Fama Fraternitatis…

Rozdział XI

Liber_AL_FrontWróciła do domu, przeszukała kuchnię i znalazła jedynie parę jajek. Zrobiła jajecznicę którą zjadła bez chleba. Zapomniała zrobić zakupy. Nigdy nie potrafiła myśleć o jedzeniu zanim nie była głodna. Poszła do salonu i usiadła. Zastanawiała się nad dniem jutrzejszym, musiała odwiedzić jeszcze raz notariusza, powinien posiadać jakieś dokumenty dotyczące własności gruntów. A może porozmawiać jeszcze z Sally Fairfield Osborn? Często spotykała się z matką. Tak, chyba będzie trzeba tak zrobić. Wstała i poszła na górę. Teraz żałowała, że nie ma z nią Arthura. Po tych wszystkich wydarzeniach, samej, jakoś nieswojo było tutaj nocować. Wzięła gorącą kąpiel. Wychodząc z łazienki na piętrze, zauważyła nadpaloną zapałkę, na dywaniku, przed drzwiami sypialni matki – Te dzieciaki kiedyś spalą ten dom – pomyślała. Weszła do środka. Matka zawsze miała kilka książek na półce nad łóżkiem. Lubiła książki, jak mówiła, były drugim światem w którym panował jakiś ład, który miał ramy i był kontrolowany przez autora. Na półce były same romanse i kryminały. Kiedy wyciągała jeden z nich zauważyła mały zagięty gwoździk w ściance półki, przekręciła go odruchowo, coś tyknęło i deska odskoczyła, przesunęła ją. W ścianie była wydrążona kolejna półka. Zajrzała zdumiona. Wewnątrz leżało kilka książek. Wyjęła wszystkie i usiadła na łóżku. Każda z nich była oprawiona w skórę. Zaczęła je przeglądać z coraz większym zdumieniem. Wszystkie dotyczyły magii, czytała tytuły; „Rosecrous”, „Liber AL vel Legis”. Były w nich pentagramy, niezrozumiałe znaki i symbole. W jednej znalazła dedykację; Dla jedynej przyjaciółki – Marius. Książka nosiła tytuł „Fama Fraternitatis” wyglądała na bardzo starą. Spojrzała na półkę jeszcze raz – mamo jak mało o tobie wiedzieliśmy, co przed nami ukrywałaś, byłaś tak blisko, a dziś wydajesz mi się tak obca. Dopiero teraz zdała sobie sprawę jak samotnie musiała się czuć. Miała swój świat o którym nikt nie wiedział. Joanne zaczynała odczuwać winę, że nikt, ani ona, ani Sheila czy Peter nie zadali sobie trudu aby ją zrozumieć, może właśnie dlatego tak bardzo oddalili się od siebie. Po chwili otrząsnęła się i zeszła na dół. Nadciągała noc i w domu robiło się chłodno. Wyszła do samochodu, pamiętała, że na tylnym siedzeniu zostawiła sweterek który woziła całą zimę. Kiedy podchodziła do samochodu usłyszała jakiś trzask. Spojrzała na mroczną ścianę lasu. Księżyc zaczynał swoją wędrówkę po nieboskłonie. Chmury z lekka przykrywały jego jasny kontur. Pomiędzy drzewami zauważyła jakiś ruch. Wiatr zepchnął chmury które po części zakrywały księżyc i w prześwicie między drzewami, zauważyła oświetloną od tyłu postać, stała nieruchomo. Joanne zmroziło, bała się poruszyć. Po chwili przełamała się, podeszła do samochodu, otworzyła drzwi i wzięła sweter, nie wiedziała dlaczego ale chciała pokazać komukolwiek kim był ten intruz, że czuje się pewnie. Najgorsze było odwrócenie się plecami i droga do domu, starała się iść normalnie nie przyspieszając kroku, jednocześnie wytężała słuch, był to jedyny zmysł który w takiej sytuacji mógł jej wysłać ostrzeżenie o zbliżającym się niebezpieczeństwie. Doszła do drzwi i nic się nie wydarzyło. Weszła do domu. Już nie panując nad sobą, odwróciła się szybko i przekręciła klucz w zamku. Zasłoniła wszystkie okna, dopiero wtedy trochę się uspokoiła. Po chwili nie wiedziała już, czy to co widziała nie było zwykłą imaginacją wykreowaną przez strach, czy rzeczywistością. Ja zwariuję pomyślała. Za dużo, za dużo jak na moją głowę, usiadła w fotelu otuliła się pledem matki który znalazła w komodzie. Patrzyła w kominek który nie płonął, a z jej oczu po chwili nagle popłynęły łzy i nie były to łzy strachu, a łzy samotności. Samotność jest piękna jest dobrą przyjaciółką ale są chwile kiedy skrada się jak szakal i mówi mam cię. Samotność potrafi nas zabić dziewięć razy – przypomniała sobie słowa z książki która kiedyś przeczytała. Nigdy tego nie rozumiała, dlaczego dziewięć, ją zabijała setki razy. Właśnie teraz czuła, że płacze po śmieci matki, że brak jej ojca, rodziny, rodziny której sama nie potrafi zbudować.

