś o czym mogłam nie wiedzieć?
– Co masz na myśli?
– No może mama miała jakieś swoje tajemnice o których łatwiej powiedzieć przyjaciółce niż rodzinie.
– Co do mężczyzn to już mówiłam – nie miała, po za tym – Sally szukała w pamięci – chyba nic co miałoby jakieś znaczenie. Zresztą moja droga czy ja wiem o czym ty wiedziałaś, a o czym nie – uśmiechnęła się dobrodusznie.
– A jeśli chodzi o dom Mariusa to nikt się nim nie interesował, nie wiem rodzina, jacyś nabywcy?
– Nie. Nie słyszałam bynajmniej. Choć czekaj coś sobie przypomniałam – Sally ożywiła się, – kiedyś wypiłyśmy sobie trochę za wiele i twoja mama powiedział coś co czego nie zrozumiałam może właśnie dlatego utkwiło w pamięci. Powiedziała; „Muszę pilnować tego domu aby mi go też nie ukradziono
Przez chwilę panowała cisza.
– Rozumiesz coś z tego? – Zapytała.
Joanne pokręciła przecząco głową.
– Niestety, zupełnie nic – westchnęła – Zawracam Pani głowę niepotrzebnie będę już lecieć.
– Daj spokój. Tu w tej dziurze po śmierci Judith nie ma z kim rozmawiać.
– Wpadnę na pewno jeszcze nie raz – zapewniła Joanne i podniosła się. – Do widzenia.
– Do widzenia. Uważaj na siebie.
Kiedy wyszła spojrzała na zegarek, była godzina jedenasta trzydzieści, miała jeszcze trochę czasu, postanowiła podjechać do sklepu kupić coś do zjedzenia tym bardziej, że wieczorem miała przybyć Maria. Kupiła jajka, twaróg, warzywa i wędliny. Kupiła też kurczaka, miała ochotę na rosół, wiedziała, że Maria o to zadba. Wstąpiła jeszcze do sklepiku ogrodniczego który znajdował się nieopodal. Wybrała tam kilkadziesiąt cebulek kwiatów, których nazw nawet nie znała, zapłaciła, zapakowała wszystko do samochodu i pojechała do domu.

*

Kate pojawiła się na horyzoncie punktualnie o trzynastej.
– Dzień dobry! – Krzyczała już z daleka.
Joanne podniosła się z nad grządki i pomachała jej ręką. Kobieta podeszła bliżej i postawiła na ziemi kosz w którym gnieździły się sadzonki kwitnących żółtych bratków.
– Widzę, że panienka już zaczęła.
– Tak, kupiłam parę cebulek w miasteczku. Mam nadzieję, że wyrosną z nich jakieś piękne okazy. Przyznam się, że zupełnie się na tym nie wyznaję. Mam też nadzieję, że nie kupiłam przez pomyłkę jakiś warzyw – zażartowała, wysypując je z woreczka. – Żeby mi tu zamiast frezji czy astrów nie wyrosły przypadkiem buraki.
Kate zaśmiała się.
– Zaraz zobaczymy, posegregujemy i pomyślimy, gdzie tu, co, posadzić, aby było akuratnie, ale najpierw wygrabimy liście, powyrywamy chwasty i spalimy je w ognisku.
Przestawiła koszyk z sadzonkami i skierowała się do komórki z narzędziami. Po chwili wyszła z grabiami, motyką i pojemnikiem na śmieci.
– No, to do roboty – zakrzyknęła bojowo.
Praca szła dość szybko. Kate wprawnie i energicznie uwijała się pomiędzy rabatami. Liście, sucha trawa, wędrowały do ogniska, gdzie tliły się dając ogromną siwą chmurę dymu, inne śmieci szły do kosza. Joannie przypominały się czasy kiedy tego typu porządkami zajmowała się matka. Nigdy nie przypuszczała, że kiedyś i ona będzie grzebać w ziemi. Podobnie jak gotowanie, tak i prace w ogrodzie nie był jej mocną stroną.
Po trzech godzinach, czuła ból w krzyżu, Kate nawet nie stęknęła i wyglądało jakby dopiero się rozkręcała. Joanne przysiadła na fotelu przed domem i przymknęła oczy. Czy mogłaby mieszkać na wsi? Zastanawiała się; czy to realne? Zostawić to wszystko, sklepy, samochody, gwarne ulice, kawiarnie… Kiedy się ocknęła, Kate już nie było, zerknęła na zegarek dochodziła osiemnasta. Poszła się umyć i przebrać. Przed dwudziestą wyjechała na dworzec aby odebrać Marię. Pociąg przyjechał punktualnie. Jedyną osobą która wysiadła w Heywood była właśnie Maria. Kobiety przywitały się serdecznie. Joanne pomogła przenieść Marii bagaże do samochodu.
– Jak tam w sklepie? – Zapytała.
– Wszystko w porządku, Diana świetnie daje sobie radę, w ogóle to bardzo miła dziewczyna i wiesz, taka pełna energii, jeszcze trzpiot z niej ale świetny materiał na kobietę.
– Czyli całkowite przeciwieństwo mnie – przekornie powiedział Joanne.
– Nie bądź taka samokrytyczna, zostaw to innym – zaśmiała się Maria.
Rozmawiając i żartując nawet nie zauważyły kiedy podjechały pod dom.
– Chłodno tu masz – zawołała Maria kiedy weszła do środka.
– Dni są gorące ale noce niestety jeszcze chłodnawe – westchnęła Joanne.
– Zaniosę bagaże do pokoju. Pozwolisz, że rozgoszczę się w tej samej sypialni co poprzednio? – Zapytała Maria i nie czekając na odpowiedz skierowała się na górę.
– Mario – zwołała nagle Joanne.
Kobieta zatrzymała się na schodach, odwróciła i spojrzała na Joannę
– Tak?
– Nawet nie wiesz jak się cieszę, że przyjechałaś.
– Czy coś się stało o czym nie wiem?
– Nie, nic takiego, po prostu.., przy tobie czuję się jakoś tak, cieplej. – uśmiechnęła się przepraszająco – Nie wiem jak to wyrazić. Nie ważne.
– Widzę, że musimy porozmawiać, mam wrażenie moja kochana, że tracisz wiarę w swoją siłę. Idę na górę, zostawię tę walizę i zaraz schodzę. – To mówiąc, posapując, zniknęła w mroku ostatnich stopni prowadzących na piętro.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

AlphaOmega Captcha Literacha  –  Name the Author
     
 

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>