*

Następny dzień przyniósł więcej optymizmu. Joanne wstała ubrała się i zamiast śniadania wypiła kawę. Z wczorajszego paskudnego nastroju nie pozostał nawet najmniejszy ślad. Ponownie była pełna nadziei i optymizmu Wyszła przed dom, na pobliskich drzewach zauważyła dwie buszujące wiewiórki. Zawsze ekscytowała ją ich zwinność i lekkość z jaką podskakiwały i pokonywały zaskakujące odległości. Wiedziała, że o trzynastej przyjdzie Kate więc nie miała zbyt wiele czasu – musiała się spieszyć. Wsiadła do samochodu i pojechała do notariusza. Samochód zaparkowała przed starą kamienicą i ponownie wdrapała się na małe pięterko. Notariusz siedział za okazałym ciężkim dębowym biurkiem. Podobnie jak wtedy, dzień był słoneczny więc tak i tym razem, jego postać rysowała się, jako ciemna bryła wypełniona cieniem na tle otwartego za jego plecami okna.
– A to Pani. – ucieszył się staruszek jednak natychmiast posmutniał i wyrecytował:
– Nie mam żadnego testamentu, przykro mi.
Joanne nabrała podejrzeń, że drzwi notariusza uruchamiały jakiś tajemny mechanizm który powodował, że wygłaszał on za każdym razem tą samą kwestię.
– Proszę pana, tym razem chciałam zapytać, czy posiada pan jakieś dokumenty dotyczące nieruchomości moich rodziców.
Staruszek patrzył przez chwilę na Joannę, następnie, jak się zdawało, zużywając niewyobrażalne pokłady energii, odpowiedział.
– Tak posiadam takie dokumenty.
– Czy jest możliwe abym mogła się z nimi zapoznać?
– Nie widzę przeciwwskazań – odparł powoli. – Proszę, usiąść – wskazał na krzesło stojące naprzeciwko. – Chodzi o działkę na której stoi dom, czy o tę drugą, sąsiadującą z nim? – zapytał.
Joannie serce zabiło szybciej.
– Jeśli to możliwe, to chciałabym zobaczyć obydwa dokumenty.
Notariusz podniósł się ze swojego siedzenia i całkiem żwawo, udał się w kierunku regałów, stojących w głębi pokoju. Zrobiło to na Joannie spore wrażenie, wcześniej uważała, że stanowi on, wraz z fotelem, nierozerwalną jedność.
– Jeśli chodzi o tą drugą działkę, to pani matka nie posiadała prawa własności. Nie ma więc wpisu do ksiąg wieczystych,.– odezwał się gdzieś z za półek.
– Czy może mi pan to dokładnie wyjaśnić? Chciałabym wiedzieć na czym stoję, czy matka miała jakieś zobowiązania?
Staruszek nie odzywał się. Po chwili wrócił i zasiadł ponownie w fotelu, rozłożył przed sobą księgę którą wyszperał na półce, obok położył teczkę, pełną pożółkłych dokumentów.
– Może mi pan to wyjaśnić? – Ponowiła pytanie.
– Tak, tak – pokiwał głową – Jeśli zaś chodzi o grunt na którym stoi państwa dom, to od momentu zakupu nic się nie zmieniło, o tutaj ma pani wpis do księgi wieczystej – pokazał swoim wyschniętym palcem zapis – Tu jest sprawa jasna. – dodał.
– A jeśli chodzi o ten drugi dom? – Zapytała zniecierpliwiona Joanne.
– A jeśli chodzi o tą drugą posiadłość, – otworzył teczkę wyjmując z niej dokument, – to jak mówiłem, mamy umowę z której wynika, że pan Marius ustanawia zarządcą tego majątku, aż do uzyskania pełnoletniości jego dzieci i przeprowadzenia przez nich postępowania spadkowego, panią Judith Bird. W przypadku ich śmierci przed uzyskaniem pełnoletności, lub śmierci przed przeprowadzeniem postępowania spadkowego, całość miała przejść na własność pani matki.
– Rozumiem, że do dnia dzisiejszego takowe postępowanie nie zostało przeprowadzone? – Zapytała Joanne.
– Nie, ale zgłosiła się do mnie jakiś czas temu, córka pana Mariusa, która również pytała o te dokumenty. To było zaraz po pani wizycie, jakiś dzień, dwa później.
Joanne zdziwiła się.
– Myślałam, że Marius miał tylko syna. Tak przynajmniej słyszałam.
– Też tak myślałem, ale ta młoda dama miała ze sobą dokumenty potwierdzające jej słowa.
– Czy wie pan coś więcej o niej, może ma pan jakiś kontakt do niej?
– Zostawiła mi swój telefon. Prosiła o informację, gdyby zgłosił się jej brat. Gdzieś tutaj powinienem go mieć. – Staruszek wysunął szufladę biurka przy którym siedział. Wśród, kartek i wizytówek przemieszanych bez ładu i składu, o dziwo bez przeszkód, odnalazł zapisaną żółtawą karteczkę.
– Pozwoli pan, że spiszę ten telefon?
– Ależ oczywiście pani Bird. Nie widzę przeciwwskazań.
To było chyba jego ulubione powiedzenie – pomyślała Joanne wyciągając notes
Sophie Forsyth tel. 01706 369 754 – Jaywick
– Przepisała numer, schowała notes ponownie do torebki i spojrzała na notariusza.
– No cóż, dziękuję panu, to chyba wszystko co chciałam wiedzieć podniosła się. – Do widzenia panu.
– Do widzenia – odparł notariusz ponownie zastygający w swoim fotelu.
Joanne skierowała się do drzwi. Kiedy je uchyliła, odwróciła się.
– Czy ta dziewczyna kontaktowała się z panem po tej wizycie?
Staruszek otworzył szerzej oczy, przez chwilę przyglądał się Joanne.
– Nie, nie było jej. Dzwonić też nie dzwoniła. – Wypowiadał słowa jakby coraz wolniej i wolniej. Była pewna, że kiedy zamknie drzwi, uruchomi jakiś wyłącznik i urzędnik znieruchomieje.
– Dziękuję. Jeszcze raz, do widzenia.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

AlphaOmega Captcha Literacha  –  Name the Author
     
 

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>